czwartek, 28 październik, 2021
pluken
Home / Komentarze i opinie / Protest bez odpowiedzialności
11991191_742468905875624_710456189_o

Protest bez odpowiedzialności

Share Button
11991191_742468905875624_710456189_o
Fot. Влад Содель / apostrophe.com.ua

Główna przyczyna ofiar podczas protestów w latach 2014-215 w Ukrainie to nieodpowiedzialność politycznych „elit”

Jednym z najsilniejszych przeżyć emocjonalnych z jakim zetknąłem się w życiu jest strach związany z odpowiedzialnością za życie i zdrowie wielkiej liczby ludzi podczas akcji protestu. Najbardziej przerażającym jest moment, w którym uświadamiasz sobie, że na ulice wyszło tylu studentów, że ani ty, ani twoi koledzy z którymi organizujesz protest nie jesteście w stanie ich kontrolować. A to oznacza, że nawet drobna prowokacja może mieć nieoczekiwane i bardzo poważne skutki.

Akcje bez prowokacji

Do ulicznych protestów w 2004 roku we Lwowie przygotowywaliśmy się (aktywiści różnych grup i organizacji) prawie rok. U większości z nas były już doświadczenia protestów podczas akcji „Ukraina bez Kuczmy” i akcji społecznego komitetu oporu „Za prawdę”. Dlatego w pełni świadomie przygotowywaliśmy do możliwych prowokacji ze strony Milicji i „braci” z Bankowej (siedziba administracji prezydenta Ukrainy – przyp. tłum.). Lekcje z pobojowiska 9 marca 2001 roku przyswoiliśmy sobie bardzo dobrze. A przykład niesprawiedliwie osądzonych członków UNSO, którzy w tym czasie jeszcze siedzieli w więzieniu nie pozwalał na lekceważenie problemu.

To, do czego nie można było dopuścić na początku rewolucji – to incydenty i przemoc we Lwowie. Oczywiście z drugiej strony – to sposób aby mobilizować ludzi, ale z drugiej strony – powód dla władz aby zamknąć usta szybciej, niż będzie faktyczny potencjał dla wybuchu protestu. Nie wiedzieliśmy czy w ogóle dojdzie do starć, ale jeśli już – to niech stanie się to wcześnie i to w Kijowie – tam, gdzie realnie rozstrzyga się los władzy. Inaczej byłby to falstart.

Dlatego nic dziwnego, że jesienią 2004 roku w każdej z organizacji funkcjonowała własna służba bezpieczeństwa. Jej członkowie mieli za zadanie zapobiegać jakimkolwiek incydentom, które potencjalnie mogły spowodować, że protest przerodzi się w coś niekontrolowanego. Oczywistym jest, że nikt nie myślał o rzucaniu granatów, ale pobicie przez „Berkut” nie było wówczas niczym nowym.

Dla zabezpieczenia przed prowokacjami stosuje się różne metody. Na przykład wzdłuż kolumny z obu stron formuje się łańcuch aktywistów, który ma za zadanie zmienić tłum w zorganizowaną kolumnę. W ten sposób można przekazywać polecenia od czoła do końca kolumny, a także próbować zapobiec wdarciu się w kolumnę oddziałów milicyjnych.

Jeśli mowa o protestach na placu, to głównym zadaniem było nie tyle zapobiec prowokacjom (na przykład rzucaniu butelek z substancjami zapalającymi w stronę ratusza), ale szybko zlikwidować ich konsekwencje. Oczywiście nie da się przeszukać wszystkich uczestników protestu pod kątem posiadania niebezpiecznych narzędzi, ani nawet zatrzymać prowokatora zanim rzuci butelką. Ale jeśli od razu po tym uda się go złapać i przekazać Milicji powiadamiając o tym wszystkich zgromadzonych za pomocą megafonów, to w ten sposób łatwiej jest zapobiegać eskalacji konfliktu. Także dla tego celu „trenowało się” tłum. Z boku wyglądało to jak gra: wszystkim kazaliśmy zrobić przysiad, a jeden z aktywistów brał flagę i biegł wzdłuż placu – i w tym momencie, gdy im mijał, ludzie mieli wyskoczyć w górę. Mimo, że wyglądało to jak zabawa, dla nas był to sposób trenowania osób uczestniczących w proteście do wykonywania poleceń. To z kolei sprzyjało ujawnieniu i zatrzymaniu tych, którzy zachowywali się w sposób niebezpieczny i nie chcieli wykonywać poleceń.

Można wiele opowiadać o działaniach na rzecz bezpieczeństwa w czasie akcji protestu. Mogą one być prymitywne albo profesjonalne, ale powinny być zawsze. Działacze obywatelscy rozumieli to od dawna, jeszcze w 2004, a nawet 2001 roku podczas akcji „Ukraina bez Kuczmy”. Z kolei partie polityczne nigdy na serio nie zajmowały się swoimi aktywistami, dlatego nie znały nawet elementarnych zasad postępowania w czasie masowych protestów. Kierownictwo partii albo wykorzystywało swoich członków jako bezpłatnych agitatorów, albo w ogóle nie miało takowych i kupowało protestów za pieniądze. A sfera działalności partyjnej ochrony nie wychodziła poza zapewnienie bezpieczeństwa liderom.

Największy strajk studencki

Pomarańczowa rewolucja według mnie rozpoczęła się właśnie we Lwowie – 26 października 2014 roku. Aktywiści trzech organizacji obywatelskich wyprowadzili tysiące studentów na ulice. Dzisiaj trudno powiedzieć ilu ich było dokładnie, ale zgodnie z ówczesnymi szacunkami mowa była o liczbie 10-15 tysięcy. W tym czasie był to największy strajk studencki w okresie niezależności Ukrainy. Wówczas zrozumieliśmy, że rok pracy nie poszedł na marne. Zobaczyliśmy, że studenci są gotowi uczestniczyć w takich masowych akcjach. A jeśli są gotowi oni, to możliwe, że na ulice wyjdą także inni. Zbliżał się odpowiedni czas (wybory prezydenckie) i sytuacja zmieniała się w pożądanym przez nas kierunku. Kuczma z Janukowyczem sfałszowali wybory i nie było już drogi wstecz. Dla nas jednak moment przełomowy był wcześniej – tydzień przed pierwszą turą wyborów.

Plan organizacji strajku był prosty. Pod każdą uczelnią wyższą Lwowa zbierali się aktywiści i z pomocą ulotek, flag i megafonów „zwoływali” studentów z zajęć i prowadzili pod Uniwersytet im. Iwana Franko. Tam miały miejsce krótkie przemówienia i dalej wszyscy szli pod budynek rady miejskiej, aby zmusić deputowanych do poparcia postulatów studentów, a nie prezydenta. Faktycznie, wiedzieliśmy wcześniej jak zagłosują deputowani, jednak protest był niezbędnym elementem wpłynięcia na nastroje społeczeństwa. Potrzebne było małe zwycięstwo – nie tylko dla nas. Trzeba było pokazać, że można efektywnie wpływać na władze, jeśli potrafimy się zorganizować. Starszemu pokoleniu trzeba było dać przykład i pokazać, że młodzież jest gotowa walczyć o przyszłość bez Kuczmy, ale potrzeba jej wsparcia.

Akcja udała się. Pod uniwersytetem zebrało się tysiące studentów z Politechniki Lwowskiej, „Lisotechu” (Narodowy Leśny Uniwersytet Techniczny Ukrainy), Lwowskiego Narodowego Uniwersytetu Medycznego im. Daniły Halickiego i innych uczelni. Sformowaliśmy kolumnę marszową i poszliśmy na rynek. Liczba uczestników przewyższyła szacunki i oczekiwania, wobec czego także nasza „służba bezpieczeństwa” musiała stać się aktywistami protestu – a w pewnym momencie ludzie, którzy mieli stanowić „żywy łańcuch” wokół kolumny, po prostu skończyli się. W tym momencie zrozumieliśmy, że nie jesteśmy w stanie kontrolować większości kolumny marszowej i jakikolwiek incydent może teoretycznie doprowadzić do tragedii. Początkowo chcieliśmy przekazać „zwykłym” uczestnikom choćby minimalny instruktaż, jednak nie udało się wytłumaczyć wszystkim, że w razie próby rozbicia manifestacji przez oddziały milicji należy złapać się pod ręce i usiąść na ziemi. Jedyne co udało nam się zrobić to zorganizować „łańcuch” po obu stronach kolumny – a i to nie na długo…

Ale nie w tym rzecz. Ważne, że nawet w takiej sytuacji, w o wiele spokojniejszych czasach aktywiści i przed akcją i w czasie strajku zrobili wszystko co możliwe, aby zabezpieczyć ludzi,  którzy biorą udział w proteście.

Partyjne mięso armatnie

A jak jest w partiach? Jak zawsze. Oni nie tylko nie zajmują się ochroną uczestników akcji, ale jeszcze prowokują starcia dla celów PR-owych.

W tym kontekście partia „Swoboda” zawsze działała najbardziej cynicznie. Są bowiem jedynymi, którzy mają ideowy, a nie opłacony, partyjny aktyw. Jest tam również struktura siłowa, która bez problemów mogła zatrzymać starcia pod Radą Najwyższą 14 października 2014 roku jak i tragiczne wydarzania 31 sierpnia 2015 roku. Ale jak świadczą materiały fotograficzne i wideo z ostatnich starć pod parlamentem, „Swobodowcy” nawet nie próbowali tego zrobić. Odwrotnie – kierownictwo partii, włącznie z jej liderem Olegiem Tiahnybokiem, jeszcze dolewało „oliwy do ognia”.

Rzecz w tym, że dla partii radykalnych zamieszki to najlepszy sposób dla mobilizacji swojego elektoratu. Dlatego można obwiniać o tragedię z 31 sierpnia Awakowa, Poroszenkę, policję, agentów FSB, chorych psychicznie czy jeszcze kogoś. Może nawet to być niedalekie od prawdy. Ale jest jeden fakt, któremu nie da się zaprzeczyć: inaczej niż opłaceni uczestnicy protestu. „Swobodowcy” z kilkoma setkami swoich aktywistów w ciągu kilku sekund mogli zahamować tłum i powstrzymać eskalację. Jednak nie zrobili tego – walka o poparcie była ważniejsza.

Mało prawdopodobne by człowiek rzucający granatem zrobił to na polecenie kierownictwa „Swobody”. Tą wersję można by wziąć pod uwagę, gdyby rzucono jeszcze kilka granatów i gdyby rozpoczął się szturm parlamentu. Tak się jednak nie stało. Możliwe, że w ten sposób „Swobodę” zwyczajnie „wrobiono”. Możliwe, że to rosyjska prowokacja. Ale najpewniej „chłopak z wojny” nie odróżnił prowokacji od realnego szturmu i pomyślał, że „zaczęło się”. Można zresztą rozważyć jeszcze kilka innych prawdopodobnych wersji tego kto i dlaczego. A są też ci,  którzy „włożyli broń” w czyjeś ręce. I tu już jest bezsprzeczna wina kierownictwa „Swobody”. Gdyby nie oni, nie byłoby okoliczności dla rzucania granatem i ofiar. I nawet jeśli „Swobodowcy” nie prowokowali zamieszek, to oni nie zrobili nic, by im zapobiec.

Pokojowa maszynka do mięsa

W tym kontekście przychodzi na myśl jeszcze jedna smutna analogia. Jedna z najtragiczniejszych kart Rewolucji Godności była zapisana 18 lutego 2014 roku. Opozycyjna trójka wezwała ludzi (ustami Tiahnyboka i Kubiwa) na akcję „Pokojowe natarcie”. Skończyło się to dziesiątkami zabitych aktywistów Euromajdanu. Odpowiedź na pytanie kto jest temu winien jest z jednej strony oczywista – „tituszki”, „Berkut”, regionałowie, Janukowycz… Z drugiej strony – jest wiele pytań do organizatorów tej niby-pokojowej akcji.

Czy po starciach na Hruszewskiego, pierwszych ofiarach i porwaniach aktywistów politycy nie rozumieli, jakie mogą być konsekwencje? Jeśli to wiedzieli, to dlaczego nie ostrzegli ludzi, którzy szli pod Radą Najwyższą jak na paradę – bez żadnych środków ochrony osobistej? Dlaczego skierowali aktywistów w miejsce, gdzie łatwo było rozbić kolumnę protestujących nawet niewielkimi siłami milicyjnymi i ostro pobić?

Jaceniuk, Tiahnybok i Kliczko jeszcze na początku Euromajdanu powtarzali jak mantrę, że trzeba więcej ludzi: sto tysięcy, dwieście, milion… Cały czas o tym mówili, jednak nie rozumieli po co. Sto tysięcy potrzeba było po to, że stutysięcznego tłumu nie da się rozpędzić. Ale to na placu. Jeśli rozproszyć sto tysięcy ludzi po uliczkach kwartału rządowego, to łatwo można ich rozpędzić. To wie każdy, kto kiedykolwiek zajmował się organizacją protestów.

I główne pytanie: dlaczego w ciągu półtora roku od tych wydarzeń nadal nie osądzono żadnego z „tituszek”, żadnego „berkutowca” czy regionała za zabójstwa i kalectwo aktywistów 18 lutego? Czy nie dlatego, że obiektywne śledztwo pokazałoby przestępstwa nie tylko ówczesnej władzy, ale także cynizm i nieodpowiedzialność ówczesnej opozycji?

Następstwa

Następstw tragedii z 31 sierpnia jest już wiele. Oczywiste – to trzech zabitych i dziesiątki rannych. Nie mniej ważne – strach obywateli przed wychodzeniem na uliczne akcje protestu. A strach – to podstawa dla manipulacji świadomością. To wygodne narzędzie, zwłaszcza przed wyborami. Prawdopodobnie będzie to także pretekst dla ograniczenia praw obywatelskich. Ale nie dla „Swobody”, ale dla wszystkich aktywistów obywatelskich, zwłaszcza tych, którzy realnie walczą o zmianę systemu korupcyjnego. Niewątpliwie będą także próby ze strony Rosji, aby wykorzystać te wydarzenia dla własnych celów.

Skutkiem tych wydarzeń jest też to, że szczególnie ważne kwestie reformy decentralizacyjnej stały się mało interesujące dla społeczeństwa. Znacznie ciekawszymi stały się zamieszki i to, co w telewizji powiedział Awakow i jak odpowiedział mu Tiahnybok.

Wnioski

Podstawa każdego protestu obywatelskiego to odpowiedzialność. Za siebie, za innych uczestników, za państwo. Od tego powinno się zaczynać i na tym powinno opierać się społeczeństwo obywatelskie. Tej podstawy nie ma u większość ukraińskich polityków i partii. To ludzie z egoistyczną świadomością i takimi sposobami pracy. Nie myślą krytycznie, działają reakcyjnie i co ważne – nie wyciągają wniosków z własnych błędów.

I chodzi tu nie tylko o „Swobodę” – to tylko najbardziej jaskrawa ilustracja problemu. „Partia Radyklana”, „Front Ludowy”, „Batkiwszczyna”, BPP, Blok Opozycyjny i inne partie działają albo w sposób otwarcie przestępczy albo skrajnie nieodpowiedzialnie. Partyjne interesy zawsze były stawiane wyżej od państwowych, a osobiste wyżej niż partyjne. Większość polityków zawsze wybiera łatwiejszą drogę i dlatego pozostawia za sobą szlak złamanych ludzkich żyć. Najważniejsze, co powinien zrozumieć każdy obywatel – szans, że ci politycy zmienią się, praktycznie nie ma. Jeśli nie zmieniła tego Rewolucja Godności i wojna z Rosją, to już chyba nic nie jest w stanie tego zrobić. Powinni pójść w polityczne zapomnienie i tak się stanie – pytanie tylko kiedy i w jaki sposób. Ale od odpowiedzi na te pytania zależy ile jeszcze ludzkich żyć będą w stanie poświęcić

Roman Rak

Fot. apostrophe.com.ua

Share Button

Czytaj również

Fot. facebook.com/NavalSOFCenter

Ukraina i NATO: na wschodzie bez zmian

Przebieg szczytu NATO w Brukseli (14 czerwca 2021 roku) oraz spotkania Biden-Putin w Genewie (16 …

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.