Wczoraj po raz pierwszy od początku wojny zostało ostrzelane moje rodzinne osiedle. Patrzę na youtube na rodzinne strony i serce ściska ból…Wyjechałem z domu jak i większość mieszkańców Doniecka w lipcu, gdy do miasta wszedł Girkin i jego zabójcy. W Kijowie pierwsze miesiące były bardzo trudne pod względem psychicznym. W domu zostali przecież rodzice, którzy powiedzieli, że nigdzie się z domu nie ruszą, przecież mają tutaj dobytek, na który pracowali 40 lat swojego życia w Doniecku, i że „starych drzew się nie przesadza”. Pozostało mi jedynie śledzić tragiczne wydarzeniami, martwić się o stosunkowo odległy i obcy mi rejon Kijowa (chodzi o Donieck – dzielnicę miasta – przyp. tłum.), gdzie toczyły się najważniejsze wydarzenia i ginęli ludzie niedaleko od lotniska, i modlić się (chociaż nie religijny), aby zły los ominął moją rodzinę i mój rejon, gdzie wszystko od dzieciństwa jest mi tak bliskie. Ale katastrofa się zbliżała…
Najpierw w sąsiadującym z naszym dziewięciopiętrowym (około 30 metrów), budynku zamieszkał „Oplot”. Od sierpnia terroryzowali miejscowych aktywistów, niekoniecznie uczestników proukraińskiego ruchu. Nękali ich w pracy, domu, u rodziców, porywali ich, bili i zamykali w piwnicach żądając okupu. Mniej więcej w listopadzie do bazy „Oplotu” przywieźli moździerze oraz kilka wyrzutni rakietowych „Grad” i wtedy zaczęli strzelać z narastającą intensywnością. Jednak leciało od nas nie tylko w stronę lotniska i Awdijiwki ale i w zupełnie przeciwnym kierunku, na Poletarkę, gdzie nigdy nie było ukraińskich wojsk. W styczniu terroryści stali się wyjątkowo bezczelni, na pokaz blokowali skrzyżowanie czterech dzielnic (gdzie kiedyś mieszkało w sumie około 50 tysięcy ludzi) i strzelali z „Gradów” z środka drogi. Kilometr dalej rozmieścili bazę dla czołgów, a w fabrykach zaczęli remontować technikę wojskową. I kroniki wojny stawały się dla mnie coraz bardziej zatrważające. Rodzice nie wytrzymali i przyjechali do mnie do Kijowa, może nawet chcą wrócić, mimo tych wydarzeń, ale w praktyce jest to trudne. Ukraina wprowadziła system przepustek, których nie można otrzymać łatwo i szybko, nawet miejscowym mieszkańcom.
Wiem, że prawdopodobnie te pociski artyleryjskie, które wczoraj przyleciały na moje podwórko to ze strony Sił Zbrojnych Ukrainy. Po prostu odpowiedzieli na prowokację. Na szczęście nikt nie zginął, ale patrzeć na zniszczone budynki, bez szyb, biorąc pod uwagę nadchodzące lutowe mrozy, nie jest łatwo. Nikt nie wie kiedy ta wojna się skończy, kiedy zmieni się linia frontu, która na razie przechodzi przez serca zwyczajnych mieszkańców Doniecka, niezależnie od tego, czy znajdują się teraz w Doniecku, czy oglądają wiadomości na emigracji.
Mój ukochany Donieck, miasto miliona róż, jedyne tak naprawdę, miasto europejskie na Wschodzie Ukrainy, zawsze wygodne, czyste i przytulne, stopniowo przekształca się w ruinę, na nowe Grozny. Od razu przypominam sobie wydarzenia sprzed trochę nieco dwóch lat, mecz EURO-2012 Ukraina – Anglia, przypominam sobie tę atmosferę krystalicznego patriotyzmu w mieście w przededniu meczu. Wówczas szliśmy pieszo głównymi ulicami miasta na gigantyczną Donbas Arenę. Brataliśmy się z Anglikami i wspólnie śpiewaliśmy „Szcze ne wmerła..” Przypominam sobie to wszystko, co działo się naprawdę, jak piękny sen, i nie chce się budzić rano, włączać Internet, żeby popatrzeć na to co jeszcze zrujnowała wojna w moim mieście. Nie mogę uwierzyć, że grupa około stu ukrainofobów opierając się na zachłanności lokalnych biznes-elit, zrujnowała wszystko co ukraińskie (czego było wiele w moim rodzinnym Doniecku), a miliony ludzi zmusiła do emigracji.
Chciałbym wierzyć, że pewnego pięknego dnia, zakończymy tę wojnę, wrócimy do domów, wyleczymy ludzi, odremontujemy zniszczone budynki i drogi i powiemy: „To był bardzo okrutna lekcja miłości do swojej ziemi, swojej Ojczyzny”. I nie będzie trzeba żadnej lustracji, natura odzieli prawdziwych ludzi od wyrzutków, którzy wszyscy pewnie wyjadą do Rosji (gdzie jest wielu jak oni). Odbudujemy nowy, wartościowy Donbas dla Ukrainy i będziemy dumni z tej okazji bycia korzystnymi, potrzebnymi. Bardzo chcę w to wierzyć…
Valeriy Kravchenko