O dostawie poinformował minister obrony Ukrainy, Oleksij Reznikov
„M270 są już w Ukrainie. Dziękujemy naszym partnerom! Nie ma litości dla wroga” – napisał minister obrony Ukrainy na Twitterze.
Ukraina ma otrzymać łącznie co najmniej 18 wyrzutni HIMARS i M270, które pozwalają na rażenie celów na tyłach sił rosyjskich. Pociski wystrzeliwane z tych wyrzutni mają zasięg ponad 80km, co pozwala prowadzić ostrzał spoza zasięgu większości rosyjskich systemów artyleryjskich. Zestaw M270 w porównaniu do wyrzutni HIMARS jest umieszczony na podwoziu gąsienicowym i może wystrzelić jednocześnie 12 pocisków (zamiast 6 jak w przypadku HIMARS) o kalibrze 227mm lub 2 rakiety ATACMS o zasięgi do 300km. Te ostatnie SZ Ukrainy mają otrzymać w najbliższym czasie.
W ciągu ostatni kilkunastu dni wyrzutnie HIMARS przeprowadziły ok. 50 udanych ostrzałów rosyjskiego zaplecza, niszcząc przede wszystkim składy amunicji oraz punkty dowodzenia sił rosyjskich. Przyczyniło się to do zmniejszenia intensywności rosyjskich działań i ostrzałów artyleryjskich.
Już 141 dni Ukraina konfrontuje się z inwazją Rosji na pełną skalę. Armia Federacji Rosyjskiej kontynuuje chaotyczny ostrzał ukraińskich miast, m.in. ostrzelano Zaporoże, Dniepr, Charków, Mikołajów. Szokiem dla wszystkim było dziś jednak ostrzelanie Winnicy, miasta położonego w centralnej Ukrainie.
Autor: Alisa Zełenska
W wyniku przedpołudniowego rosyjskiego uderzenia w centrum miasta zginęły przynajmniej 23 osoby, w tym troje dzieci. Około 90 innych zwróciło się o pomoc do placówek medycznych, część z nich jest w ciężkim stanie. Nawiasem mówiąc, uderzenie w Winnicę zostało zadane podczas międzynarodowej konferencji w Hadze, poświęconej prawnej odpowiedzialności Federacji Rosyjskiej za zbrodnie w Ukrainie.
Również dziś rano został ostrzelany Mikołajów, zresztą nie po raz pierwszy. Rosjanie trafili w hotel w centrum miasta, uszkodzili budynek centrum handlowo-rozrywkowego, dwie placówki oświatowe i inne obiekty socjalne. Według Obwodowej Administracji Państwowej okupanci wystrzelili w miasto 9 pocisków.
Ponadto, dzisiaj ratownicy zakończyli demontaż zrujnowanego pięciopiętrowego domu w miejscowości Czasiw Jar w obwodzie donieckim, który 9 lipca został ostrzelany rakietami przez rosyjskich najeźdźców. Spod gruzów wydobyto 48 ciał. Akcja poszukiwawcza trwała 5 dni, sprowadzono do niej 323 ratowników i 9 sztuk sprzętu. Ratownicy zdemontowali około 525 ton zniszczonych elementów budynku.
Na terytorium obwodu chersońskiego trwają walki, coraz więcej osiedli jest na skraju zniszczenia. Z każdym dniem od wybuchów i ostrzałów cierpi coraz więcej cywilów, na minach wysadzane jest bydło, niszczona jest ocalała wcześniej infrastruktura, płoną pola z pszenicą i lasy. Mieszkańcy społeczności graniczących z obwodem dniepropietrowskim odnotowują wzrost sprzętu i liczby wojskowych Federacji Rosyjskiej. W takiej rzeczywistości żyją dziś ludzie w Ukrainie. Z każdym dniem pamięć Ukraińców zamienia się w bezlitosny licznik tragedii.
Alisa Zełenska – ukraińska dziennikarka, prowadzi kilka blogów dla różnych firm, szef produkcji wideo w Kijowie
W Stambule trwają rozmowy w sprawie odblokowania eksportu ukraińskiego zboża przez porty na Morzu Czarnym.
W rozmowach biorą udział przedstawiciele Ukrainy, ROsji, Turcji i ONZ. Według szefa MSZ Ukrainy, Dmytro Kuleby, Ukraina jest gotowa eksportować zboża na rynek międzynarodowy, a rozmowy są w „końcowej fazie”.
„Oni chcą pokazać krajom Afryki i Azji, że chcą uwolnić ich od groźby niedostatku żywności. Faktycznie jednak, Rosja nie jest zainteresowana tym, aby Ukraina eksportowała, jako że wiedzą, że w takim wypadku będziemy zarabiać na rynku międzynarodowym, a to uczyni nas silniejszymi” – powiedział szef ukraińskiego MSZ.
W ostatnich dniach prezydent TUrcji Recep Erdogan przeprowadził rozmowy telefoniczne z prezydentami Ukrainy i Rosji w sprawie odblokowania dostaw. Udział przedstawicieli ONZ jest realizowany na wniosek strony ukraińskiej.
Równocześnie, dzięki odzyskaniu przez Ukrainę kontroli nad Wyspą Węży, do portów w Izmaile i Reni w delcie Dunaju zaczęły zawijać pierwsze statki, na które ładowane jest zboże. Obecnie trwa załadunek 16 jednostek (wg danych Ministerstwa Infrastruktury Ukrainy), a w kolejce do załadunku czeka ok. 80 kolejnych jednostek.
Rozmowa z prof. Bohdanem Hudem, historykiem, profesorem Uniwersytetu Narodowego im. Iwana Franki we Lwowie, autorem książki pt.: „Ukraińcy i Polacy na Naddnieprzu, Wołyniu i w Galicji Wschodniej w XIX i pierwszej połowie XX wieku”. Rozmawiał Tomasz Lachowski.
Tomasz Lachowski: Panie Profesorze, spotkaliśmy się dziś, aby porozmawiać o Pana książce pt.: „Ukraińcy i Polacy na Naddnieprzu, Wołyniu i w Galicji Wschodniej w XIX i pierwszej połowie XX wieku”, która wydaje się być ukazaniem „drogi do Wołynia’43”. Zanim jednak przejdę do konkretnych wątków tematyki polsko-ukraińskich stosunków w ostatnich dwóch stuleciach, chciałbym zapytać o stan badań nad tą problematyką zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie. Czy rok 1989 dla Polski i 1991 dla Ukrainy coś zmienił w tej materii i spowodował jakościowy rozwój badań historyków polskich i ukraińskich nad kształtem naszych stosunków w porównaniu z czasami PRL czy radzieckiej Ukrainy?
Prof. Bohdan Hud’: Sytuacja radzieckiej Ukrainy i Polski Ludowej była zasadniczo odmienna. Uważa się, że oba kraje były państwami socjalistycznymi, ale wskazać należy, że polski socjalizm mocno różnił się od tego istniejącego na radzieckiej Ukrainie (czy szerzej: w całym ZSRR). O ile w Polsce przed 1989 r. mówiono o Wołyniu, Józefie Piłsudskim i nawet Symonie Petlurze, o tyle w Ukrainie radzieckiej – nie. Prowadzenie tu badań – co do tych kwestii – było po prostu niemożliwe. Ponadto, Polska posiadała potężną emigrację polityczną, w tym naukową, która tymi tematami się zajmowała. Z tego względu „Wołyń” istniał w polskiej świadomości społecznej. W ukraińskiej zaś nie! Dlatego też, do chwili obecnej, polska historiografia wyprzedza znacznie ukraińską, jeśli chodzi o stan badań nad problematyką polsko-ukraińskich stosunków, w tym ich najtragiczniejszych wymiarów. Na Ukrainie zaczęto zajmować się tym na poważnie dopiero na początku XXI w., a więc także nie w latach 90., kiedy państwo ukraińskie było już niepodległe.
Można powiedzieć, że to właśnie Pan Profesor należy do pionierów badań nad problematyką polsko-ukraińskich stosunków.
Rzeczywiście, byłem jednym z pierwszych naukowców, którzy zajęli się tematyką polsko-ukraińską w ujęciu historycznym. Zaczynaliśmy jednak od „Trudnego braterstwa”, czyli sojuszu Piłsudski-Petlura – tak nazwaliśmy film dokumentalny poświęcony temu tematowi. Później reżyser tego filmu, Jerzy Lubach, zaproponował mi napisanie „wprowadzenia” do tematu, żebyśmy zrozumieli, dlaczego ukraińscy chłopi nie wsparli wyprawy Piłsudski-Petlura w 1920 r. Zacząłem pisać to wprowadzenie – rozrosło się ono dość znacznie, czego dowodem jest książka, o której rozmawiamy.
I rzeczywiście, jak wspomniał Pan w pierwszym swoim pytaniu, książkę należy czytać jako przedstawienie swoistej „drogi do Wołynia”, ponieważ obejmuje znaczny okres czasu, w którym przyglądam się konfliktom i animozjom polsko-ukraińskim. Warto też pamiętać, że te napięcia były wykorzystywane i podgrzewane przez trzecią stronę (Imperium Rosyjskie, Związek Radziecki), co widzimy i teraz na przykładzie współczesnych stosunków polsko-ukraińskich (Federacja Rosyjska).
Czy można powiedzieć, że dziś o Wołyniu, rozumianego jako pewien tragiczny symbol naszych relacji, wiemy już prawie wszystko? Czy można mówić obiektywnie o tych wydarzeniach?
Mocno wątpię w to. Do niedawna przyjmowało się, że dla strony polskiej „wszystko jest jasne”, jednak ja – opierając swoje badanie prawie wyłącznie o dokumenty, wspomnienia oraz opracowania polskie – znajduję takie szczegóły, które dotychczas nie były brane pod uwagę. A przecież powszechnie wiadomo, że diabeł tkwi w szczegółach. Dlatego też, z nieukrywaną satysfakcją przyjąłem odpowiedź kancelarii premiera Mateusza Morawieckiego, szefem której jest historyk z wykształcenia Michał Dworczyk, na otwarty list dr. Grzegorza Kuprianowicza. Można tu przeczytać, że relacje polsko-ukraińskie z czasów II wojny światowej wymagają jednak pogłębionych badań i pogłębionej refleksji. Mam nadzieję, że moja książka również wpłynie na rozpoczęcie tego procesu.
W książce Pana Profesora wybrzmiewa ważna teza, że przez większość analizowanego w publikacji czasookresu, napięcia mają zdecydowanie bardziej charakter etniczno-społeczny a nie narodowo-polityczny. Kiedy ten drugi wymiar zaczął dominować i co do tego doprowadziło?
Pamiętajmy, że w XIX w. naród ukraiński jako taki nie istniał, a narodem polskim w praktyce była tylko szlachta. Postawione przez Pana pytanie jest bardzo złożone – dość powiedzieć, że jeśli chodzi o analizę samego Wołynia’43, to osobiście przychylam się do stanowiska polskiego pisarza historycznego, Sławomira Kopera, który napisał, że w tamtym czasie na Wołyniu mieliśmy do czynienia nie z konfliktem dwóch narodów, lecz z setkami małych wojen etnicznych – wojen chłopskich. Należy też zwrócić uwagę na to co pisał Anatol Kaminski, że zarówno Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), jak i Ukraińska Powstańcza Armia (UPA) były w zasadzie strukturami chłopskimi – i fizycznie, i mentalnie. I to właśnie interes chłopów był w ich centrum zainteresowania. Przykładem na potwierdzenie tej tezy może być sytuacja z 1943 r., kiedy dowódca UPA Północ Dmytro Klaczkiwski-„Kłym Sawur” (podobnie jak Wladimir Lenin w roku 1917) podpisał dekret ziemski, na mocy którego cała ziemia obszarników i osadników polskich przechodziła w ręce prawosławnej ludności wołyńskiej, czym nie tylko zaskarbił sobie sympatię chłopów, ale zachęcił ich również do udziału w antypolskiej akcji UPA.
W moim przekonaniu, w badanym przeze mnie okresie mniej więcej 150 lat, główną siłą napędową konfliktów polsko-ukraińskich było chłopstwo, co najbardziej widoczne było w poszczególnych szczytach napięć polsko-ukraińskich – powstania listopadowego, powstania styczniowego, rewolucji 1905 r., rewolucji ukraińskiej 1917 i 1918 r. oraz II wojny światowej.
Przechodząc do pytania o pierwsze dwa szczyty, o których wspomina Pan Profesor, czyli czas dwóch powstań z XIX w., chciałbym zapytać, dlaczego polska szlachta czy magnateria nie przekonała warstwy chłopów, żeby ta przyłączyła się do powstań? Chłopi w swojej masie stanęli przecież po stronie Caratu, nieraz bardzo brutalnie zwalczając działalność powstańczą.
Powstania na Ukrainie prawobrzeżnej miały oprzeć się o pewną grupę społeczną, tj. szlachtę. Ta jednak była bardzo zróżnicowana. Na czele tej grupy stała wielka magnateria, która władała wielkimi połaciami ziemi, była szlachta średnia, jak i „proletariat szlachecki” – i to właśnie ta najbiedniejsza część szlachty brała najbardziej aktywny udział w powstaniach. Magnateria przeważnie pozostawała bierna bądź nawet była wierna Caratowi.
Jeśli chodzi o relacje między chłopami a ziemianami, to należy powiedzieć, że ogromna większość ziemi w trzech guberniach, przyłączonych pod koniec XVIII w. do Cesarstwa (Wołyń, Kijowszczyzna i Podole), należała do szlachty polskiej posiadającej wyraźną tożsamość narodową. Chłopi natomiast prawie wyłącznie byli Rusinami bez jasno sprecyzowanej tożsamości narodowej, choć w większości chodzili do cerkwi prawosławnych lub greckokatolickich. Stosunki te były naprawdę oparte na strasznej przemocy ze strony panów/Lachów, więc kiedy zaczęło się powstanie listopadowe (a później styczniowe) dla chłopów było jasne, że powrót do Rzeczypospolitej oznacza wzmocnienie pozycji szlachty i jeszcze większe pogorszenie sytuacji chłopów. To w połączeniu z rosyjską propagandą nie pozostawiało złudzeń, po której stronie staną chłopi. Jest niezaprzeczalnym faktem, że powstanie styczniowe na prawobrzeżnej Ukrainie stłumili właśnie chłopi – na jednego powstańca przypadało pięćdziesięciu uzbrojonych w kosy, widły i kije chłopów zrzeszonych w tzw. karaułach wiejskich. 1863 rok na prawobrzeżnej Ukrainie można porównać z rabacją galicyjską 1846 r., w obu przypadkach chłopi w sposób wyjątkowo okrutny mordowali swoich panów. Walka o „naszą i waszą wolność” jest więc tylko pięknym mitem. Tak naprawdę w 1863 r. rząd carski wysyłał wojska nie po to, aby stłumić powstanie, ale żeby ratować powstańców (czy szerzej: „obywateli” Polaków) od zemsty ruskich chłopów. Rząd carski skutecznie wykorzystywał te napięcia i po 1863 r. znacznie polepszył swoją pozycję na prawobrzeżnej Ukrainie. Do tego czasu bowiem pełnia władzy należała do polskiej magnaterii. Powstania uświadomiły także Rosjanom, że to wcale nie polscy posiadacze ziemscy są największym wrogiem, ale „ludność chłopska”, domagająca się całej ziemi ziemiańskiej.
Kolejnym opisywanym przez Pana Profesora szczytem polsko-ukraińskich napięć jest rewolucja 1905 r. – jak i czy te wydarzenia wpłynęły na relację chłopów i ziemiaństwa na prawobrzeżnej Ukrainie?
Na pewno większy wpływ na sytuację chłopów miała tzw. reforma rolna, czyli uwłaszczenie chłopów z 1861 r., a także wspomniane już stłumienie powstania styczniowego. Rewolucja 1905-1907 r. pokazała, że żywioł chłopski jest straszny i Polacy po raz kolejny przekonali się, że żyją wśród wrogów. Wielu zresztą wyjechało w tamtym czasie do Krakowa czy innych miast dzisiejszej Polski. A dlaczego agresję i niechęć chłopów odczuwali w pierwszej kolejności właśnie Polacy, a nie np. Rosjanie czy inne narodowości? Przyczyna była ewidentna – Polacy, w odróżnieniu od innych „obcych”, nie mieszkali w miastach, a w otoczeniu chłopów ruskich, w swoich przepięknych rezydencjach (których na prawobrzeżnej Ukrainie było przynajmniej kilka tysięcy). Ponadto, po rewolucji 1905 roku do początku I wojny światowej Polacy znów stali się gospodarzami tych terenów, posiadali bowiem ponad 50% całości ziem prywatnych i mocne pozycje zarówno gospodarcze, jak i społeczne.
Przychodzi wreszcie koniec I wojny światowej, od 1917 r. trwa tzw. rewolucja ukraińska, która doprowadza do powstania Ukraińskiej Republiki Ludowej, pod koniec 1918 r. odradza się państwo polskie, a chłopi ruscy wciąż myślą bardziej kategoriami społeczno-etnicznymi, w sposób okrutny niszcząc większość pięknych dworów i folwarków, o których wspominaliśmy.
Nie nazwałbym tego jeszcze okrucieństwem – raczej barbarzyństwem, ponieważ nie było aż tak wielu ofiar, jak zdarzyło się to w czasach II wojny światowej. To barbarzyństwo było jednak podsycane z dwóch stron – z jednej byli to szowiniści rosyjscy, z drugiej bolszewicy. Na Wołyniu przecież na początku XX wieku cała ludność chłopska była wpisana do „czarnej sotni”, rosyjskiego ruchu monarchistycznego i szowinistycznego, zajmującego się pogromami żydowskimi, rozkręcającego nienawiść między ludnością miejscowych a Polakami. Na czele „czarnej sotni” na Wołyniu (i nie tylko) stała zaś Rosyjska Cerkiew Prawosławna.
Dlaczego chłopi z Wołynia tak chętnie zapisywali się do „czarnej sotni”?
Przede wszystkim dlatego, że „czarna sotnia” głosiła hasła o odebraniu ziemi innowiercom, czyli Żydom i Polakom i przekazaniu jej rosyjskim (sic!) chłopom. Kiedy po 1919 r. ważyły się losy Wołynia, który miał wejść w skład II Rzeczypospolitej, meldowano stąd, że chłop prawosławny „tęskni do Cara”. Warto przywołać także sytuację z 1915 r., kiedy na Wołyń przyjechał Dmytro Witowśkyj (późniejszy dowódca ukraiński w czasie walk o Lwów z 1918 r.), który przyjechał werbować miejscowych chłopów do oddziałów Strzelców Siczowych, to usłyszał, że lepiej byłoby, gdyby na te tereny wróciła Rosja, bo „ziemi byłoby więcej, no i wódka potaniałaby” (sic!). Taka była „świadomość narodowa” mieszkańców Wołynia w czasie i tuż po I wojnie światowej. Pod wpływem agitacji politycznej chłopi poszli „po swoje” i rzeczywiście barbarzyństwo nie znało granic. Na Ukrainie prawobrzeżnej zniszczono wówczas 85% majątków polskich – folwarków, gorzelni i cukrowni.
A jak ta zarysowana już mentalność chłopa wołyńskiego różniła się od chłopa z Galicji Wschodniej, czyli rozpadającego się w tamtym okresie Cesarstwa Austro-Węgierskiego?
Różniła się w sposób zasadniczy. W Galicji Wschodniej, kiedy powstała Zachodnioukraińska Republika Ludowa, nie zaobserwowano równie strasznych rozruchów na wsi, jak miało to miejsce na byłych terenach porosyjskich. Chłop galicyjski przyzwyczajony był do pewnego porządku, który wkładało mu do głowy państwo austriackie, a od połowy XIX w. liczne organizacje ukraińskie. Między innymi w 1943 r. konspiracja polska w jednym ze swoich dokumentów wskazywała, że „nieprzeorany ukraińską pracą polityczną chłop wołyński zawsze był skłonny do anarchii”. W Galicji Wschodniej chłopi byli natomiast przeorani ukraińską pracą polityczną, sytuacja była więc inna.
Przejdźmy do czasów II Rzeczypospolitej i polityki Warszawy wobec Ukraińców czy Białorusinów, obywateli odradzającego się państwa polskiego. Z czego wynikała decyzja o systematycznym spychaniu mieszkańców wschodnich województw II RP do drugiej kategorii obywateli, czego ponurymi symbolami stały się takie wydarzenia jak pacyfikacja Galicji Wschodniej w 1930 r. czy kampania niszczenia cerkwi prawosławnych z lat 1937-1938 na wschodniej Lubelszczyźnie?
W 1920 r. marszałek Józef Piłsudski w Równem wzniósł piękny toast – „wznoszę ten toast za to, aby nasza polityka kresowa była polityką uczciwą”. Założenia i chęć były dobre, jednak należy pamiętać, że ogromne zasługi w odbudowie państwa polskiego miała także Narodowa Demokracja. Endecka ideologia Romana Dmowskiego „hartowania Rusinów” była wcielana w życie. Hartowanie Rusinów różniło się jednak na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Na Wołyniu po 1920-1921 r. wpływy miała już nie „czarna sotnia”, tylko komuniści. Hasło „eksterminacji ludności polskiej”, które na początku lat 20. pojawiło się na Wołyniu, należy kojarzyć z komunistami, a nie nacjonalistami. Komuniści mieli w czasie międzywojennej Polski ogromne wpływy na Wołyniu, który oddzielony tzw. kordonem sokalskim od Galicji Wschodniej w praktyce uniknął poważnych wpływów ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego. Kiedy w 1923 r. na Wołyń pojechał Wincenty Witos, to wrócił zszokowany, mówiąc „jest źle, a będzie jeszcze gorzej, wszystko dyszy nienawiścią do Polski”. A nienawiść ta była podsycana przez Związek Radziecki. Mało kto wie, ale aż do 1932 r. na Wołyniu co jakiś czas wybuchały powstania chłopskie podsycane przez Sowietów.
Chłopom przede wszystkim chodziło o ziemię. A polityka II RP przyniosła falę kolonizacji i osadnictwa wojskowego, która przelała kolejną czarę niechęci wobec „obcych”. Polityka II RP zmierzała do wzmocnienia polskości na Wołyniu. Zwiększono ilość Polaków z 60-70 tys. do 320-350 tys., jednak wciąż było to za mało, by mówić o scaleniu Wołynia z pozostałą Polską. Podjęto więc decyzję o niszczeniu cerkwi prawosławnej, co było fatalnym krokiem, bo wzburzyło falę religijnego fanatyzmu wśród miejscowej ludności. Część polskiej inteligencji już wtedy przewidywało najgorsze – „Rusini nas kiedyś wyrżną, bez żalu wyrżną, nigdy nam tego nie darują”, mówili. Co gorsza, postawa nienawiści do wszystkiego co ukraińskie, co nastąpiło na Wołyniu po 1937 roku, spotęgowała też ze strony ludności ukraińskiej poczucie nienawiści do wszystkiego co było polskie. I warto o tym pamiętać, mówiąc o okrucieństwie wydarzeń na Wołyniu w roku 1943.
Polecamy – prezentacja książki Bohdana Huda we Lwowie w kadrze Telewizji Kuriera Galicyjskiego
Należy przywołać także postać Henryka Józewskiego, wojewody wołyńskiego, a wcześniej wiceministra w rządzie Ukraińskiej Republiki Ludowej. Józewski zrezygnował w 1938 r. ze swojej funkcji, w ramach protestu przeciwko akcji niszczenia cerkwi. Na czym miał polegać ten „eksperyment wołyński”, tj. zadanie, którego podjął się Henryk Józewski i dlaczego się on nie powiódł?
Mało kto mówi, że „proukraińska” polityka Józewskiego wzięła się z represji wobec wszystkiego co ukraińskie. W latach 30. XX w. można było działać tylko w ramach organizacji powołanych już za Józewskiego. Ta polityka była nakierowana przede wszystkim na ukraińskich emigrantów, którzy przybywali wówczas na Wołyń z Ukrainy naddnieprzańskiej, a sam Wołyń miał stać się centrum ukraińskiego życia politycznego i ewentualnie walki o niepodległość „tamtej” Ukrainy, ale nie „tej” w ramach II RP. W czasie międzywojnia na obszarze Wołynia zaaresztowano około 4000 komunistów i jedynie 700-800 nacjonalistów – to wpływy komunistyczne były dalej dominujące. Ponadto, w tzw. kołach rolniczych tworzonych przez Henryka Józewskiego na 1,5 miliona społeczeństwa wołyńskiego znalazło się nieco ponad 7 tysięcy członków, w tym 5 700 Ukraińców i 1 600 Polaków. W moim przekonaniu polityka ta nie przyniosła pozytywnych skutków, a po śmierci Piłsudskiego w 1935 r. sytuacja zbliżyła się do tej z Galicji Wschodniej – także na Wołyniu decydujący głos zdobyło wojsko i Narodowa Demokracja.
Chcąc zapytań o ocenę Pana Profesora o ocenę wydarzeń z 1943 r., widzimy, że różnice pojawiają się już w nazewnictwie tych wydarzeń, ponieważ w dyskursie na Ukrainie używa się często sformułowania „tragedia wołyńska”, kiedy w Polsce najdelikatniejsze określenie to „rzeź wołyńska”…
Przepraszam, że przerywam, ale określenie „tragedia wołyńska” pojawiło się po raz pierwszy w treści polskiej gazety podziemnej „Polska zwycięży” z 1943 roku, w której poświęcono tekst „roli Niemców i bolszewików w tragedii wołyńskiej”. To nie Ukraińcy wymyślili to określenie.
A czy według Pana Profesora któreś z pojęć używanych przez większość badaczy tego zjawiska w Polsce, jak „ludobójstwo”, „czystka etniczna”, ale i na Ukrainie, przywołajmy choćby zakładającą pewną symetrię „wojnę (lub konflikt) polsko-ukraiński”, w istocie odpowiadają rzeczywistości?
Moim zdaniem sytuacja na Wołyniu była dużo bardziej skomplikowana niż przyjmuje się to powszechnie w nauce polskiej. Kiedy czołowy polski historyk, Grzegorz Motyka, opisuje w swojej książce „Od rzezi wołyńskiej do akcji Wisła” wydarzenia z 1943 r., praktycznie nie odnosi się do sytuacji w międzywojniu. A, jak mam nadzieję, wynika to z mojej książki, ale i naszej rozmowy, widzimy tu pewien ciąg zdarzeń, które doprowadziły do straszliwego przelewu krwi w 1943 r. Czym był Wołyń w tamtym okresie? Przede wszystkim, pamiętajmy o tym, że jego obszar znajdował się pod okupacją niemiecką. W pracach polskich historyków widzimy najczęściej obraz wszechmocnej UPA i bezbronnej ludności polskiej – faktycznie jednak sytuacja przypominała tę widoczną na Bałkanach. Nie było co prawda państwa satelickiego jakim była Chorwacja, ale, podobnie jak na Bałkanach, Niemcy na Wołyniu siedzieli głównie w miastach i na kolei, a na pozostałym terenie działały różne grupy: ukraińskie nacjonalistyczne, polskie narodowe, polskie prokomunistyczne, liczne bandy rabunkowe oraz – o czym rzadko się pisze w Polsce – skoczkowie sowieccy, czyli jednostki NKWD. Działali oni głównie pomiędzy granicą polsko-sowiecką a rzeką Słucz – tam się aż roiło od partyzantów sowieckich. I to właśnie tam zaczęły się mordy – zdecydowanie najbardziej krwawe. Tak pisali (sic!) autorzy z konspiracji polskiej!
Przygotowując tę książkę, jak już wspominałem, opracowywałem dokumenty polskiego podziemia w Archiwum Akt Nowych w Warszawie oraz Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego i zaskoczyło mnie to, że w tzw. metryczkach nie znalazłem nazwiska żadnego ze znanych mi polskich naukowców, zajmujących się tragedią wołyńską! Wyłącznie widniała wzmianka o pracy ojca i córki Siemaszków i ukraińskiego historyka, prof. Ihora Iljuszyna jeszcze w 1993 roku. A właśnie w tych dokumentach znaleźć można informacje o bardzo silnych wpływach sowieckich w opisywanych przez nas wydarzeniach. Przyjmuje się (G. Motyka, I. Iljuszyn), że rzezie zaczęły się po Bitwie o Stalingrad, ale jak świadczą dokumenty wszystko zaczęło się od konfliktu pomiędzy Kremlem a polskim rządem w Londynie pod koniec lutego 1943 roku. Polski rząd miał stwierdzić, że dialog z Sowietami będzie możliwy tylko wtedy, kiedy uznają oni granicę z 1 września 1939 r., na co Stalin odpowiedział oświadczeniem państwowej agencji TASS, iż Polska jest krajem imperialistycznym i nie pozwala żyć Ukraińcom i Białorusinom w swoich państwach narodowych. I od tego czasu zaczynają się rzezie, które są na rękę Sowietom, ponieważ, jeśli na terenach Wołynia nie będzie ludności polskiej, to o żadnych granicach z 1 września 1939 r. nie ma co mówić. „Jest’ czełowiek – jest’ problema, niet czełowieka – niet problemy”, mawiał Józef Wissarionowicz. Są też dowody – dokumenty polskie oraz niemieckie ‒ na tajne spotkania przedstawicieli UPA i NKWD, m.in. w Krzemieńcu i bardzo silną infiltrację OUN i UPA przez agentów NKWD. Wątki te trzeba jednak jeszcze dogłębniej zbadać.
Spotkanie autorskie prof. Bohdana Huda na WSMiP UŁ / fot. Michał Zaręba, RODM
Jak zatem można scharakteryzować działalność, ale i samą UPA na Wołyniu w omawianym czasie?
UPA na Wołyniu liczyła ok. 5-7 tysięcy osób – podobną liczbę miała prokomunistyczna partyzantka polska. Przyczyną ogromnej różnicy w ofiarach polskich i ukraińskich była chyba ogromna przewaga ludności prawosławnej (nie ukraińskiej, ale właśnie prawosławnej pod auspicjami Patriarchatu Moskiewskiego), która wspierała nacjonalistyczny ruch antypolski. W dokumentach polskiego podziemia 1943 roku nie spotkałem się z definicją – „UPA”, tylko „bandy chłopskie” i „policjanci”. A dlaczego policjanci? To przecież były osoby z milicji utworzonej przez Sowietów z mętów społecznych, znienawidzone przez całą ludność Wołynia, bez względu na narodowość, które znalazły się póżniej w ukraińskiej policji, a potem poszły do lasu. Czym sie zajmowały? Niszczeniem Polaków. Pytanie jadnak: na czyj rozkaz?
Chciałbym jednocześnie podkreślić, że ja nie chcę przesądzać – staram się raczej stawiać pytania. Klucz do odpowiedzi na nie na pewno znajduje się w Moskwie, która prawdopodobnie nie ujawni tych dokumentów.
Na koniec naszej rozmowy chciałem zahaczyć o współczesność i zapytać o ocenę polityki historycznej prowadzonej przez Warszawę i Kijów. Czy jest jakaś możliwa płaszczyzna porozumienia co do wspólnej, ale niełatwej historii, czy jednak to kwestia na tyle delikatna, złożona, ale i upolityczniona, że trudno będzie wypracować jakiś wspólny pogląd na charakter polsko-ukraińskich napięć w ujęciu historycznym?
Nie zajmuję się polityką historyczną, lecz właśnie historią. Jeśli jednak pyta Pan o drogę do porozumienia, to pamiętajmy o słowach Jana Pawła II „tylko prawda was wyzwoli”. Ale prawda powinna być dla obu stron, nie zaś wybiórcza. Jedyną możliwą drogą jest zatem dialog. Oczywiście, ukraińska nauka historyczna wciąż odstaje od historiografii polskiej w kwestii „wołyńskiej”, ale – obrazowo rzecz ujmując – wyrosła już z krótkich spodenek. Tak więc dyskurs naukowy powinien toczyć się na równych prawach.
Natomiast kiedy mówimy o polityce historycznej obu krajów, to wystarczy tylko porównać roczne budżetu naszych Instytutów Pamięci Narodowej – ukraińskiego wynosi 14 mln hrywien (ok. 2 mln złotych), a polskiego około 2 mld hrywien (ok. 240 mln zł). To też pokazuje skalę możliwości i realne działanie obu państw na płaszczyźnie polityki historycznej. Podsumowując chcę stwierdzić, że na pewno wciąż mamy sporo do zrobienia i powinniśmy rozsądnie podchodzić do omawianego tematu: sine ira et studio (bez gniewu i uprzedzeń). Podejście inne – np. manipulowanie ilością ofiar – oddala nas od osiągnięcia porozumienia. Chciałbym jednak na koniec wyraźnie stwierdzić, że – podobnie jak ś.p. Jarosław Daszkiewicz, wybitny ukraiński uczony – uważam, że nawet jeśli brać pod uwagę prowokacje sowieckie czy niemieckie, to to co się stało na Wołyniu zasługuje na jednoznaczne i surowe potępienie. Pod tym stwierdzeniem podpisze się każdy uczciwy historyk ukraiński. Życzyłbym sobie, żebyśmy temat ten badali jedynie drogą skrupulatnych i dogłębnych badań naukowych, a nie publicystyki pełnej emocji, niepopartej solidnymi dowodami naukowymi.
Dziękuję za rozmowę.
Wywiad powstał na podstawie spotkania autorskiego prof. Bohdana Huda na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego na zaproszenie głównego organizatora – Regionalnego Ośrodka Debaty Międzynarodowej w Łodzi.
Prezydent RP zabrał głos podczas uroczystych obchodów „Krwawej Niedzieli” – masowego ludobójstwa ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP, które odbywają się 11 lipca.
„Nie ma dzisiaj Polaków, którzy nie wiedzą, co to była rzeź wołyńska, a jednak przyjmują Ukraińców pod swój dach, niosą pomoc całemu narodowi i państwu” – powiedział polski prezydent podczas uroczystości pod pomnikiem ofiar Zbrodni Wołyńskiej w Warszawie.
” Chcemy prawdy, grobów, tego, co jest normalne w cywilizacji, w której oba nasze narody wyrosły – chrześcijańskiej, łacińskiej. Chcemy móc pomodlić się na grobach naszych najbliższych, rodaków, wskazanych z imienia i nazwiska o ile to jeszcze możliwe. Chcemy zaoferować to samo, aby i tam, gdzie na naszej ziemi pochowani są Ukraińcy, też był grób” – powiedział Andrzej Duda odnosząc się do kwestii ekshumacji ofiar i upamiętnień.
W ramach obchodów odbyła się także wspólna modlitwa przedstawicieli różnych wyznań oraz złożenie kwiatów pod Pomnikiem Ofiar Ludobójstwa.
W uroczystościach wziął udział także nowo mianowany ambasador Ukrainy w Polsce, Wasyl Zwarycz, który za dwa dni złoży listy uwierzytelniające. Ambasador złożył wieniec od prezydenta Ukrainy, Wołodymyra Zelenskiego.
Według amerykańskiego think-tanku Institute Study of War Rosja dąży do aneksji Donbasu, południowej części Ukrainy oraz obwodu charkowskiego.
„Wykorzystanie przez władze okupacyjne obrazów i retoryki imperialnej Rosji wprost wskazuje na plany aneksji i to wzmacnia poprzednie oceny ISW co do tego, że Kreml ma szersze cele terytorialne niż zajęcie obwodów donieckiego i ługańskiego czy nawet utrzymania południa Ukrainy” – napisano w analizie ISW, odnosząc się do opublikowanych niedawno symboli dla przyszłych władz okupacyjnych, zawierających m.in. rosyjskiego dwugłowego orła oraz herb Charkowska z XVIII wieku.
Rosja prowadzi jak na razie bezskuteczne działania w kierunku Słowiańska i Siwerska z rejonu zajętego niedawno Lisiczańska. Cały czas trwają także ostrzały Charkowa.
Z kolei według brytyjskiego wywiadu, kluczowym celem strony rosyjskiej jest przejęcie pełnej kontroli nad drogą E40, prowadzącą z Charkowa do Doniecka.
W ciągu ostatniej doby SZ Ukrainy zniszczyły co najmniej 4 rosyjskie składy amunicji, m.in. w Alczewsku i Szachtarsku. Łącznie, w ciągu ostatniego tygodnia, z wykorzystaniem wyrzutni rakietowych HIMARS zaatakowano ok. 30 celów na zapleczu sił rosyjskich – głównie składy amunicji i paliw. W najbliższym czasie ukraińska armia ma otrzymać 4 kolejne wyrzutnie HIMARS, a następnie kolejne – w tym również typu M270 m.in. z Niemiec i Holandii.
Jesienią 2018 roku podczas wizyty w kwaterze głównej w Brukseli zapytałem urzędników Sojuszu Północnoatlantyckiego o termin powstania i wdrożenia nowej Koncepcji Strategicznej NATO. W tym czasie już od czterech lat postdwubiegunowy system bezpieczeństwa międzynarodowego był faktycznie zniszczony: w Europie toczyła się wojna i abstrakcyjny terroryzm nie był głównym zagrożeniem, nie mówiąc już o tym, że agresywna neoimperialna Rosja nie mogła być „strategicznym partnerem” Sojuszu. w jakikolwiek sposób. W odpowiedzi powiedziano, że prace w tym kierunku trwają, ale jak dotąd nie ma pełnego konsensusu między państwami członkowskimi. Taki stan rzeczy był wyraźną ilustracją głębokiego kryzysu NATO, który w rzeczywistości skutkował niemożnością przejęcia kontroli nad niebezpiecznymi procesami na kontynencie. Co najgorsze, Sojusz utracił swoją strategiczną wizję i inicjatywę jako wiodący instrument bezpieczeństwa regionalnego i globalnego.
Autor: prof. Serhij Feduniak
Teraz widzimy, że NATO wreszcie zaczęło nabierać tradycyjnych cech lidera w sferze bezpieczeństwa, o czym świadczy szczyt, który odbył się w dniach 28-30 czerwca w Madrycie. Nowa Koncepcja Strategiczna bardziej adekwatnie odpowiada realiom współczesnego świata, co obrazuje lista głównych zagrożeń i wyzwań stojących przed Sojuszem w przyszłości. Rosja jest w nim uznana za „najważniejsze i bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa sojuszników oraz dla pokoju i stabilności w przestrzeni euroatlantyckiej”. Chiny ogłaszane są jednym z najważniejszych wyzwań. Różnica między nimi, jak słusznie zauważył jeden z obserwatorów, polega na tym, że przewiduje się negocjacje z Pekinem, ale nie z obecnym reżimem Kremla. Innym dowodem znaczenia i strategicznego znaczenia szczytu była nieobserwowana od dawna ekspansja Sojuszu na kierunku dotychczas neutralnych Szwecji i Finlandii.
Głównym tłem szczytu była oczywiście wojna rosyjsko-ukraińska. Państwa członkowskie musiały decydować nie tylko o pomocy Ukrainie w odpieraniu agresji, ale także o jej miejscu i znaczeniu w szerszym kontekście strategicznym. Sojusz zgodził się, że Ukraina nie może przegrać wojny i udzieli Ukraińcom w tym celu różnorodnej pomocy wojskowej, politycznej oraz gospodarczej. W Koncepcji Strategicznej stwierdza się również, że „silna niepodległa Ukraina jest niezbędna dla stabilności przestrzeni euroatlantyckiej”. Jednocześnie dokumenty szczytu nie odnotowywały dalszego postępu Ukrainy na drodze do członkostwa w NATO, a jedynie powtarzały frazę „otwartych drzwi”.
Główny wniosek z ostatnich wydarzeń jest taki, że NATO powraca w charakterze głównego projektanta i budowniczego międzynarodowego systemu bezpieczeństwa pierwszej połowy XXI wieku. Wszyscy na tym korzystają: Sojusz potwierdza swoje znaczenie i znaczenie; Chiny otrzymują potężną zachętę do poszukiwania strategicznych porozumień z Zachodem. Nawet Rosja ma swoistą premię w postaci zimnego prysznica, który wraz z wysiłkami Sił Zbrojnych Ukrainy może przywrócić jej klasę rządzącą do rzeczywistości. Ukraina niedaremnie próbuje stać się częścią cywilizacji zachodniej.
Prof. Serhij Feduniak – doktor habilitowany nauk politycznych, profesor na Wydziale Stosunków Międzynarodowych Czerniowieckiego Uniwersytetu Narodowego im. Jurija Fedkowycza w Czerniowcach (Ukraina), dyrektor ds. projektów strategicznych Centrum Narracji Politycznych Demokracji w Czerniowcach (Ukraina).
Ukraińska armia po ciężkich walkach opuściła miasto Lisiczańsk w obwodzie ługańskim wobec groźby okrążenia.
Według komunikatu ukraińskiego Sztabu Generalnego, wyjście z miasta było koniecznością wobec przewagi sił rosyjskich w artylerii, lotnictwie i systemach rakietowych, amunicji i liczbie żołnierzy. Nowa linia obrony znajduje się na zachód i północ od miejscowości Słowiańsk i Siwersk oraz Bachmut.
Siły rosyjskie sforsowały również rzekę Siwierski Doniec, której nie udało im się pokonać dwa miesiące temu i gdzie w pobliżu m. Biłohoriwka poniosły bardzo ciężkie straty od ognia ukraińskiej artylerii.
W nocy z soboty na niedzielę siły ukraińskie ostrzelały pociskami rakietowymi (najprawdopodobniej z zestawów HIMARS) jedną z rosyjskich baz wojskowych w pobliżu Melitopola. W okolicy miasta wysadzono także most używany do realizacji dostaw wojskowych, o czym poinformowały Siły Specjalnych Operacji Ukrainy.
Kolejne dostawy broni dla Ukrainy zapowiedziała Słowacja. Dostawy te mają obejmować m.in. kolejne czołgi produkcji poradzieckiej oraz samoloty MiG-29.
Na podstawie: pravda.com.ua, ukrinformua, mil.gov.ua,
W czwartek, 30 czerwca 2022r. w godzinach porannych siły rosyjskie wycofały się z Wyspę Węży, zajętej na początku aktualnej fazy wojny z Ukrainą, 25 lutego 2022 roku.
Zgodnie z komunikatem ukraińskiego Dowództa Operacyjnego Południe, Rosjanie zdecydowali o wycofaniu swoich sił po serii ukraińskich uderzeń lotniczych i artyleryjskich. W ciągu ostatniej nocy strona ukraińska zniszczyła znajdujące się na wyspie systemy przeciwlotnicze i inny sprzęt.
Jak wynika z oświadczeń ukraińskiej armii, istotną rolę w działaniach przeciwko Wyspie Węży odegrała armatohaubica „Bogdana” o kalibrze 155mm, która ostrzeliwała rosyjskie instalacje z terenu „kontynentalnej” Ukrainy. Łącznie, na rosyjskie siły pozostające na wyspie przeprowadzono co najmniej kilkanaście uderzeń; kilka dni temu w pobliżu Wyspy Węży został zatopiony pociskami „Harpoon” rosyjski okręt, którym próbowano dostarczyć tam sprzęt, w tym system przeciwlotniczy Tor.
Fakt wycofania się z wyspy potwierdziła strona rosyjska, nazywając to działania „gestem dobrej woli”, w związku z kwestią zapewnienia konieczności eksportu ukraińskiego zboża.
Z kolei w Madrycie na zakończenie szczytu NATO, prezydent USA Joe Biden zapowiedział przekazanie Ukrainie kolejnego pakietu pomocy wojskowej, w tym m.in. kolejnych zestawów HIMARS i systemów przeciwlotniczych (jak wynika z dotychczasowych informacji, chodzi o system NASAMS).
W ramach wymiany jeńców wojennych uwolniono z rosyjskiej niewoli 144 wojskowych, w tym 95 obrońców zakładów „Azowstal” w Mariupolu.
To największa od 24 lutego 2022r., tj. od początku tej fazy konfliktu, wymiana jeńców wojennych. Wśród zwolnionych znalazło się 43 żołnierzy pułku Azow. Łącznie na Ukrainę powróciło 59 żołnierzy Gwardii Narodowej Ukrainy, 30 Sił Morskich Ukrainy, 28 Sił Zbrojnych Ukraiy, 9 – Sił Obrony Terytorialnej i 1 funkcjonariusz Policji Narodowej.
Większość z uwolnionych jeńców została ranna w czasie walk, obecnie jest im udzielana niezbędna pomoc medyczna i psychologiczna.
Wymianę jeńców zapowiedział 22 czerwca br. szef Głównego Zarządu Wywiady Ministerstwa Obrony Ukrainy, generał Kiryło Budanow. Większość ukraińskich jeńców – blisko 2500 – jest przetrzymywanych w obozie w Oleniwce w obwodzie donieckim, na terenach pozostających pod rosyjską okupacją.
Środa, 29 czerwca, to 126 dzień rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Najcięższe walki trwają w Lisiczańsku, na pograniczu obwodów donieckiego i ługańskiego. Trwają również rosyjskie ostrzały rakietowe, ofiarami których często są cywile – w tym m.in. w Mikołajowie, Kremenczuku i na Donbasie.
W ostatnich dniach na Ukrainę dotarły kolejne dostawy broni z krajów zachodnich, w tym m.in. wyrzutnie pocisków rakietowych HIMARS. Łącznie SZ Ukrainy mają otrzymać 8 zestawów HIMARS i 9 MLRS M270). W najbliższych czasie Ukraina ma otrzymać również nowoczesne systemy przeciwlotnicze NASAMS – obecnie trwa szkolenie ukraińskiego personelu w zakresie obsługi tych zestawów.