Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła 12 listopada 2015 roku postanowienie o dopuszczeniu do udziału jednostek sił zbrojnych innych państw w ćwiczeniach wojskowych odbywających się na terytorium kraju.
Przyjęty dokument dopuszcza przebywanie na Ukrainie żołnierzy z USA i innych państw NATO, a także państw będących uczestnikami programu Partnerstwo dla Pokoju i obejmuje okres od listopada do końca grudnia 2015 roku. Dopuszcza się jednoczesny pobyt na Ukrainie 2500 żołnierzy i sprzętu wojskowego.
Ćwiczenia mają odbyć się w ośrodku szkoleniowym położonym na poligonie w Jaworowie w obwodzie lwowskim. Zgodnie z planem ma wziąć w nich udział 350 żołnierzy z USA i 100 z Kanady w każdej z rotacji ćwiczeń. Łącznie, przez okres dwóch miesięcy na ukraińskich poligonach będzie ćwiczyć 1500 żołnierzy z USA i 1000 z innych krajów Paktu.
Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła 12 listopada br. ustawę „O Państwowym Biurze Śledczym”, która daje podstawy prawne do funkcjonowania jednostki organizacyjnej o takiej nazwie, a także wyznacza jej ramy organizacyjne i zasady działania, w tym dotyczące współpracy z innymi organami państwowymi.
Przyjęcie ustawy poparło 241 deputowanych.
Państwowe Biuro Śledcze ma zajmować się zapobieganiem i prowadzeniem śledztw dotyczących przestępstw, w tym zwłaszcza w sferze przestępczości zorganizowanej, organizacji przestępczych, przestępstw dotyczących tortur i innych poważnych naruszeń ze strony pracowników organów porządku publicznego i pracowników administracji publicznej.
W związku z przypadkami śmierci rosyjskich żołnierzy w Syrii, Rosja przygotowuje działania o charakterze prowokacji, które mają mieć miejsce na Ukrainie i które mają odwrócić uwagę rosyjskiej opinii publicznej od wydarzeń na Bliskim Wschodzie – informuje RNBiO Ukrainy.
Celem działań strony rosyjskiej, realizowanych z udziałem m.in. FSB i GRU oraz Sztabu Generalnego armii FR ma być także podważenie pozycji aktualnych ukraińskcih władz oraz obowiązujących porozumień z Mińska.
W ramach planowanych działań miałoby dojść m.in. do aktów przemocy, ofiarami których mieliby stać się rosyjskojęzyczni mieszkańcy Donbasu, głównie kobiety i dzieci. O ewentualne zbrodnia mieliby zostać obwinieni ukraińscy wojskowi.
Informacje przekazane przez RNBiO zbiegają się w czasie z eskalacją ostrzałów pozycji sił ukraińskich w Donbasie oraz informacjami o rzekomej groźbie ataku na cywilów ze strony oddziałów ochotniczych pozostających poza kontrolą władz w Kijowie.
11 listopada 2015 roku w Kijowie odbyła się uroczystość wodowania małego kutra artyleryjskiego projektu 58155 Griuza-M. To jeden z dwóch okrętów tego typu zamówionych przez Ministerstwo Obrony Ukrainy w październiku 2014 roku.
W ceremonii wziął udział szef RNBO Ukrainy Ołeksandr Turczynow i kierownictwo ukraińskiej Marynarki Wojennej, a tradycyjnego rozbicia butelki szampana o kadłub okrętu dokonała szef administracji rejonowej, Anna Hilak. Jednosteka będzie nosić nazwę „Akerman”.
To pierwsza jednostka dla sił morskich jaka została zbudowana w okresie niezależności Ukrainy (tj. po 1991 roku) przy wykorzystaniu własnych zdolności projektowych i technicznych. Kutry tego typu są przystosowane do prowadzenia działań na rzekach, jeziorach i w strefie przybrzeżnej. Mają długość 23,7 m, mogą osiągać maksymalną prędkość 25 węzłów i mają zasięg 900 mil morskich. Załogę stanowi 5 osób. Uzbrojenie jednostki to dwa moduły typu BM-5M.01 Katran-M – każdy z nich składa się armata kalibru 30 mm, karabin maszynowy 7.62 mm, wyrzutnia pocisków przeciwlotniczych i przeciwpancernych. Okręt może również działać jako stawiacz min.
Nowy kuter artyleryjski ma wejść do służby do końca tego roku. Może trafić na Morze Azowskie lub na Dunaj, jednak niewielkie rozmiary jednostki pozwalają na jej transport samolotami transportowymi An-124 Rusłan i szybki przerzut w dowolne miejsce.
Według aktualnych planów do 2017 roku Siły Morskiej Ukrainy mają otrzymać 9 takich jednostek.
W pierwszej części wywiadu lider Sojuszu Demokratycznego Wasyl Haćko opowiedział o tym, kto kupował głosy podczas wyborów lokalnych w Kijowie, o perspektywach zjednoczenia z ugrupowaniem Siła Ludzi oraz o deputowanych ludowych do Rady Najwyższej, których chciałby pozyskać na bazie swojego ugrupowania. W drugiej części wywiadu polukr.net pyta Haćkę o wrogich agentów w szeregach jego partii, sukces partii w poszczególnych regionach Ukrainy, stosunek do mniejszości seksualnych oraz skandale, które negatywnie wpłynęły na notowania Sojuszu Demokratycznego.
„Wygraliśmy tam, gdzie trzeba wydawać mniej pieniędzy”
Jaki wynik uzyskał Sojusz Demokratyczny w poszczególnych regionach Ukrainy?
Wybory lokalne były dla nas eksperymentem. Wzięliśmy pod uwagę kluczowe miejsca jeśli chodzi o prowadzenie aktywnej kampanii wyborczej: Kijów i osiem centrów obwodowych. W tych centrach Sojusz Demokratyczny dostał się do lokalnej rady tylko w Czernihowie, gdzie uzyskał ponad 5% głosów (w tym obwodzie w jednym z rejonów zdobyliśmy ponad 5%, a w kolejnym 10%). W Mikołajowie i Użhorodzie uzyskaliśmy 3%, w Odessie blisko 2%, w Charkowie 1% i w Sumach około 1,5%.
Wniosek: im większe miasto tym jest nam trudniej.
Dobry wynik osiągnęliśmy w mniejszych miejscowościach, np. w Browarach pod Kijowem i Winnikach obok Lwowa. W obu miastach Sojusz Demokratyczny dostał się do miejscowej rady. W Browarach zdobyliśmy prawie 9%, w Winnikach ponad 6%.
Poza tym wystartowaliśmy w miejscowościach o liczbie mieszkańców nie przekraczającej 15 tysięcy, przy czym zadecydowaliśmy, aby znajdowały się one w różnych częściach Ukrainy: na wschodzie i zachodzie. Na wschodzie była to Nowogrodiwka w Obwodzie Donieckim, 35 kilometrów od miejscowości Piski, na linii frontu. Tak zdobyliśmy aż 15%! Tyle samo w Zaliszikach w Obwodzie Tarnopolskim.
Oznacza to, że dobry wynik uzyskaliśmy tam, gdzie można przejść się na własnych nogach. Im mniejsza miejscowość, im mniej wydatków na kampanię wyborczą, mniejsze wydatki na reklamę, większe możliwości dotarcia do ludzi i przeprowadzenia skutecznej agitacji – tym większy nasz sukces.
Natomiast w Kijowie jest aż 12 tysięcy budynków! Nie udało się nam nawet wysłać materiałów promocyjnych do każdej skrzynki pocztowej, chociaż mieliśmy je przygotowane. To milion dwieście tysięcy adresów! Żeby dotrzeć z przynajmniej jednym nieszczęsnym arkuszem papieru pod wszystkie adresy trzeba zapłacić 600 tysięcy hrywien.
Jako wyborca nie zgadzam się z Panem. W Pozniakach, w Kijowie, nie tylko nie widziałem żadnej reklamy Sojuszu Demokratycznego, ale także żadnej pracy kandydatów tego ugrupowania. Formalnie startowali oni przecież również z tego regionu. Oznacza to, że mała aktywność kandydatów waszej partii związana była nie tyle z brakiem pieniędzy, co z osobami samych kandydatów oraz ich chęcią prowadzenia kampanii bezpośredniej. A były to wybory lokalne – odwiedzić 30-40 wielopiętrowych budynków w jednym okręgu nie jest trudnym zadaniem. Kandydaci innych partii – Samopomocy, Swobody – często zdobywali poparcie poprzez bezpośrednie spotkania z ludźmi obok ich domów, sklepów, itd.
To prawda, ale nie do końca. Spójrzmy całościowo na nasze wyniki w Kijowie. W wielu okręgach uzyskaliśmy 15%, a nawet 20% głosów. Nie widać więc bezpośredniej pomiędzy pracą kandydatów a osiągniętym rezultatem.
Dla przykładu: w jednym z okręgów, Teremkach, Sojusz Demokratyczny nie wystawił żadnego kandydata, a uzyskał 10% głosów. Spójrzmy także na Gołosijewo lub Demijewkę – tam nasza partia jest bardziej rozpoznawalna, ja sam mieszkam w rejonie gołosijewskim i wiele pomagałem jego mieszkańcom, m.in. tworzyć zrzeszenia współwłaścicieli budynków wielopiętrowych, wprowadzać budynki do eksploatacji, itd.
Z drugiej strony spójrzmy na Obołoń. W kilku miejscach nasi kandydaci naprawdę pracowali w pocie czoła. Ołena Pedaj była niczym maszyna, nie opuszczała swojego okręgu. A uzyskaliśmy tam tylko 4,8% głosów.
Nie oznacza to oczywiście, że nie należy pracować w poszczególnych okręgach. Bez wątpliwości trzeba to robić.
„Nasi konkurenci mogli wystawić swoich kandydatów także w ramach Sojuszu Demokratycznego”
Zakładając, że aktywna praca kandydatów w poszczególnych okręgach wpływa na rozpoznawalność partii i stosunek do niej, jak Pan wytłumaczy sytuację, w której niektórzy kandydaci nie kiwnęli nawet palcem w trakcie kampanii wyborczej?
Wszyscy dobrze wiedzą, że naszą listę udostępniliśmy wszystkim, a tym samym każdy mógł kandydować z ramienia Sojuszu Demokratycznego. W Kijowie prawie połowa naszych kandydatów przyszła tak naprawdę „z ulicy”. Co prawda stanęli oni przed komitetem nominacyjnym, sprawdzono ich, ale później nie mogliśmy ich przecież zmusić do pracy w terenie. Nie wszystkich, to oczywiste, ale znaczną ich część.
Niektórzy kandydaci twierdzili, że nikt nie płaci im za kampanię wyborczą i w ogóle nie ma specjalnych powodów, aby dostać się do Rady Najwyższej, ponieważ deputowani nie otrzymują żadnej pensji.
To prawda. Doszedłem do wniosku, że inne ugrupowania mogą nam podrzucać swoich kandydatów z zewnątrz z określonym celami. To łatwe. Jaki w tym cel? Przytoczę jeden wymowny przykład z zeszłorocznej kampanii parlamentarnej. W Kijowie z ramienia Sojuszu Demokratycznego do Rady Najwyższej wystartowało kilku kandydatów w okręgach większościowych, w tym jeden w rejonie szewczenkowskim, gdzie konkurowali ze sobą Pylypyszyn i Lewczenko ze Swobody. Co zrobił wówczas Pylypyszyn (teraz ja wiem, że to był on)?
Przyszedł do mnie mój kandydat (chodziło wówczas o współpracę z Pozycją Obywatelską Anatolija Hrycenki) i powiedział: „Wasylu, zaproponowano mi wsparcie pieniężne w kampanii”.
Zapytałem – kto?
Odpowiedział: „szef sztabu Pozycji Obywatelskiej w rejonie szewczenkowskim”.
O jaką kwotę chodzi?
„Około 35-40 tysięcy dolarów”.
Jakie są motywy?
„Sponsor chce wesprzeć kandydaturę Sojuszu Demokratycznego, zależy mu na rozwoju zawodowym, chce, aby przedstawiciel podnosił tą kwestię w parlamencie”.
Pomyślałem wtedy: żaden problem, to przecież Pozycja Obywatelska, niech sobie inwestują.
Następnie Lewczenko i Pylypyszyn starli się między sobą i okazało się, że jeśli Sojusz Demokratyczny nie wycofa swojego kandydata to Pylypyszyn znów wygra w swoim okręgu. Lewczenko przyszedł wówczas do nas z prośbą: „pomóżcie, wynikła taka sytuacja, a wy jeszcze nawet nie zaczęliście prowadzić pełnej kampanii wyborczej”.
Zdecydowaliśmy się pójść Swobodzie na rękę, zwłaszcza, że Pylypyszyn przyłożył rękę do ustaw z 16 stycznia. Ale przyszedł do nas ów sponsor i stwierdził, że nie zgadza się na wycofanie kandydata, którego kampanię finansował! Zacząłem podejrzewać coś niedobrego. Zadzwoniłem do Pozycji Obywatelskiej i zapytałem jak długo ta osoba u nich pracuje. Dowiedziałem się, że dosłownie od kilku miesięcy – po prostu przyszedł, zaproponował swoją pomoc, stanął na czele sztabu.
Co to oznacza? Pylypyszyn wprowadził swoich ludzi nawet do innych sztabów wyborczych. Opłacało się im zainwestować pieniądze w naszego kandydata, żeby zabrał głosy Lewczence. Dlatego też nasza otwartość w sprawie list wyborczych to taki kij z dwoma końcami.
Czy część kandydatów Sojuszu Demokratycznego mogła zostać wystawiona przez konkurencję w celu osiągnięcia innych celów politycznych?
Niestety tak, mogła. Niektórzy nie przejawiają aktywności i w ten sposób pomagają konkurencji, inni zbierają informacje o naszej partii, wprowadzają swoje osoby, aby przejąć kontrolę nad częścią okręgów. To oni później wysuwają swoich obserwatorów, członków komisji wyborczych. Tak, było to całkiem możliwe.
Może to wyjaśniać niską aktywność niektórych kandydatów Sojuszu Demokratycznego w poszczególnych okręgach. Mówię to jednak bez nawiązania do konkretnej sytuacji.
O sytuacji w sąsiednim okręgu wyborczym pisał za to dziennikarz Wachtang Kipiani, który tam zamieszkuje. Doszło do zmowy, wszystko zostało wcześniej uzgodnione, kandydat Jedności Krymczak kupował nie tylko głosy wyborców, ale i kandydatów, którzy nie przejawiali żadnej aktywności. Kandydatka Sojuszu Demokratycznego w ogóle nie pracowała w tym okręgu podczas kampanii wyborczej.
Była tam nasza kandydatka i podejmowała one pewne działania, ale jest jeszcze młodą osobą, niedoświadczoną. Nie wydaje mi się, że brała ona udział w tej zmowie, już dość długo jest członkiem Sojuszu Demokratycznego.
„Inwestujemy wiele czasu w swoich aktywistów, poświęcamy im dużo wysiłku”
Ile członków liczy Sojusz Demokratyczny w Kijowie?
Prawie 400 osób.
Dlaczego więc był problem z wyborem kandydatów z własnych szeregów?
Musi Pan zrozumieć, że ludzie przyłączają się do Sojuszu Demokratycznego nie tylko aby realizować się w sferze polityki. Sojusz Demokratyczny to wspólnota, w której można się rozwijać, do której można przynależeć. Postrzegani jesteśmy jako organizacja społeczna. Żeby zostać politykiem trzeba ciężko pracować, przygotować tych ludzi. Polityka nie jest dla wszystkich. Dla jednych jest ciekawa, ale dla innych już nie.
Żeby przyciągać do siebie ludzi o politycznych motywacjach musimy mieć przed sobą jakieś perspektywy. Gdy ludzie zobaczą w naszej partii te perspektywy ustawią się w kolejce po członkostwo w naszym ugrupowaniu. Póki co wychowujemy naszych działaczy od dzieciństwa, ucząc ich systemów społecznych, edukacji politycznej itd. Organizujemy różne projekty, inicjatywy. Dostrzegam w tym środowisku 5-6 potencjalnie bardzo rokujących osób, które z roku na rok rozwijają się i mają silną motywację polityczną. Inwestujemy w nich wiele czasu i wysiłku.
„Jesteśmy przeciwni dyskryminacji mniejszości seksualnych. Takie osoby są członkami naszej partii”
Część potencjalnych wyborców nie oddała głosu na waszą partię, obwiniając Sojusz Demokratyczny o nadmierny konserwatyzm, a nawet o klerykalizm. Wspominali oni zeszłoroczny konflikt, kiedy to Sojusz Demokratyczny odmówił przyjęcia w swoje szeregi zadeklarowanego geja, działacza LGBT, Bohdana Hloby. Dzisiaj wspomina Pan o konieczności stworzenia na bazie Sojuszu Demokratycznego „szerokiej platformy dla zjednoczenia różnych środowisk”. Czy oznacza to, że Pana ugrupowanie stanie się bardziej liberalne w kwestii mniejszości seksualnych?
W zeszłym roku sami się o to prosiliśmy. Popełniliśmy olbrzymi błąd wizerunkowy w przypadku Hloby. Ten cień cały czas na nas pada. Odmówiliśmy Hlobie nie dlatego, że należy do mniejszości seksualnych. Chodziło o różnicę pomiędzy programem naszej partii (np. w kwestiach rodziny), a poglądami, które publicznie wyrażał Hloba.
Tak naprawdę nie mamy uprzedzeń wobec żadnych mniejszości seksualnych. Sojusz Demokratyczny sam w sobie nie jest co prawda lobbystą na rzecz praw mniejszości seksualnych, ale to w żaden sposób nie oznacza, że dyskryminujemy takie osoby. Mało tego –do naszej partii należą przedstawiciele mniejszości seksualnych. Nie przeszkadza to ani im samym, ani partii.
Mamy konserwatywne poglądy jeśli chodzi o instytucję rodziny, ale nie upieramy się przeciw wprowadzeniu zmian do prawodawstwa w zakresie przeciwdziałania dyskryminacji mniejszości seksualnych. W ogóle nie zaprzeczamy, że można zrównać prawa mniejszości seksualnych w wielu dziedzinach życia.
Jakie jest wasze stanowisko w sprawie legalizacji małżeństw homoseksualnych?
Chciałbym, żeby takie sprawy zostały poddane jak najszerszej dyskusji – my jesteśmy na nią gotowi. Nie będziemy sprzeciwiać się związkom tej samej płci. Z jedynym wyjątkiem – mamy bardzo konserwatywny stosunek do instytucji rodziny. W naszym rozumieniu to związek mężczyzny i kobiety.
Wychodzimy jednak z założenia, że dwie osoby tej samej płci mają problemy społeczne, problemy z rozwiązaniem kwestii majątkowych i wiele innych. W tym zakresie nigdy nie mieliśmy żadnych uprzedzeń – nie może ich po prostu być.
Co Pan uważa o adopcji dzieci przez pary tej samej płci?
Nie jestem gotów, aby o tym rozmawiać. Tej dyskusji nie było jeszcze wewnątrz naszej partii.
W wyniku wypadku samolotu szturmowego Su-25 zginął pilot, 23-letni Jegor Bolszakow. Katastrofa podczas lotu treningowego miała miejsce ok. 40 km na północ od Zaporoża.
Według informacji przekazanych przez prokuraturę wojskową, która rozpoczęła prace na miejscu wypadku, prawdopodobną przyczyną było zderzenie z linią wysokiego napięcia, jako że lot był wykonywany na niskiej wysokości.
Do czasu wyjaśnienia przyczyn wypadku wstrzymano loty treningowe samolotów Su-25.
Na podstawie: mil.gov.ua, facebook.com/MatiosAnatolii, pravda.com.ua
Deputowany do Rady Najwyższej Ukrainy i dotychczasowy lider partii „Prawy Sektor”, Dmytro Jarosz zrezygnował z dalszego sprawowania funkcji szefa tej formacji. O swojej decyzji poinformował na facebooku.
Jako przyczynę takiej decyzji wskazał, że lider powinien ponosić pełną odpowiedzialność za to, co dzieje się wewnątrz organizacji, a jego aktualna pozycja uniemożliwia kontrolowanie sytuacji wewnątrz partii i organizacji.
W najbliższych dniach ma odbyć się posiedzenie kierownictwa organizacji, które zajmie się wyborem nowego lidera.
Na podstawie: facebook.com/dyastrub, pravyysektor.info
2 listopada 2015 roku wszyscy postępowi mieszkańcy Donieckiej Republiki Ludowej świętowali rocznicę wyborów do centralnych organów władzy oraz wyboru Ołeksandra Zacharczenki na „ojca narodu”. Oficjalnych imprez nie było, w rzeczywistości nie do końca oczywiste było co w ogóle można by świętować. Z tej okazji dzieciom w szkołach tłumaczono więc podstawowe zasady, organizując lekcje patriotyzmu i miłości do swojej „ojczyzny”. Na tle skromnych uroczystości miało jednak miejsce zajście, które przykuwa o wiele więcej uwagi. Moskwa przeprowadziła oto czystkę kuratorów, pozbawiając Władisława Surkowa tego stanowiska. Najwyraźniej nieuznawane republiki stoją dziś przed zmianą swoich priorytetów.
Surkow oraz jego zespół, dokonując mini-przewrotu w Donieckiej Republice Ludowej we wrześniu 2015 roku – usuwając ze stanowiska szefa Rady Narodowej Andrieja Purgina i zastępując go mińskim parlamentarzystą, Denisem Puszylinem – najwyraźniej wyczerpał limit zaufania. Nie tylko zresztą Surkow, będąc zarówno (i nie tylko) ideologiem „wiosny rosyjskiej” oraz „Noworosji”, ale i pozostali kremlowscy kuratorzy ponoszą odpowiedzialność za negatywne rezultaty, takie jak przeważająca obojętność lokalnych mieszkańców, pomimo milionów wydanych (jak widać na marne) na propagandę. Ani „wiosna rosyjska”, ani „Noworosja” nie zyskały tak naprawdę masowej popularności na wschodzie i południu Ukrainy. Przedwcześnie wdrożony (2 lata wcześniej niż pierwotnie zakładano) w związku z wydarzeniami na Majdanie projekt separatystyczny okazał się niedojrzały pod względem logistycznym. Przede wszystkim znalazło to odzwierciedlenie w braku charyzmatycznych liderów lokalnych, mających sprawować funkcje „ojców republiki”, jak również terenowych dowódców, w wyniku czego do Donbasu trzeba było sprowadzić Waregów. Nie została ponadto przemyślana polityka wojskowo-administracyjna: gdy znaczna ilość rosyjskich „ochotników-bandytów” została pozostawiona bez dowódców i struktur, samodzielnie zorganizowała się w niekontrolowane formacje bandytów, które rozpoczęły następnie aktywną działalność nie tylko na okupowanych terytoriach Obwodów Donieckiego oraz Ługańskiego, ale także na sąsiadującym terytorium Obwodu Rostowskiego Federacji Rosyjskiej.
Najwyraźniej za krach siłowego scenariusza uregulowania tego kryzysu odpowiedzialny był Wiaczesław Wołodin, którego zdymisjonowano już wcześniej. Na chwilę obecną na boczny tor odsunięto także dezintegratora Surkowa, aktywnego zwolennika scenariusza Mińskiego i wielostronnej gry z udziałem międzynarodowych pośredników. Okazuje się jednak, że w wyniku tych działań ucierpiały podstawowe zasady republiki – Rosja już nie chce, aby separatyści w Donbasie otwarcie zwracali się w kierunku Moskwy. Pierwszą oznaką tych zmian był zakaz świętowania Dnia Jedności Rosyjskiej 4 listopada, a jest to niesłychane wydarzenie w regionie zwycięskiego „świata rosyjskiego”. Niewielka grupa monarchistów oraz szowinistów moskiewskich próbowała co prawda wyjść na Plac Lenina ze swoimi flagami, jednak nie zrobiła tego w związku z zagrożeniem siłowego rozpędzenie demonstracji oraz perspektywą „piwnicy”. W jakim kierunku będzie więc zmierzać Doniecka Republika Ludowa?
Według różnych środków masowego przekazu nowym kuratorem został Dmitrij Kozak – zastępca Premiera Rządu Federacji Rosyjskiej. Wśród ciekawych stron jego życia znajdziemy służbę w Centralnej Agencji Wywiadowczej oraz próbę uregulowania konfliktu w Naddniestrzu, opracowanie planu działania w zakresie dezintegracji Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej z Mołdawią, nadzór nad Północnym Kaukazem oraz Południowym Okręgiem Federalnym. Do ostatnich osiągnięć Kozaka należy odpowiedzialna rola kuratora Zimowej Olimpiady w Soczi i – nie mniej populistyczną – aneksją Krymu. To właśnie Kozak od 24 marca 2014 roku sprawował nadzór nad Krymem, odpowiadając za nawiązanie kontaktów socjalnych i ekonomicznych z wielką ziemią, a także przejęcie kontroli nad miejscowymi elitami politycznymi. Oficjalnie chodziło o „koordynowanie pracy organów rządowych na Krymie”.
W Donbasie Kozakowi – urodzonemu w Obwodzie Kirowogradzkim, dawnemu towarzyszowi Putina – przygotowano rolę swojego rodzaju „kryzysowego menedżera”. Swoją drogą jest to dla niego nie lada wyzwanie, Kozak nie wchodzi bowiem do składu tzw. „politbiura Putina” i jest politykiem drugiego garnituru, więc to dla niego szansa na uzyskanie szczęśliwego biletu na wierzchołki władzy. Kozak nie jest bezwzględnym szowinistą-radykałem, przypomina raczej gospodarza-dyplomatę, zdolnego iść na kompromisy w celu uzyskania właściwych rezultatów. Dla DNR/LNR prognozować można tym samym los pseudo-państwowego budownictwa na przykładzie Naddniestrza, gdzie Kozak zdobywał doświadczenie. Nowy kurator wybierze raczej kurs na dialog z Kijowem i elitami lokalnymi, rozgrywając swoje asy z rękawa (granicę, radykałów, zbrojne siły, itd.) na potrzeby zdobywania korzyści. Większość ekspertów dochodzi do wniosku, że mianując nowego kuratora, w zasadzie, Moskwa daje zgodę na dwa możliwe scenariusze – dezintegrację Ukrainy lub istnienie nieuznawanych państw. Pierwszy odetnie Ukrainie drogę do europejskiego wektora rozwoju, drugi stworzy strefę buforową, która negatywnie będzie wpływać na relacje Ukrainy z Zachodem. Prawdopodobny jest jednak także trzeci scenariusz, który obecnie skryty jest pod pozorem budowy pseudo-państwa – ten scenariusz to wojna. Nikt nie zamierza zmniejszać kontyngentu Zbrojnych Sił Rosji w Donbasie i na granicy z Ukrainą. Co więcej, ta liczba zwiększa się, a w samym Doniecku po raz pierwszy od kilku miesięcy wznowione zostały przeszukania w środkach transportu miejskiego, zwiększyła się liczba uzbrojonych ludzi na ulicach i ostrzały pozycji Zbrojnych Sił Ukrainy.
Czy Kreml blefuje z mianowaniem Kozaka – pokaże czas. Sam akt tego mianowania przypomina raczej kampanię PRową, przeciek informacyjny, aby wszyscy (zwłaszcza na Zachodzie) uwierzyli w pokojowe intencje Moskwy. Głównym wyznacznikiem zmian ma stać się wymiana miejscowych elit – na miejsce Zacharczenki i Puszylina przyjdą osoby bardziej poważne, z pozytywnym kapitałem politycznym w regionie, na przykład Bachtiejew czy Lewczenko. Jeżeli ta roszada nie odbędzie się, a wręcz przeciwnie, umocni się pozycja Zacharczenki, będzie to świadczyć o banalnej grze, próbie ukrycia prawdziwych, agresywnych zamiarów Moskwy. Eksperci, którzy już „pogrzebali Noworosję”, z pewnością zrobili to przedwcześnie – taki efekt stara się osiągnąć zresztą sam Kreml. Strategiczne cele Ukrainy nie zostały osiągnięte, dlatego też Kozak lub inni kuratorzy, którzy nie zostaną ogłoszeni w prasie, będą nadal kołysać tę łódkę, na zmianę stosując to miękką siłę dyplomacji, to zagrożenie eskalacją na froncie.
Petro Poroszenko w imieniu całego ukraińskiego narodu złożył Polakom życzenia z okazji przypadającego 11 listopada Święta Niepodległości.
„Dla Ukrainy, jaka spotyka się dziś z poważnymi wyzwaniami i próbami, przykład Polski ma nadzwyczaj ważne znaczenie: dzięki niezłomności ducha i ciężkiej pracy polski naród nie tylko odbudował swój kraj, ale i uczynił go wzorem dla całego świata” – napisał ukraiński prezydent w liście do prezydenta RP Andrzeja Dudy.
Poroszenko dodał, że Ukraina docenia solidarność i pomoc, jaką Polska okazuje Ukrainie.
Na podstawie: facebook.com/petroporoshenko, president.gov.ua
Z okazji przypadającego 11 listopada Święta Niepodległości ukraińscy dyplomaci pracujący na codzień w ambasadzie Ukrainy w Warszawie zaśpiewali polski hymn po polsku i ukraińsku.
„Chcieliśmy w ten sposób podziękować Polakom za stałe wsparcie dla Ukrainy, zwłaszcza w tym trudnym dla nas czasie” – powiedział ambasador Ukrainy w Polsce Andrij Deszczyca.
„Pierwsze wiersze hymnów Polski i Ukrainy są do siebie bardzo podobne. Chcielibyśmy, aby każdy Polak, niezależnie od poglądów politycznych czy jego stosunku do Ukrainy, przyjął zaśpiewany przez nas hymn jak osobisty podarunek. Niech żyje wolna Polska! Niech żyje polsko-ukraińska przyjaźń!” – powiedział Andrij Deszczyca.
Na podstawie: Ambasada Ukrainy w Rzeczypospolitej Polskiej