Jeśli Polska nie przyjmie uchodźców z Syrii Unia Europejska nie zapewni pomocy Polsce na wypadek możliwej fali uchodźców z Ukrainy – powiedział zastępca szefa MSZ RP.
Wiceminister spraw zagranicznych Polski Rafał Trzaskowski zaznaczył, że Polska powinna być solidarna z Unia Europejską w kwestii przyjmowania uchodźców, ponieważ w przeciwnym razie Polska może ponieść tego konsekwencje. Po pierwsze Polacy nie będą mogli jechać do pracy za granicę, ponieważ będą stali w długich kolejkach na przejściach. Po drugie przyjęcie uchodźców z Afryki będzie „ubezpieczeniem” na wypadek uchodźców z Ukrainy w momencie pogorszenia sytuacji w tym kraju.
Jeszcze jednym zagrożeniem wskazanym przez Rafała Trzaskowskiego są możliwe zmiany ruchu uchodźców na wschodniej granicy Polski po możliwym zamknięciu granic na Węgrzech.
Ministerstwo Spraw Zagranicznych Ukrainy ostro zaprotestowało przeciwko decyzji rosyjskiej PKW na temat stworzenia okręgów wyborczych na Krymie dla przeprowadzenia wyborów deputowanych do Dumy Państwowej Federacji Rosyjskiej.
„Kolejna próba Rosji na rozszerzenie swojego prawa narodowego na terytorium niepodległej Ukrainy jest poważnym naruszenie norm prawa międzynarodowego, prawa Ukrainy (…) jest to również wyzwaniem rzuconym nie tylko Ukrainie ale i całej społeczności międzynarodowej.”– zadeklarowało MSZ Ukrainy.
W komentarzu wyraźnie zaznaczono, że Ukraina nie uznaje tak zwanego „referendum” 16 marca 2014 roku, ani żadnych innych „wyborczych procesów”, które Rosja przeprowadza na tymczasowo okupowanym terytorium Krymu. Ukraina wzywa także inne państwa i organizacje międzynarodowe o nie uznawanie pseudowyborczych procesów oraz o powstrzymanie się od jakichkolwiek kroków, na przykład wysyłanie obserwatorów, co mogłoby by być postrzegane jako powód do legitymizacji nielegalnych wyborów.
4 września w samozwańczej Donieckiej Republice Ludowej (DNR) miały miejsce wydarzenia, które mogą mieć wpływ na implementację porozumień z Mińska, albo nawet na los kremlowskiego projektu w Ukrainie.
Na tzw. granicy DNR i Rosji zatrzymano kierownika aparatu Rady Narodowej DNR („parlamentu republiki”) Oleksija Aleksandrowa. Został on poinformowany, że zgodnie z nakazem ministerstwa bezpieczeństwa publicznego DNR nie może on wjechać na terytorium republiki. Na ratunek Aleksandrowowi ruszył szef Rady Narodowej DNR, ideolog i założyciel DNR Andrij Purgin, jednak został zatrzymany przez przedstawicieli struktur bezpieczeństwa w Makijewce. W Doniecku aresztowano syna Aleksandrowa oraz żonę Purgina. Los samego Aleksandrowa jest nieznany. Na wieczornym specjalnym posiedzeniu parlamentu, Denis Puszylin, główny negocjator DNR w Mińsku ogłosił zdradę Aleksandrowa i sam siebie wyznaczył na pełniącego obowiązki szefa Rady Narodowej. Nominację podpisał także prezydent DNR, Ołeksandr Zacharczenko.
Do czego potrzebne są perturbacje w bananowej republice? Są dwie wersje tego, co się naprawdę wydarzyło. Pierwsza – czysto ekonomiczna. Aleksandrow odciął źródła finansowania Puszylinowi, a to wielu się nie spodobało. Przy czym Purgin – formalnie człowiek nr 2 w DNR – znalazł się pod jego wpływem, przestał być samodzielnym.
Druga wersja – to wersja geopolityczna i wymaga bardziej pogłębionej analizy. Rzecz w tym, Purgin i Puszylin mają dwóch różnych „kuratorów” na Kremlu. Andrij Purgin jest popularny przede wszystkim ze względy na swój rosyjski szowinizm i radykalizm, głównie w kołach kremlowskich „jastrzębi”. Jest przyjacielem Eduarda Limonowa, byłego radzieckiego dysydenta, zwolennika imperium rosyjskiego, szefa partii „Inna Rosja” (formalnie działającej nielegalnie), który zbiera po całej Rosji pomoc humanitarną dla Donbasu i który wysłał tam już ponad 2000 rosyjskich neonazistów by walczyli za „republiki”. Co ciekawe Limonow, którego ojciec mieszka w Charkowie, jest także założycielem ruchu w szeregach separatystów pod nazwą „Republika Charkowska”, a także zwolennikiem prowadzenia wojny z Ukrainą aż do zwycięskiego końca. Na Kremlu działaniami Purgina kieruje „ideolog” Putina, pierwszy zastępca kierownika szefa administracji prezydenta Rosji Wiaczesław Wołodin. Co ciekawe, w 2011 roku zmienił na tym stanowisku innego klasyka współczesnej rosyjskiej myśli politycznej, Władisława Surkowa, który na razie jest doradcą Putina i który z dystansem odnosi się do projektu „Noworosji”. Puszylin jest człowiekiem Surkowa. W lutym 2015 roku Surkow na zamkniętym posiedzeniu z kierownikami DNR powiedział: „ani DNR ani ŁNR nie są nam potrzebne” i poradził: „możecie nawet zacząć rzeźbić figurki z drewna i je sprzedawać”. Wiadomo, że Surkow jest dawnym wrogiem Wołodina, jeszcze z czasów budowania „Jednej Rosji” w 2000 roku. Wiernopoddaństwo tego ostatniego nie zna granic: w październiku 2014 roku powiedział: „Jest Putin, jest Rosja – nie ma Putina, nie ma Rosji”. Warto zauważyć, że 80 lat wcześniej, w 1934 roku na VI zjeździe NSDAP podobnie o Hitlerze wypowiadał się jego zastępca Rudolf Hess…
Co oznacza walka kuratorów dla losów samozwańczej republiki? Wołodin i Purgin (oraz rzecz jasna Limonow) nigdy nie sprzyjali porozumieniom z Mińska. Eskalacja na froncie i wielka wojna z Ukrainą to plany Wołodina na przyszłość. Warto zaznaczyć, że pierwszy zastępca szefa administracji prezydenta ma dobre stosunki z ministrem obrony FR, Sergiejem Szojgu – jeszcze jednym z „jastrzębi”, który wspiera wojnę na Ukrainie. Z kolei Surkow jest zwolennikiem rozwiązań dyplomatycznych i umowy z Mińska. Odpowiednio, Denis Puszylin, który zarekomendował siebie jako wykonawca dowolnych poleceń, człowiek bez własnego zdania i przekonań, to najlepszy kandydat na politycznego lidera. Czy znaczy to, że DNR przechodzi od scenariusza wojskowego do pokojowego uregulowania konfliktu w Donbasie i wykonania postanowień Mińska-2? Przynajmniej z zewnątrz tak to wygląda. Od razu po wyznaczeniu na stanowisko Puszylina, watażka separatystów Ołeksandr Zacharczenko, znany ze swoich wezwań do szturmu na Mariupol i Słowiańsk, nieoczekiwanie wystąpił z pokojowym przemówieniem. Ogłosił, że nie ma alternatywy dla politycznego rozwiązania konfliktu w Donbasie poza rozmowami w Mińsku. „Wszystkie inne warianty wiodą do bezsensownych śmierci, ruiny i ekonomicznego upadku. Dziś najmądrzejsze to znaleźć w sobie wolę, także polityczną – i zmuszać Ukrainę do wykonania porozumień z Mińska” – powiedział Zacharczenko.
Czy zatem Surkow i jego strategia zwyciężyli? I od teraz Donbas oczekuje pokojowej odbudowy i powolnej inkorporacji do składu Ukrainy? Nie należy śpieszyć się z wnioskami. Purgin i Aleksandrow – to pionki, jakie władze na Kremlu mogły poświęcić dla imitacji procesu pokojowego, podobnie, jak kiedyś było to z Pawłem Gubariewem. To następny krok Rosji, odpowiedź na uchwalenie ustawy o decentralizacji przez Radą Najwyższą Ukrainy i jednocześnie przygotowanie do wyborów, które odbędą się w październiku. Z politycznej sceny usuwa się radykałów, którzy mogą przeszkadzać w dalszej grze dyplomatycznej. Surkow i jego zwolennicy liczą na to, że Ukraina uzna wyniki demokratycznych wyborów w DNR, nawet jeśli nie będą one przeprowadzone w zgodzie z ukraińskim ustawodawstwem – albo że przynajmniej Europa w postaci Merkel i Hollande’a będzie naciskać na Ukrainę aby to zrobiła. Do władzy dojdą liberałowie typu Puszylina albo ludzie powiązani z miejscowym biznesem, opartym na współpracy z Ukrainą, co stworzy dla Kijowa warunki dialogu. Jaka będzie reakcja Kijowa? Jeśli Poroszenko zgodzi się na dialog – będzie to oznaczało trzeci Majdan w Kijowie, ukraińscy radykałowie obalą władze i dadzą Rosji podstawy do wznowienia wojny. Jeżeli prezydent Ukrainy nie zechce rozmawiać – dla Rosji to też dobre rozwiązanie, jako że można będzie obwinić Kijów o zerwanie porozumień z Mińska. Jedno jest jasne – piłka jest obecnie po stronie ukraińskiej, a dyplomaci powinni przygotowywać się na symetryczną odpowiedź. Ryzyko siłowego nacisku w postaci wojny nie zmniejszyła się, choć i nie rośnie.
Zastępca sekretarza NATO do spraw polityki i kwestii bezpieczeństwa James Appathurai udzielił negatywnej odpowiedzi na pytanie francuskiego dziennikarza o to czy zostaną wysłane na Ukrainę wojska NATO.
„W chwili obecnej nie przewidujemy takiej dyskusji i nie sądzę, że może to nastąpić.” – odpowiedział dyplomata.
Dodał, że NATO dzieli się z ukraińskim wojskiem jedynie własnym doświadczeniem i nie planuje bezpośredniego udziału wojsk NATO na Ukrainie.
Były sekretarz NATO Anders Forg Rasmussen podczas dyskusji na corocznym spotkaniu Jałtańska Strategia Europejska w Kijowie zadeklarował, że w przypadku ponownego naruszenia rozejmu na Donbasie, Zachód powinien pomóc Ukrainie w obronie.
„Uważam, że jeżeli rozejm będzie naruszany, jeżeli będzie jasne, że to właśnie wspierani przez Rosję separatyście są odpowiedzialni za naruszenie rozejmu to oznacza, że przyszedł czas żeby zachodnie państwa rozważyły możliwość udzielenia Ukrainie broni w celu zwiększenia zdolności obronnej Waszego kraju.”– uważa Rasmussen.
Przypomniał również, że dwa zachodnie państwa USA i Wielka Brytania, powinny wziąć na siebie odpowiedzialność za ochronę Ukrainy w zamian za zrezygnowanie tego kraju z broni jądrowej. Rosja wówczas również była gwarantem bezpieczeństwa Ukrainy.
Główna przyczyna ofiar podczas protestów w latach 2014-215 w Ukrainie to nieodpowiedzialność politycznych „elit”
Jednym z najsilniejszych przeżyć emocjonalnych z jakim zetknąłem się w życiu jest strach związany z odpowiedzialnością za życie i zdrowie wielkiej liczby ludzi podczas akcji protestu. Najbardziej przerażającym jest moment, w którym uświadamiasz sobie, że na ulice wyszło tylu studentów, że ani ty, ani twoi koledzy z którymi organizujesz protest nie jesteście w stanie ich kontrolować. A to oznacza, że nawet drobna prowokacja może mieć nieoczekiwane i bardzo poważne skutki.
Akcje bez prowokacji
Do ulicznych protestów w 2004 roku we Lwowie przygotowywaliśmy się (aktywiści różnych grup i organizacji) prawie rok. U większości z nas były już doświadczenia protestów podczas akcji „Ukraina bez Kuczmy” i akcji społecznego komitetu oporu „Za prawdę”. Dlatego w pełni świadomie przygotowywaliśmy do możliwych prowokacji ze strony Milicji i „braci” z Bankowej (siedziba administracji prezydenta Ukrainy – przyp. tłum.). Lekcje z pobojowiska 9 marca 2001 roku przyswoiliśmy sobie bardzo dobrze. A przykład niesprawiedliwie osądzonych członków UNSO, którzy w tym czasie jeszcze siedzieli w więzieniu nie pozwalał na lekceważenie problemu.
To, do czego nie można było dopuścić na początku rewolucji – to incydenty i przemoc we Lwowie. Oczywiście z drugiej strony – to sposób aby mobilizować ludzi, ale z drugiej strony – powód dla władz aby zamknąć usta szybciej, niż będzie faktyczny potencjał dla wybuchu protestu. Nie wiedzieliśmy czy w ogóle dojdzie do starć, ale jeśli już – to niech stanie się to wcześnie i to w Kijowie – tam, gdzie realnie rozstrzyga się los władzy. Inaczej byłby to falstart.
Dlatego nic dziwnego, że jesienią 2004 roku w każdej z organizacji funkcjonowała własna służba bezpieczeństwa. Jej członkowie mieli za zadanie zapobiegać jakimkolwiek incydentom, które potencjalnie mogły spowodować, że protest przerodzi się w coś niekontrolowanego. Oczywistym jest, że nikt nie myślał o rzucaniu granatów, ale pobicie przez „Berkut” nie było wówczas niczym nowym.
Dla zabezpieczenia przed prowokacjami stosuje się różne metody. Na przykład wzdłuż kolumny z obu stron formuje się łańcuch aktywistów, który ma za zadanie zmienić tłum w zorganizowaną kolumnę. W ten sposób można przekazywać polecenia od czoła do końca kolumny, a także próbować zapobiec wdarciu się w kolumnę oddziałów milicyjnych.
Jeśli mowa o protestach na placu, to głównym zadaniem było nie tyle zapobiec prowokacjom (na przykład rzucaniu butelek z substancjami zapalającymi w stronę ratusza), ale szybko zlikwidować ich konsekwencje. Oczywiście nie da się przeszukać wszystkich uczestników protestu pod kątem posiadania niebezpiecznych narzędzi, ani nawet zatrzymać prowokatora zanim rzuci butelką. Ale jeśli od razu po tym uda się go złapać i przekazać Milicji powiadamiając o tym wszystkich zgromadzonych za pomocą megafonów, to w ten sposób łatwiej jest zapobiegać eskalacji konfliktu. Także dla tego celu „trenowało się” tłum. Z boku wyglądało to jak gra: wszystkim kazaliśmy zrobić przysiad, a jeden z aktywistów brał flagę i biegł wzdłuż placu – i w tym momencie, gdy im mijał, ludzie mieli wyskoczyć w górę. Mimo, że wyglądało to jak zabawa, dla nas był to sposób trenowania osób uczestniczących w proteście do wykonywania poleceń. To z kolei sprzyjało ujawnieniu i zatrzymaniu tych, którzy zachowywali się w sposób niebezpieczny i nie chcieli wykonywać poleceń.
Można wiele opowiadać o działaniach na rzecz bezpieczeństwa w czasie akcji protestu. Mogą one być prymitywne albo profesjonalne, ale powinny być zawsze. Działacze obywatelscy rozumieli to od dawna, jeszcze w 2004, a nawet 2001 roku podczas akcji „Ukraina bez Kuczmy”. Z kolei partie polityczne nigdy na serio nie zajmowały się swoimi aktywistami, dlatego nie znały nawet elementarnych zasad postępowania w czasie masowych protestów. Kierownictwo partii albo wykorzystywało swoich członków jako bezpłatnych agitatorów, albo w ogóle nie miało takowych i kupowało protestów za pieniądze. A sfera działalności partyjnej ochrony nie wychodziła poza zapewnienie bezpieczeństwa liderom.
Największy strajk studencki
Pomarańczowa rewolucja według mnie rozpoczęła się właśnie we Lwowie – 26 października 2014 roku. Aktywiści trzech organizacji obywatelskich wyprowadzili tysiące studentów na ulice. Dzisiaj trudno powiedzieć ilu ich było dokładnie, ale zgodnie z ówczesnymi szacunkami mowa była o liczbie 10-15 tysięcy. W tym czasie był to największy strajk studencki w okresie niezależności Ukrainy. Wówczas zrozumieliśmy, że rok pracy nie poszedł na marne. Zobaczyliśmy, że studenci są gotowi uczestniczyć w takich masowych akcjach. A jeśli są gotowi oni, to możliwe, że na ulice wyjdą także inni. Zbliżał się odpowiedni czas (wybory prezydenckie) i sytuacja zmieniała się w pożądanym przez nas kierunku. Kuczma z Janukowyczem sfałszowali wybory i nie było już drogi wstecz. Dla nas jednak moment przełomowy był wcześniej – tydzień przed pierwszą turą wyborów.
Plan organizacji strajku był prosty. Pod każdą uczelnią wyższą Lwowa zbierali się aktywiści i z pomocą ulotek, flag i megafonów „zwoływali” studentów z zajęć i prowadzili pod Uniwersytet im. Iwana Franko. Tam miały miejsce krótkie przemówienia i dalej wszyscy szli pod budynek rady miejskiej, aby zmusić deputowanych do poparcia postulatów studentów, a nie prezydenta. Faktycznie, wiedzieliśmy wcześniej jak zagłosują deputowani, jednak protest był niezbędnym elementem wpłynięcia na nastroje społeczeństwa. Potrzebne było małe zwycięstwo – nie tylko dla nas. Trzeba było pokazać, że można efektywnie wpływać na władze, jeśli potrafimy się zorganizować. Starszemu pokoleniu trzeba było dać przykład i pokazać, że młodzież jest gotowa walczyć o przyszłość bez Kuczmy, ale potrzeba jej wsparcia.
Akcja udała się. Pod uniwersytetem zebrało się tysiące studentów z Politechniki Lwowskiej, „Lisotechu” (Narodowy Leśny Uniwersytet Techniczny Ukrainy), Lwowskiego Narodowego Uniwersytetu Medycznego im. Daniły Halickiego i innych uczelni. Sformowaliśmy kolumnę marszową i poszliśmy na rynek. Liczba uczestników przewyższyła szacunki i oczekiwania, wobec czego także nasza „służba bezpieczeństwa” musiała stać się aktywistami protestu – a w pewnym momencie ludzie, którzy mieli stanowić „żywy łańcuch” wokół kolumny, po prostu skończyli się. W tym momencie zrozumieliśmy, że nie jesteśmy w stanie kontrolować większości kolumny marszowej i jakikolwiek incydent może teoretycznie doprowadzić do tragedii. Początkowo chcieliśmy przekazać „zwykłym” uczestnikom choćby minimalny instruktaż, jednak nie udało się wytłumaczyć wszystkim, że w razie próby rozbicia manifestacji przez oddziały milicji należy złapać się pod ręce i usiąść na ziemi. Jedyne co udało nam się zrobić to zorganizować „łańcuch” po obu stronach kolumny – a i to nie na długo…
Ale nie w tym rzecz. Ważne, że nawet w takiej sytuacji, w o wiele spokojniejszych czasach aktywiści i przed akcją i w czasie strajku zrobili wszystko co możliwe, aby zabezpieczyć ludzi, którzy biorą udział w proteście.
Partyjne mięso armatnie
A jak jest w partiach? Jak zawsze. Oni nie tylko nie zajmują się ochroną uczestników akcji, ale jeszcze prowokują starcia dla celów PR-owych.
W tym kontekście partia „Swoboda” zawsze działała najbardziej cynicznie. Są bowiem jedynymi, którzy mają ideowy, a nie opłacony, partyjny aktyw. Jest tam również struktura siłowa, która bez problemów mogła zatrzymać starcia pod Radą Najwyższą 14 października 2014 roku jak i tragiczne wydarzania 31 sierpnia 2015 roku. Ale jak świadczą materiały fotograficzne i wideo z ostatnich starć pod parlamentem, „Swobodowcy” nawet nie próbowali tego zrobić. Odwrotnie – kierownictwo partii, włącznie z jej liderem Olegiem Tiahnybokiem, jeszcze dolewało „oliwy do ognia”.
Rzecz w tym, że dla partii radykalnych zamieszki to najlepszy sposób dla mobilizacji swojego elektoratu. Dlatego można obwiniać o tragedię z 31 sierpnia Awakowa, Poroszenkę, policję, agentów FSB, chorych psychicznie czy jeszcze kogoś. Może nawet to być niedalekie od prawdy. Ale jest jeden fakt, któremu nie da się zaprzeczyć: inaczej niż opłaceni uczestnicy protestu. „Swobodowcy” z kilkoma setkami swoich aktywistów w ciągu kilku sekund mogli zahamować tłum i powstrzymać eskalację. Jednak nie zrobili tego – walka o poparcie była ważniejsza.
Mało prawdopodobne by człowiek rzucający granatem zrobił to na polecenie kierownictwa „Swobody”. Tą wersję można by wziąć pod uwagę, gdyby rzucono jeszcze kilka granatów i gdyby rozpoczął się szturm parlamentu. Tak się jednak nie stało. Możliwe, że w ten sposób „Swobodę” zwyczajnie „wrobiono”. Możliwe, że to rosyjska prowokacja. Ale najpewniej „chłopak z wojny” nie odróżnił prowokacji od realnego szturmu i pomyślał, że „zaczęło się”. Można zresztą rozważyć jeszcze kilka innych prawdopodobnych wersji tego kto i dlaczego. A są też ci, którzy „włożyli broń” w czyjeś ręce. I tu już jest bezsprzeczna wina kierownictwa „Swobody”. Gdyby nie oni, nie byłoby okoliczności dla rzucania granatem i ofiar. I nawet jeśli „Swobodowcy” nie prowokowali zamieszek, to oni nie zrobili nic, by im zapobiec.
Pokojowa maszynka do mięsa
W tym kontekście przychodzi na myśl jeszcze jedna smutna analogia. Jedna z najtragiczniejszych kart Rewolucji Godności była zapisana 18 lutego 2014 roku. Opozycyjna trójka wezwała ludzi (ustami Tiahnyboka i Kubiwa) na akcję „Pokojowe natarcie”. Skończyło się to dziesiątkami zabitych aktywistów Euromajdanu. Odpowiedź na pytanie kto jest temu winien jest z jednej strony oczywista – „tituszki”, „Berkut”, regionałowie, Janukowycz… Z drugiej strony – jest wiele pytań do organizatorów tej niby-pokojowej akcji.
Czy po starciach na Hruszewskiego, pierwszych ofiarach i porwaniach aktywistów politycy nie rozumieli, jakie mogą być konsekwencje? Jeśli to wiedzieli, to dlaczego nie ostrzegli ludzi, którzy szli pod Radą Najwyższą jak na paradę – bez żadnych środków ochrony osobistej? Dlaczego skierowali aktywistów w miejsce, gdzie łatwo było rozbić kolumnę protestujących nawet niewielkimi siłami milicyjnymi i ostro pobić?
Jaceniuk, Tiahnybok i Kliczko jeszcze na początku Euromajdanu powtarzali jak mantrę, że trzeba więcej ludzi: sto tysięcy, dwieście, milion… Cały czas o tym mówili, jednak nie rozumieli po co. Sto tysięcy potrzeba było po to, że stutysięcznego tłumu nie da się rozpędzić. Ale to na placu. Jeśli rozproszyć sto tysięcy ludzi po uliczkach kwartału rządowego, to łatwo można ich rozpędzić. To wie każdy, kto kiedykolwiek zajmował się organizacją protestów.
I główne pytanie: dlaczego w ciągu półtora roku od tych wydarzeń nadal nie osądzono żadnego z „tituszek”, żadnego „berkutowca” czy regionała za zabójstwa i kalectwo aktywistów 18 lutego? Czy nie dlatego, że obiektywne śledztwo pokazałoby przestępstwa nie tylko ówczesnej władzy, ale także cynizm i nieodpowiedzialność ówczesnej opozycji?
Następstwa
Następstw tragedii z 31 sierpnia jest już wiele. Oczywiste – to trzech zabitych i dziesiątki rannych. Nie mniej ważne – strach obywateli przed wychodzeniem na uliczne akcje protestu. A strach – to podstawa dla manipulacji świadomością. To wygodne narzędzie, zwłaszcza przed wyborami. Prawdopodobnie będzie to także pretekst dla ograniczenia praw obywatelskich. Ale nie dla „Swobody”, ale dla wszystkich aktywistów obywatelskich, zwłaszcza tych, którzy realnie walczą o zmianę systemu korupcyjnego. Niewątpliwie będą także próby ze strony Rosji, aby wykorzystać te wydarzenia dla własnych celów.
Skutkiem tych wydarzeń jest też to, że szczególnie ważne kwestie reformy decentralizacyjnej stały się mało interesujące dla społeczeństwa. Znacznie ciekawszymi stały się zamieszki i to, co w telewizji powiedział Awakow i jak odpowiedział mu Tiahnybok.
Wnioski
Podstawa każdego protestu obywatelskiego to odpowiedzialność. Za siebie, za innych uczestników, za państwo. Od tego powinno się zaczynać i na tym powinno opierać się społeczeństwo obywatelskie. Tej podstawy nie ma u większość ukraińskich polityków i partii. To ludzie z egoistyczną świadomością i takimi sposobami pracy. Nie myślą krytycznie, działają reakcyjnie i co ważne – nie wyciągają wniosków z własnych błędów.
I chodzi tu nie tylko o „Swobodę” – to tylko najbardziej jaskrawa ilustracja problemu. „Partia Radyklana”, „Front Ludowy”, „Batkiwszczyna”, BPP, Blok Opozycyjny i inne partie działają albo w sposób otwarcie przestępczy albo skrajnie nieodpowiedzialnie. Partyjne interesy zawsze były stawiane wyżej od państwowych, a osobiste wyżej niż partyjne. Większość polityków zawsze wybiera łatwiejszą drogę i dlatego pozostawia za sobą szlak złamanych ludzkich żyć. Najważniejsze, co powinien zrozumieć każdy obywatel – szans, że ci politycy zmienią się, praktycznie nie ma. Jeśli nie zmieniła tego Rewolucja Godności i wojna z Rosją, to już chyba nic nie jest w stanie tego zrobić. Powinni pójść w polityczne zapomnienie i tak się stanie – pytanie tylko kiedy i w jaki sposób. Ale od odpowiedzi na te pytania zależy ile jeszcze ludzkich żyć będą w stanie poświęcić
Minister Spraw Zagranicznych Ukrainy Pawlo Klimkin w swoim wystąpieniu podczas spotkania Jałtańskiej Strategii Europejskiej (YES) dokonał krytycznej oceny działalności UE wobec Ukrainy. Podkreślił, że Pakt Północnoatlantycki w odróżnieniu od Unii Europejskiej trzyma się jasnej polityki wobec Rosji.
„NATO zrobiło znacznie więcej niż UE, ponieważ w Unii Europejskiej nie ma na razie solidnej i kompleksowej polityki wobec Rosji. UE zachowuje linię sankcji i jesteśmy za to wdzięczni, jednak nie ma kompleksowego podejścia” – powiedział Klimkin.
Dodał, że Unia powinna jasno określić swoje stanowisko wobec Rosji uwzględniając nową rzeczywistość, należy zrozumieć, że Rosja nie dotrzymuje własnych obietnic.
Konfrontacja siłowa oraz akt terrorystyczny przy Radzie Najwyższej, poprzedzające głosowanie w sprawie wniesienia zmian do Konstytucji, a także zaangażowanie frakcji Bloku Opozycyjnego – te tematy w ostatnich dniach ze zrozumiałych przyczyn wypełniły przestrzeń informacyjną. Jednakże, oprócz konfrontacji na ulicach i w parlamencie, jedna ważna kwestia umknęła uwadze zarówno publiczności, jak i ekspertów.
Wiadome jest, że prezydent Petro Poroszenko przed głosowaniem z 31 sierpnia prowadził masową agitację wśród deputowanych, aby poparli oni zmiany do Konstytucji. W szczególności przeprowadzona została „praca” z Blokiem Opozycyjnym oraz innymi deputowanymi ze środowiska byłej władzy, bez głosów których reforma konstytucyjna nie mogłaby wystartować. Przekonywać trzeba było ich dość szybko – 31 sierpnia był ostatni możliwym dniem na głosowanie przed upływem wyznaczonego terminu. W rezultacie eks-„regionałowie”[osoby należące niegdyś do Partii Regionów] oddały ponad pięćdziesiąt głosów za inicjatywą Prezydenta, bez których Poroszenko nie osiągnąłby pozytywnego dla siebie rezultatu. Pytanie brzmi: co Blok Opozycyjny dostał w zamian?
Chodzą pogłoski, że w zamian za oddanie głosu w dniu 31 sierpnia byli „regionałowie” zyskają organizację wyborów lokalnych na dużej części terytorium Obwodów Donieckiego i Ługańskiego, które są kontrolowane przez Ukrainę. Organizacja na tamtych terenach wyborów w dniu 25 października w warunkach ATO jest dla Kijowa niekorzystna, gdyż według wstępnych obliczeń większość w radach lokalnych uzyskają wczorajsi oraz dzisiejsi regionałowie i ukryci separatyści. Z drugiej strony to właśnie korzystne dla „regionałów”. Wielu z nich otrzyma możliwość ponownej legitymizacji władzy po perypetiach wojskowych i koncentracji władzy w rękach administracji wojskowo-cywilnych.
Były szef administracji prezydenta Janukowycza, a obecnie główny przedstawiciel Bloku Opozycyjnego Serhij Liowoczkin, 31 sierpnia w komentarzu dla dziennikarzy oświadczył wprost: to właśnie jego partia polityczna wpłynęła na Prezydenta, aby uchwalona została decyzja o przeprowadzeniu wyborów lokalnych w Mariupolu i Łysyczańsku jeszcze w tym roku. W tym kontekście należy zwrócić uwagę na następujący fakt: decyzja Centralnej Komisji Wyborczej z wykazem regionów i miejscowości, które znajdują się pod kontrolą Ukrainy i w których zostaną przeprowadzone wybory lokalne w dniu 25 października, pojawiła się dopiero w sobotę 29 sierpnia, wieczorem. Są powody aby sądzić, że był to wynik negocjacji politycznych, które trwały praktycznie aż do dnia 31 sierpnia, a więc dnia, na który zaplanowano głosowanie w sprawie poprawek do konstytucji.
Kto, gdzie i jak będzie głosować w Donbasie?
Aby zrozumieć kwestię wyborów lokalnych w Donbasie tej jesieni należy spojrzeć na poniższą mapę Obwodów Donieckiego i Ługańskiego.
Fot. Олександр Стельмах / Facebook.
Biała linia to linia demarkacyjna na terytorium okupowanym, która została określona Uchwałą Rady Najwyższej Ukrainy z dnia 17 marca 2015r.
Bordowym kolorem zaznaczono tereny kontrolowane przez separatystów, tzw. „poszczególne regiony” (Poszczególne Regiony Obwodów Donieckiego i Ługańskiego), gdzie niemożliwe jest przeprowadzenie wyborów zgodnie z ukraińskim ustawodawstwem. Ostateczną decyzję w tej sprawie Centralna Komisja Wyborcza podjęła 28 sierpnia. Mowa o 125 miejscowościach Obwodu Donieckiego i 146 miejscowościach Obwodu Ługańskiego. W Obwodzie Ługańskim to rajony Antracytowski, Krasnodoński, Łutuhyński, Perewalski, Popasniański, Słowianoserbski, Stanyczno-Łuhański, a także miasta Antracyt, Brianka, Kirowsk, Krasnodon, Krasnyj Łucz, Pierwomajsk, Roweńki, Swierdłowsk oraz Stachanow. W Obwodzie Donieckim wybory nie odbędą się w rajonach Amwrosijiwskim, Artiomowskim,Wołnowaskim, Marjińskim, Nowoazowskim, Starobeszewskim,Telmanowskim, Szachtarskim, a także w miastach Donieck, Horłówka, Jenakijewe, Żdaniwka, Kirowskie, Makiejewka, Sniżne, Torez, Charcyzk, Szachtarsk oraz Jasynuwata. Separatyści mają zamiar przeprowadzić tam własne wybory, w każdym bądź razie Ukraina nie uzna ich wyników, ponieważ odbędą się one bez poszanowania głównych warunków ze strony Kijowa – kontroli przez władze ukraińskie tych terytoriów oraz całej granicy ukraińsko-rosyjskiej.
Czerwonym kolorem zaznaczono regiony obu obwodów, które znajdują się co prawda pod kontrolą Ukrainy, ale gdzie wybory 25 października nie odbędą się ze względów bezpieczeństwa. Między innymi są to miasta Artemiwsk, Awdijiwka, Wołnowacha, Dzierżyńsk, Kostantynówka. Odpowiednia decyzja została podjęta przez Centralną Komisję Wyborczą w dniu 29 sierpnia.
Zielonym kolorem zaznaczono te rajony oraz miasta Obwodów Donieckiego i Ługańskiego, gdzie w październiku zaplanowano wybory zgodnie z ustawodawstwem ukraińskim. Jak widać na mapie, istnieje kilka zielonych „klinów”, które głęboko wcinają się w czerwone terytorium – w szczególności w regionach Mariupola, Łysyczańska i Siewierodoniecka.
Zgodnie z wcześniejszą decyzją Rady Najwyższej Ukrainy, w ramach ustawy „O wyborach lokalnych”, wybory do Donieckiej i Ługańskiej Rady Obwodowej w dniu 25 października nie odbędą się – zamiast nich nadal będą działać Obwodowe Administracje Wojskowo-Cywilne.
Szefowie obu takich administracji, Pawło Żebriwskij i Georgij Tuka, zwrócili się z prośbą do Centralnej Komisji Wyborczej, aby wybory lokalne w ich regionach nie odbyły się wcale. Według Tuki i Żebriwskiego byłoby wskazane, aby zamiast rad lokalnych we wszystkich regionach i miejscowościach tymczasowo działały administracje wojskowo-cywilne.
Żebriwskij i Tuka nie byli jednak głównymi graczami, opinia których byłaby kluczowa w rozstawianiu i poświęcaniu figur na tej gorącej szachownicy. Jak dowiedział się portal polukr.net, szefowie Obwodów Donieckiego i Ługańskiego przygotowali kilka wariantów. Najbardziej pożądany i optymistyczny wariant zakładał odwołanie wyborów w obu obwodach, we wszystkich miastach oraz rajonach. Inne warianty przewidywały różny zasięg poszczególnych kompromisów terytorialnych: szerszy – strefę 30 km od linii demarkacyjnej, węższy – tereny w bezpośrednim sąsiedztwie tej linii. „De facto prawie codziennie stanowisko Donieckiej i Ługańskiej Obwodowej Administracji Wojskowo-Cywilnej się zmieniało. Uwzględniliśmy ostatnie propozycje, które nadeszły do Centralnej Komisji Wyborczej z podpisami odpowiednich szefów administracji” – poinformował polukr.net. zastępca szefa Centralnej Komisji Wyborczej, Andrij Magera.
Wybory jako zagrożenie
Wiemy już, że poza terytoriami okupowanymi wybory udało się anulować także na dosyć wąskim paśmie wzdłuż linii bojowej starcia. To pewne ustępstwo wobec niesławnej siły politycznej, która szuka rewanżu i przywrócenia kontroli nad swoim byłym lennem. Najwyraźniej Blok Opozycyjny wnioskował o więcej, ale spotkał się z odmową.
Pozostaje odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego tak ogólnie uznany mechanizm demokracji, jakim są wybory lokalne, będzie tak niedorzeczny. Bezpieczeństwo, interes publiczny i obiektywne rezultaty – oto czynniki, które określają możliwość i konieczność przeprowadzenia lub odwołania wyborów do organów lokalnych w dniu 25 października 2015r. w obwodach ATO.
Dopóki toczyła się dyskusja o tym gdzie można przeprowadzić wybory, w strefie ATO trwała eskalacja napięcia – siły pro-rosyjskie nasilały ostrzał ukraińskich pozycji z ciężkiej artylerii oraz wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych. Szef Donieckiej Obwodowej Administracji Wojskowo-Cywilnej Pawło Żebriwskij oświadczał nawet o możliwości zwrócenia się do Rady Najwyższej, aby ta wprowadziła stan wojenny na obszarze całego obwodu. Rzecz oczywista w warunkach stanu wojennego wybory odbyć się nie mogą.
Pod koniec sierpnia i na początku września intensywność ostrzału zmalała. Nie znaczy to jednak, że konflikt nie zaostrzy się w szczytowym momencie kampanii wyborczej lub nawet w dniu wyborów. Będzie istniało zagrożenie ostrzałów i aktów terroryzmu ponieważ mówimy o obszarach, które w niektórych przypadkach znajdują się zaledwie o 10-20 kilometrów od linii starcia bojowego. Tym bardziej, że pamiętamy z jakimi problemami i z jak niską frekwencją odbyły się wybory do Rady Najwyższej w Donbasie w dniu 26 października 2014r.
Nawet to nie jest jednak decydującym argumentem. Gdy szef donieckiej administracji Pawło Żebriwskij mówił o potrzebie „w najlepszym wypadku” rezygnacji z wyborów w regionie aż do 2017r., miał przede wszystkim na uwadze inne zagrożenia. Wybory pod lufą karabinu to jedno. „Bałagan w głowach” to drugie – ten problem rozwiązywać trzeba będzie jeszcze bardzo długo.
Stanowisko szefa Donieckiej Obwodowej Administracji Wojskowo-Cywilnej w komentarzu dla polukr.net szczegółowo wyjaśnia Olga Leń, doradca ds. polityki informacyjnej:
– Donbass, zarówno ten okupowany i ten pod kontrolą Ukrainy, de facto pozostaje w rosyjskim polu informacyjnym, przeważają nastroje prorosyjskie. Przeprowadzenie wyborów w tym momencie oznacza utrwalenie rosyjskich wpływów na tych terenach. Członkowie komisji wyborczych to te same osoby, które organizowały separytystyczne referendum w Donbasie wiosną zeszłego roku. Głównymi kandydatami będą nie tylko regionałowie, ale również zwykli separatyści, również ci, przeciwko którym wszczęto postępowania karne, którzy stawiają się na przesłuchania, czasami nawet siedzą w więzieniu. Wszyscy oni mają prawo udziału w wyborach bo albo nie ma orzeczenia sądu albo też takie orzeczenie nie weszło w życie. Ci ludzie raczej zostaną wybrani. Dla przykładu: najbardziej popularnym politykiem w Słowiańsku jest była mer miasta Nelia Sztepa, która prawie od roku przebywa w więzieniu pod zarzutem separatyzmu i ułatwiania pracy terrorystom. Może znów zostać wybrana na stanowisko gospodarza miasta.
– Jeśli chcemy, aby na tych terytoriach zmieniły się nastroje społeczeństwa, styl życia, podporządkowanie oligarchom, w tym celu trzeba przeprowadzić głęboko idące reformy w regionie: stworzyć nowe społeczności, stymulować lokalne samorządy, przywrócić pokojowe życie, rozpocząć odbudowę. Gdy ludzie zrozumieją, dlaczego jest to potrzebne, kiedy w końcu przywrócimy wpływy ukraińskiego pola informacyjnego, gdy będzie miała miejsce odpowiednia agitacja i ona przyniesie skutki – tylko wtedy wskazane będzie przeprowadzenie tutaj wyborów. W związku z tym planujemy, że mogłyby się one odbyć w 2017r. Tylko z upływem czasu oraz przy odpowiednim wysiłku otrzymamy bardziej proukraińskie rezultaty wyborów w Donbasie.
– Jest jeszcze jedna kwestia, jaka nie pozwala na uzyskanie obiektywnego obrazu wyborów. Mieszkańcy w większości miast regionu nie są tutaj na stałe. W Słowiańsku i Kramatorsku 50% mieszkańców to migrująca, zdezorganizowana ludność. Ktoś z miasta wyjechał, a ktoś do niego tymczasowo przyjechał z innego regionu. Jednych już nie ma, a drudzy są pasywni i wystraszeni, jeszcze kolejni w ogóle nie mają prawa tutaj głosować. Kto będzie miał w takim razie prawo wyboru i jaka liczba wyborców będzie wybierać władzę? W jaki sposób i na kogo głosować będą imigranci z Donbasu, którzy są teraz w Kijowie lub w innych obwodach? Obecny skład populacji nie pozwala na to, aby mówić o reprezentatywnym obrazie i ustalić obiektywny rezultat wyborów. Oczekuje się bardzo niskiej frekwencji, podobnie jak w przypadku wyborów do Rady Najwyższej Ukrainy jesienią 2014r. Te wybory w niektórych okręgach Donbasu odbyły się, ale nikogo niczego nie nauczyły. Mieliśmy wtedy ofiary śmiertelne, porwania przewodniczących komisji wyborczych, manipulacje rezultatów, przekupstwo itd. Niektórzy wygrali w okręgu zyskując jedynie 1,5 tysiąca głosów.
– W rzeczywistości, niezależnie od zgody Rady Najwyższej i CKW, w niektórych regionach wybory i tak mogą się nie odbyć, ponieważ nie będzie komu ich przeprowadzić, nie będzie odpowiednich warunków dla demokratycznego procesu wyborczego i podliczenia głosów, będzie istniało zagrożenie aktami terrorystycznymi, fizyczną i zbrojną przemocą.
Premier Ukrainy w wywiadzie udzielonym dla dziennikarzy podczas pobytu w Polsce zapytany o swój rzekomy udział w walkach po stronie Czeczenii przeciwko Rosji zdementował plotki tworzone przez rosyjską propagandę.
„To kliniczna diagnoza rosyjskiej władzy. Stalinowska sprawiedliwość zmieszana z goebbelsowską propagandą zatwierdzone i podpisane przez Putina” – spokojnie poinformował premier Ukrainy.
Przypomnijmy, że Arsenij Jaceniuk został wykryty przez rosyjskie organy ścigania jako uczestnik walk w wojnie rosyjsko czeczeńskiej w 1994-1995 roku podczas której miał się także dopuścić zbrodni wojennych. W tym samym czasie obecny ukraiński premier studiował na Uniwersytecie w Czerniowcach.
Prezydent Ukrainy Petro Poroszenko nie przestaje przekonywać społeczeństwa i mediów o tym, że niezmiennie występuje za przeprowadzeniem wyborów lokalnych na całym terytorium Donbasu będącego pod kontrolą władzy w Kijowie.
„Jestem zwolennikiem aby wybory odbyły się wszędzie z wyłączeniem tych rejonów, które bezpośrednio znajdują się na linii frontu, czyli tam gdzie istnieje zagrożenie nieoczekiwanego ostrzału i gdzie nie uda się zapewnić bezpieczeństwa ludziom” – poinformował prezydent.
Poroszenko wyjaśnił, że rozumie argumenty przedstawicieli lokalnych władz jednak Mariupol stał się miastem-symbolem ukraińskiego Donbasu i niesprawiedliwe jest nie dać możliwości politycznego wyboru mieszkańcom tego miasta dotyczącego przyszłej władzy.