Wybory we Lwowie, 25 października 2015r. (Fot. polukr.net)
Według przedstawicieli organizacji zajmującej się monitorowaniem procesów wyborczych, głosowanie w wyborach do władz lokalnych na Ukrainie odbyło się w spokojnej atmosferze.
Podczas głosowania zanotowano ponad tysiąc różnego typu incydentów, jednak większość z nich nie miała poważniejszego znaczenia dla przebiegu i ważności głosowania. Wobec braku biuletynów do głosowania wybory nie zostały uznane za wiążące w dwóch miastach: Mariupolu i Krasnoarmijsku. Termin ich przeprowadzenia jak na razie nie jest znany.
We Lwowie urzędujący mer Lwowa Andrij Sadowyj zdobył ponad 48% głosów, jednak według danych sondażowych nie uda mu się przekroczyć bariery 50% i w drugiej turze zmierzy się z Rusłanem Koszulińskim, politykiem partii „Swoboda” i byłym wiceprzewodniczącym Rady Najwyższej Ukrainy, który otrzymał 14% głosów. Podobna sytuacja ma miejsce w Kijowie, gdzie urzędujący mer Witalij Kliczko otrzymał ponad 40% poparcie. Z kolei w Charkowie w pierwszej turze, z ponad 80% poparciem zwyciężył dotychczasowy mer, Giennadij Kernes. Drugie tury odbędą się także w Dniepropietrowsku, Iwanofrankiwsku i najprawdopodobniej w Odessie.
Frekwencja wyniosła w skali całej Ukrainy 46,5%. Największą, 51,4% zanotowano w zachodnich obwodach, najniższą – 41,1% we wschodniej części kraju. W obwodzie donieckim, na obszarach pozostających pod kontrolą władz w Kijowie do urn poszło 37% uprawnionych.
W ciągu ostatnich tygodni Federacja Rosyjska dała światowym mediom tyle tematów, ile nie pojawiało się już od bardzo dawna. Kwestia Donbasu została formalnie zamknięta wobec „sukcesu” formatu normandzkiego – tak jest to odczytywane także w Berlinie i Paryżu. Moskwa manipuluje swoimi marionetkami, zmienia akcenty i przeorientowuje uwagę Zachodu w kierunku walki przeciw radykalnemu islamowi. Rosja pokazuje Zachodowi w jaki sposób efektywnie i szybko walczyć w Syrii i Iraku. Faktycznie to jednak tylko iluzja i prawdziwa rosyjska walka z wiatrakami.
Państwo Islamskie to idealny „kozioł ofiarny” dla Rosjan. Dzięki niemu można straszyć własnych obywateli, argumentując to zewnętrznym zagrożeniem, można wysyłać flotę na Morze Kaspijskie i ostrzeliwać obozy treningowe terrorystów w Syrii przy pomocy pocisków manewrujących (tak samo jak Amerykanie Libię przy pomocy „Tomahawków”). Co najważniejsze – rosyjski plebs ujrzał piękne obrazy pokazujące rzekome świetne przygotowanie rosyjskiej armii do konfliktu zbrojnego, czego nie zmienił nawet fakt pomyłkowego uderzenia części pocisków w terytorium Iranu (który zresztą, otrzymawszy od Rosji zestawy S-300 nie potwierdził tego faktu). Iluzja efektywności sił zbrojnych FR jest skierowana przede wszystkim do własnych obywateli: jak w hollywoodzkich filmach, gdzie samoloty i okręty zwyciężają złoczyńców. Równie łatwo jest szukać agentów ISIS wśród ukraińskich polityków, wskazując przede wszystkim na rzekomego „czeczeńskiego bojownika” Arsenija Jaceniuka i doradcę szefa MSW, Antona Heraszczenko czy na fakt, że jeden ze studentów z Azerbejdżanu, który został bojownikiem ISIS studiował na uniwersytecie w Charkowie. Od razu widać więc, że Ukraina jest głównym ośrodkiem islamskiego fundamentalizmu w Europie – to staje się oczywiste dla każdego Rosjanina!
Dla krajów świata zachodniego tworzy się z kolei mit „odważnego rosyjskiego kowboja”, który jest w stanie zwyciężyć każdego przeciwnika. Właśnie dlatego, biorąc pod uwagę że to ISIS jest obecnie głównym wrogiem dla USA i Europy, Rosja udaje, że pomaga poradzić sobie z tym zagrożeniem. Właśnie dlatego powinna zasługiwać na szacunek i wsparcie. W tej sytuacji oczywistą jest aktywizacja rosyjskiej agentury w krajach zachodnich. W napisanej niemal na pewno na zamówienie publikacja „Forbesa” z 8 października o rzekomym zbliżającym się zniesieniu sankcji Zachodu wobec Rosji czytamy, że wszyscy mogą tylko wygrać na takim rozwiązaniu. W ten sposób na Zachodzie tworzy się pozytywny obraz Federacji Rosyjskiej. Na efekty nie trzeba zresztą czekać: nawet w oświadczeniu dotyczącym zestrzelenia malezyjskiego Boeinga 777 Holandia powstrzymała się od obwiniania Rosji wprost za tą tragedię.
Wspieranie prezydenta Baszara Al-Asada przeciwko antyrządowym powstańcom wywołała już reakcję krajów Zatoki Perskiej. Katar i Arabia Saudyjska zapowiedziały zwiększenie wsparcia dla „Wolnej Armii Syrii”, natomiast przedstawiciele NATO na nadzwyczajnej sesji skrytykowali działania Moskwy. Do tego warto dodać incydenty polegające na naruszaniu przestrzeni powietrznej Turcji. Nie wiadomo co stanie się, gdy tureckie baterie rakiet „Patriot” zaczną zestrzeliwać rosyjskie samoloty. Zresztą także w przestrzeni powietrznej Syrii dochodzi już do przypadków niebezpiecznego zbliżania się do siebie rosyjskich i amerykańskich maszyn. Moskwa otwarcie prowokuje Waszyngton wchodząc do krajów takich jak Irak i Afganistan, gdzie USA od dawna są obecne wojskowo. USA reagują na te działania: NATO dwukrotnie zwiększa liczbę sił szybkiego reagowania, a USA zapowiada rozmieszczenia żołnierzy i sprzętu w Polsce i krajach bałtyckich.
Faktycznie jedynie ograniczona wojna USA, zwycięska i toczona gdzieś na peryferiach (Afganistan?) jest środkiem do realizacji głównego celu polityki Putina – zmiany układu sił na świecie. Tylko takie rozwiązanie umożliwiłoby postbipolarny rewanż Rosji i doprowadziło do rewizji polityki międzynarodowej i wyłonienia nowego lidera – putinowskiej Rosji. Realizacja takiego scenariusza będzie teoretycznie możliwa po 2017 roku, gdy będzie już po wyborach w USA i w Rosji.
Rosja nigdy nie jest tak silną na jaką wygląda i tak słabą jaka się być wydaje. Percepcja zagrożenia, także militarnego, ze strony Federacji Rosyjskie w krajach zachodnich (nie wyłączając Polski) była, jest i nadal będzie ograniczona, jednak przecenianie możliwości przeciwnika jest tak samo szkodliwe jak jego niedocenienie.
Według twórców raportu Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych pt. „Cicha militarna rewolucja Rosji i jej znaczenie dla Europy”, dotyczącego potencjału militarnego Rosji, Zachód nie docenia rzekomo „rewolucyjnych” zmian, jakie miały miejsce w ciągu ostatnich lat w rosyjskiej armii. Ich wynikiem, ma być przygotowanie przez Rosję sił zdolnych do błyskawicznych działań poza granicami kraju i zdominowania dowolnego kraju w przestrzeni postradzieckiej.
O ile słusznymi są zawarte w raporcie opinie o niskiej gotowości większości europejskich armii, brakach kadrowych i problemach z koordynacją działań, co wynika m.in. z niskich wydatków na zbrojenia i ogólnego braku świadomości istnienia jakiegokolwiek realnego zagrożenia militarnego, to wnioski dotyczące efektywności sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej zwyczajnie rozmijają się z rzeczywistością i to w stopniu bardzo znaczącym – i wynika to z pobieżnej tylko analizy niektórych aspektów konflikt zbrojnego na Ukrainie.
Gdzie ta dominacja?
Walki, jakie toczyły się na przełomie stycznia i lutego o położone w Donbasie miasto Debalcewe pokazały wyraźnie znaczną liczbę bolączek rosyjskich sił zbrojnych. Pomimo obiegowych opinii o rzekomo skutecznym wykorzystywaniu przez Rosję mechanizmów wchodzących w zakres tzw. wojny hybrydowej, w tym użycia jednostek nieregularnych, złożonych z lokalnych grup „ochotników” okazało się, że znaczącym problemem pozostaje koordynacja ich działań, zwłaszcza w korelacji z formacjami regularnej armii, nie wspominając o tym, że umiejętności, morale, a co za tym idzie wartość bojowa takich „ochotniczych” formacji jest mocno ograniczona. Zresztą udział tych paramilitarnych formacji wydaje się w dłuższej perspektywie stwarzać więcej problemów niż korzyści: walki pomiędzy różnymi ugrupowaniami tzw. Donieckiej Republiki Ludowej stały się normą i nawet regularne „czystki” prowadzone przez rosyjskie jednostki specjalne nie przynoszą zadowalających rezultatów.
Wobec powyższego, w warunkach konfliktu takiego jak ten toczący się w Donbasie, stronie rosyjskiej nie udawało się przez ponad miesiąc osiągnąć żadnego znaczącego sukcesu nawet w skali taktycznej (choćby odcięcia pozostających w stanie bliskim okrążenia oddziałów od jedynej drogi Artemiwsk-Debalcewe, pozwalającej na komunikację i zaopatrywanie walczących oddziałów), mimo korzystnej dla siebie sytuacji operacyjnej. Sukces był możliwy dopiero po podpisaniu porozumienia pokojowego i wycofaniu się z miasta jednostek ukraińskich, po wcześniejszym powstrzymaniu się od użycia wymienionej w zapisach porozumienia ciężkiej broni.
Poważne braki wyszły na jaw także w innych aspektach prowadzenia operacji bojowych. Wśród nich należy wskazać choćby ograniczoną skuteczność wykorzystania samolotów bezzałogowych dla celów rozpoznania, zwłaszcza na korzyść jednostek artylerii, a także poważne braki w sprawnym funkcjonowaniu logistyki: w okresie najintensywniejszych walk o miasto pojawiały się regularnie doniesienia o brakach w zaopatrzeniu walczących oddziałów w paliwo i amunicję, o efektywnym systemie ewakuacji rannych nie wspominając. Brak decyzji o wykorzystaniu sił powietrznych w konflikcie może wskazywać także, że Rosja nie posiada skutecznych możliwości przełamywania systemów obrony przeciwlotniczej bez narażania się na poważne straty własne.
A co tam na Ukrainie?
Obserwując toczące się przez ponad miesiąc działania zbrojne pod Debalcewem można było zauważyć, że ukraińskie dowództwo wyciągnęło wnioski z wydarzeń, jakie miały miejsce w okresie walk pod Iłowajskiem w sierpniu i wrześniu 2014 roku. Dzięki nadrobieniu zaległości w kilku istotnych obszarach możliwe było skuteczne odpieranie kolejnych ataków na pozycje pod Debalcewem. Zauważalnie poprawiło się dowodzenie, koordynacja działań i zdolności manewrowania dostępnymi siłami, a także komunikacja pomiędzy jednostkami armii regularnej i batalionami ochotniczymi.
Można mówić również o zmianie filozofii dowodzenia i poprawie koordynacji działań nie tylko na poziomie taktycznym, ale także operacyjnym. Tuż przed początkiem rozmów w Mińsku, w okresie największego natężenia walk pod Debalcewem, działania ofensywne rozpoczęte pod Mariupolem przez pułk „Azow” i jednostki Gwardii Narodowej Ukrainy zmusiły przeciwnika do wycofania części sił spod Debalcewa na południe, co pozwoliło odciążyć broniące się na północy oddziały. Takich sukcesów mogłoby najprawdopodobniej być więcej, gdyby nie ograniczenia wynikające z wcześniejszego porozumienia z Mińska, których trzymała się strona ukraińska. Podobnie duże znaczenie dla przebiegu wcześniejszej fazy konfliktu miały działania zaczepne ukraińskich jednostek powietrznodesantowych na przełomie sierpnia i września 2014 roku: uderzenie spod Wołnowachy w kierunku granicy ukraińsko-rosyjskiej pozwoliło jednostkom ukraińskim na zagrożenie tyłom rosyjskich formacji działających pod Iłowajskiem na południu i pod Ługańskiem na północy, a co za tym idzie – najprawdopodobniej zmusiło rosyjskie dowództwo do porzucenia planów okrążenia Mariupola i przyśpieszyło zawarcie porozumienia w Mińsku.
Znaczna poprawa nastąpiła również jeśli idzie o rozpoznanie, w tym najpewniej z wykorzystaniem samolotów bezzałogowych oraz realizowanego przez grupy specjalne m.in. dla celów korygowania ognia artylerii. To właśnie między innymi z tego czynnika wynikała skuteczność ognia artyleryjskiego po stronie ukraińskiej – prowadzone regularnie i z wielką precyzją ostrzały rejonów koncentracji oraz składów amunicji i zaopatrzenia przeciwnika skutecznie uniemożliwiały przeciwnikowi zebranie sił do większych natarć oraz pomogły w odparciu tych, które udało się przeprowadzić prorosyjskim separatystom i oddziałom regularnej armii Federacji Rosyjskiej.
Wnioski
O ile w siłach zbrojnych Federacji Rosyjskiej zaszły znaczące zmiany od czasu wojny z Gruzją (2008r.) to do zyskania przez nie potencjału pozwalającego na skuteczne prowadzenie zakrojonych na szeroką skalę operacji militarnych przeciwko innym państwowym jest jeszcze bardzo daleko. Dlatego twierdzenie, jakoby miała miejsce jakakolwiek rewolucja jest sporym i pozbawionym podstaw nadużyciem. Już bardziej pasuje ono dla opisania procesów, jakie miały miejsce w ciągu ostatniego półtora roku w Siłach Zbrojnych Ukrainy, które były w stanie w krótkim czasie przejść od poziomu katastrofalnych zapóźnień czy nawet faktycznego rozkładu we wszystkich niemal aspektach funkcjonowania do stanu pozwalającego na skuteczne udaremnianie działań o wiele silniejszego i lepiej przygotowanego przeciwnika.
Operacja wojskowa realizowana aktualnie przez Rosję w Syrii jest typowym działaniem o charakterze ekspedycyjnym, pod wieloma względami analogicznym do amerykańskich i NATO-wskich działań w Afganistanie. Doświadczenia z tego rodzaju operacji mają ograniczoną przydatność w zakresie rozwoju sił zbrojnych i ich przygotowania do udziału w klasycznym (symetrycznym) konflikcie zbrojnym. Dlatego też jej znaczenie dla zmian w rosyjskiej armii będzie ograniczone i „zachwyty” nad skutecznością uderzeń rosyjskiego lotnictwa czy pocisków manewrujących jakie możemy obserwować w rosyjskim (ale także zachodnich mediach) są bezpodstawne i wynikają raczej z charakterystycznej dla większości mediów „fetyszyzacji” wszelkich działań zbrojnych.
Rosja pozostaje jednak silna słabością swoich zachodnioeuropejskich przeciwników – stan sił zbrojnych w wielu krajach UE jest katastrofalny, wydatki na armie coraz mniejsze, a co najgorsze – społeczeństwa wielu krajów pomimo doświadczeń ostatnich miesięcy w dalszym ciągu nie odczuwają jakiegokolwiek zagrożenia o charakterze militarnym wychodząc z jakże wygodnego dla siebie założenia, że toczący się Donbasie, na dalekiej Ukrainie konflikt ich nie dotyczy. I to właśnie nad zmianą tego toku myślenia należałoby pracować w pierwszej kolejności.
ASBIRO to jedyna uczelnia w Polsce, w której wykładowcami są wyłącznie przedsiębiorcy. To co nas odróżnia od innych szkół to właśnie praktyczne podejście do przedsiębiorczości. Podstawowym kryterium doboru kadry jest doświadczenie w realnym biznesie, a nie dyplomy czy tytuły naukowe. Nauczycielami są właściciele, prezesi i dyrektorzy firm oraz najlepsi trenerzy w Polsce. W gronie wykładowców mamy prezesów wielkich firm giełdowych, ale także właścicieli niewielkich przedsiębiorstw.
Szkoła oferuje szereg kursów biznesowych oraz studiów, w tym także studia podyplomowe MBA Przedsiębiorczość ze specjalizacjami Marketing i Zarządzanie oraz MBA Inwestowanie w Nieruchomości.
Alternatywna Szkoła Biznesu i Rozwoju Osobowego zaprasza do wzięcia udziału w polsko-ukraińskim spotkaniu przed-
siębiorców, które odbędzie się 10 listopa-da 2015 (wtorek) roku we Lwowie, w ramach wyjazdu „Poznaj Biznes na
Ukrainie”. Spotkanie będzie okazją do nawiązania bezpośrednich kontaktów z przedstawicielami firm z obu krajów i
omówienia potencjalnych możliwości współpracy biznesowej z partnerami zagranicznymi.
Wyślij zgłoszenie zawierające:Imię, Nazwisko, Nazwę firmy Telefon kontaktowy na adres: i.jabrzyk@asbiro.pl
Koszt: 300UAH Miejsce: Hotel Lviv Data: 10.11.2015r
Z Mirosław Simką, kandydatem do rady miejskiej Lwowa z ramienia Ukraińskiej Partii Galicyjskiej rozmawia Dariusz Materniak
Jakie są główne punkty Pana programu wyborczego?
Jeśli chodzi o nasz program, to w kwestiach dotyczących miasto dotyczy on przede wszystkim zmian w kwestii zabudowy miejskiej i zmian polityki w tym obszarze. Jak wiadomo bowiem Lwów jest pełen historycznej, zabytkowej zabudowy i nowe budynki wielokrotnie nie wpisują się w już istniejące lokalizacje. Chodzi więc o uzyskanie większej kontroli nad tego typu działaniami i nowymi inwestycjami przez odpowiednie organy władz lokalnych i państwowych. Drugi element, którym ja zajmuję się osobiście, to sfera walki z korupcją, zwłaszcza w obszarze zakupów publicznych: domagamy się odnowienia we Lwowie obowiązku prowadzenia otwartych konkursów w formie przetargów lub zbliżonych, jaki już obowiązywał w 2009 roku. W odniesieniu do sfery socjalnej moja partia postuluje rozwój programu, który nazywamy „Lwów otwarty dla wszystkich”. Chodzi o zwiększenie dostępności miasta nie tylko dla turystów, ale także dla osób niepełnosprawnych: w sferze transportu, dostępu do przestrzeni administracyjnej i komercyjnej. Chodzi więc budowę podjazdów czy innych rozwiązań architektonicznych, które ułatwią funkcjonowanie osobom o ograniczonej możliwości poruszania się. Kolejna sprawa to kwestia reklamy na budynkach: tutaj także niezbędne są regulacje, również ze względu na ochronę zabytków architektury – powinny funkcjonować jasne procedury umieszczania takich reklam na budynkach, by skończyć z aktualnie panującym chaosem. Następna kwestia to transport: obecnie znaczna część tras pojazdów komunikacji miejskiej przebiega przez centrum miasta. Naszym zdaniem to błąd: chcemy odciążyć centrum miasta i doprowadzić do tego, by większość tras tramwajów, autobusów i trolejbusów przebiegała wokół centrum tak, aby można było do dowolnego punktu w centrum dostać się pieszo z przystanku komunikacji miejskiej w ciągu 15-20 minut. Na rozwiązanie we Lwowie czekają także kwestie termomodernizacji budynków. Co ważne, co do każdej z omawianych kwestii posiadamy odpowiednie opinie ekspertów w danej dziedzinie, wobec czego nasze programy mają solidne podstawy.
Co Pana zdaniem powinno zmienić się w rejonie, z którego Pan kandyduje?
W rejonie, z którego kandyduję poważnym problemem jest transport, a konkretnie brak dostępnych połączeń komunikacji miejskiej. Zdarza się, że z niektórych miejsc trzeba iść pieszo nawet kilometr na przystanek – to zdecydowanie za duża odległość. Dlatego konieczna jest zmiana siatki połączeń i tras już funkcjonujących linii. Drugi istotny element to znajdujące się w moim okręgu jezioro – to problem zarówno ekologiczny, jak i związany z bezpieczeństwem: już kilka osób utonęło tam, jako że miejsce nie jest zabezpieczone. Trzeba to zmienić i przekształcić je w odpowiednio przygotowane i bezpieczne miejsce rekreacji, także dla dzieci.
Jaki stosunek ma Ukraińska Partia Galicyjska do ewentualnych koalicji po wyborach?
Trudno na tym etapie wskazać konkretne siły polityczne – jednak jesteśmy otwarci na dialog z każdą partią, z którą będzie można się porozumieć w sprawie realizacji wspólnych celów po wyborach. Będziemy analizować możliwości współpracy i pytać o zdanie naszych wyborców.
Jak oceniacie obowiązujący aktualnie kodeks wyborczy? Czy 5% prób wyborczy nie jest zbyt wysokim?
Z punktu widzenia mniejszych formacji istotnie tak wysoki próg wyborczy może zostać uznany za dyskryminacyjny, jako że utrudnia osiągnięcie zadowalającego rezultatu w postaci uzyskania miejsc w radach miejskich czy obwodowych. Jednak z drugiej strony, na podstawie moich doświadczeń mogę powiedzieć, że dla nas, jako dla partii pierwszy raz biorącej udział w wyborach, takie warunki były swego rodzaju zahartowaniem i nastawieniem się na ciężką pracę w celu osiągnięcia pozytywnego rezultatu. Ludzie rozumieją, że tylko ciężka praca może przynieść wyniki i to mobilizuje ich do pracy. Każdego dnia spotykamy się z wyborcami i przedstawiamy im nasze wizje, rozumiemy bowiem, że każdy wyborca jest ważny, bo to właśnie on może być tym decydującym, który odda głos, pozwalający przekroczyć barierę progu wyborczego.
Jak powinna wyglądać walka z korupcją, zwłaszcza na szczeblu władz lokalnych?
Kluczowym elementem walki z tym zjawiskiem jest nacisk na zmiany w systemie organów prawnych, które powinny być odpowiedzialne za wykrywanie takich przestępstw i wyciąganie konsekwencji wobec osób za nie odpowiedzialnych. Nie jesteśmy populistami, więc nie twierdzimy, że będziemy wsadzać ludzi do więzień – to kompetencja prokuratury, nie nasza. Twierdzenie, że kiedy przyjdziemy do władzy i zlikwidujemy korupcję to czysty populizm. Dlatego powinniśmy rozumieć co możemy, a czego nie możemy zrobić. Możemy jednak nadawać odpowiedni rozgłos przypadkom działań korupcyjnych. Możemy mówić kto jest odpowiedzialny i za jakie decyzje podjęte na podstawie działań korupcyjnych. Taka informacja zmusza władzę do działania.
Jak ocenia Pan przebieg reform na Ukrainie? Z czego wynikają ich opóźnienia?
Moim subiektywnym zdaniem głównym problemem opóźnień reform na Ukrainie jest fakt funkcjonowania oligarchów, którzy mają swoje wpływy na różnych poziomach, także na deputowanych Rady Najwyższej i na inne organy państwa. Właśnie dlatego nie ma takiego postępu, jakiego oczekiwalibyśmy. Reformy przeciągają się także dlatego, że nie ma jak dotąd wyraźnej odpowiedzi na pytanie w jakim kierunku powinien zmierzać kraj – i mówię tutaj o szczeblu państwowym, władz centralnych. Przytacza się czasem przykład Polski: w Polsce, niezależnie od tego kto był przy władzy, każda partia zgadzała się co do tego, że głównym wektorem polityki zagranicznej powinna być integracja z Unią Europejską. Ukraina jeszcze nie ma tak jasno określonego i zaakceptowanego przez wszystkich wektora rozwoju i nie odpowiedziała przekonywująco na takie pytania o zasadniczym znaczeniu. Ta sytuacja ma swój wpływ na funkcjonowanie całości struktur państwowych i bez jej zmiany trudno oczekiwać rezultatów.
Kijów, 22 października, UNN. Przedstawiciele misji monitorującej OBWE poinformowali o walkach, jakie toczą się pomiędzy bojownikami na terytorium kontrolowanym przez DNR.
Przypadki ostrzałów oraz wybuchy (łącznie 28 detonacji) zaobserwowano w odległości kilku kilometrów od siedziby misji, która znajduje się na dworcu kolejowym w Doniecku. Według dostępnych informacji są ranni i zabici wśród bojowników.
Kijów, 22 października, UNN. Centrum prasowe ATO poinformowało, że strona ukraińska wycofała wszystkie czołgi z 15-km strefy wzdłuż linii rozgraniczenia w Donbasie.
O wycofaniu swoich czołgów poinformowali także prorosysjcy separatyści.
Na najbliższe dni planowane są inspekcje obserwatorów OBWE, które mają wycofać fakt wycofania czołgów i artylerii. W ciągu kilku kolejnych dni ma zostać wycofana także artyleria o kalibrze do 100mm.
Kijów, 22 października, UNN. W obwodzie donieckim funkcjonariusze SBU zlokalizowali i zlikwidowali skrytkę z materiałami wybuchowymi, które miały zostać użyte do zamachów w czasie wyborów do władz lokalnych.
Skonfiskowano łącznie 20 kg trotylu oraz detonatory i inny sprzęt niezbędny do produkcji bomb.
Ołeksandr Czernenko wciąż używa słowa „My”, mając na myśli Komitet Wyborców Ukrainy. Z tą organizacją społeczną, która zajmuje się obserwacją wyborów, Aleksander związany jest już ponad 15 lat. Na jej czele stał od 2009 roku, będąc wcześniej jej rzecznikiem.
W zeszłym roku bezpartyjny Czernenko został deputowanym ludowym z listy Bloku Petra Poroszenki. Oświadczył następnie, że przyszedł do parlamentu przede wszystkim po to, aby reformować prawo wyborcze. Teraz 39-letni członek Komitetu Rady Najwyższej ds. polityki prawnej i sprawiedliwości pracuje w ścisłym kontakcie zarówno z Komitetem Wyborców Ukrainy, jak i innymi strukturami o tym samym profilu.
Wywiad z Ołeksandrem pozwala tym samym upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i uzyskać odpowiedzi na większą liczbę pytań, niż w przypadku tylko polityka lub eksperta. Z drugiej strony warto pamiętać, że Czernenko nie może być już uważany za bezstronnego eksperta. Sprawowanie funkcji polityka może wpływać na jego ocenę sytuacji przedwyborczej na Ukrainie.
„Wyniki nadchodzących wyborów mogą zniechęcić niektóre partie do działania na rzecz rozwiązania parlamentu”
Zacznijmy od pytania ogólnego. Czym różnią się nadchodzące wybory lokalne od poprzednich?
Po pierwsze, mamy przede wszystkim do czynienia z nową ustawą o wyborach, która nie jest podobna do żadnych poprzednich. Póki co nie jest to zbyt widoczne jeśli chodzi o kampanie wyborcze poszczególnych kandydatów. Innowacje pojawiają się dopiero w przypadku podliczania wyników oraz ustalania rezultatów wyborów. Właśnie wtedy będzie dużo niespodzianek. Dla przykładu ustawa przewiduje taką możliwość, że zwycięzca w określonym okręgu w ogóle nie znajdzie się w składzie rady lokalnej.
Druga cecha tych wyborów to dosyć krótka kampania wyborcza. Jej aktywna faza rozpoczęła się dopiero w ostatnim miesiącu, czyli kandydaci opierają się głównie na agresywnych strategiach krótkoterminowych.
Po trzecie, jeśli w pewien sposób uogólnić opinie obserwatorów na temat charakteru bieżącej kampanii, to jest ona bez treści. W rzeczywistości to kampania wyborcza nie do władzy municypalnej, a na skalę ogólnonarodową. Dotyczy to również haseł, które proponują poszczególne siły polityczne. Reklama polityczna pojawia się na kanałach centralnych, chociaż wybory są lokalne. Mniej mówi się o problematyce lokalnej, więcej – o ogólnonarodowych trendach. Wszyscy spodziewają się, że przyniesie to partiom sukces.
Dlaczego stosunek do wyborów lokalnych jest taki sam jak do wyborów ogólnonarodowych? Dlaczego wykorzystuje się takie hasła jak „wojsko zawodowe”, „odzyskamy pokój”, „oddziały bojowe zamiast generałów parkietowych”, chociaż nie zależy to od władzy municypalnej?
Większość sił politycznych, które dziś między sobą konkurują, są albo nowe, albo jak dotychczas nie były reprezentowane we władzach lokalnych. Nie wszystkie partie znają też chyba problematykę lokalną, specyfikę samorządów lokalnych, dlatego też wolą wykorzystywać hasła populistyczne. Jednocześnie warto podkreślić, że wśród wyborców istnieje zapotrzebowanie na takie treści. Na Ukrainie na porządku dziennym jest wiele wewnętrznych i ogólnopolitycznych problemów, które zastępują problemy codziennego życia i sprawy lokalne.
Czy można powiedzieć, że ta kampania to niejako próba sił przed przyspieszonymi wyborami parlamentarnymi?
Wielu tak uważa. Ale to ma miejsce podczas każdej kadencji parlamentu – partie, którym jest to na rękę, zaczynają mówić o potrzebie rozwiązania Rady Najwyższej.
Powiedziałbym, że w zależności od rezultatów uzyskanych przez poszczególne partie będzie zależało, czy nadal będą one poruszać temat przedwczesnych wyborów parlamentarnych. Jeżeli określone siły polityczne odczują poparcie ze strony wyborców podczas wyborów lokalnych, aktywniej zaczną promować ideę ponownych wyborów do Rady Najwyższej, aby uzyskać jak największą reprezentację w parlamencie.
Jednocześnie, dla niektórych partii rezultaty tych wyborów mogą oznaczać zimny prysznic. Takie partie trochę ochłoną jeśli chodzi o przedwczesne wybory do Rady Najwyższej. To może dotyczyć m.in. Samopomocy, Batkiwszczyny, Partii Radykalnej i Ukropu.
Nawet w przypadku odniesionego sukcesu na ich miejscu nie cieszyłbym się tą iluzją. Specyfika wyborów lokalnych jest taka, że marka partyjna może uzyskać wysokie poparcie na podstawie rezultatów sondaży, jednak w rzeczywistości wynik uzależniony jest od kandydatów, których te partie wystawią w wyścigu do lokalnych organów władzy. Tutaj może dojść do niezgodności.
Powiedzmy, że dana partia ma spore poparcie, ale wysunęła słabych kandydatów do rady miejskiej czy rady obwodowej. Jej rezultat będzie słabszy w porównaniu z poparciem, jakie uzyskała abstrakcyjna marka polityczna.
Może być też odwrotnie. Lepszy wynik może otrzymać partia Nasz Kraj, która pojawiła się dopiero kilka miesięcy temu i jest jeszcze mało znana, ale w określonych okręgach postawiła na aktualnych merów, znanych gospodarzy miast.
Czy jest w ogóle jakikolwiek sens, aby tworzyć ogólnoukraiński ranking partii politycznych na podstawie nadchodzących wyborów lokalnych? W niektórych obwodach i miastach są partie, które nie zamierzają poszerzać swoich wpływów na sąsiednie terytoria.
Oczywiście niezwykle trudno będzie zmierzyć średni wynik poszczególnych ugrupowań. W Charkowie partia Odrodzenie, na czele której stoi obecny mer miasta Hennadij Kernes, w wyborach lokalnych w dniu 25 października może uzyskać nawet 40% głosów. Analogicznie, dzięki pracy radnych w Czerkasach dużą popularność ma Partia Wolnych Demokratów, a we Lwowie Samopomoc. W swoich regionach bazowych te siły polityczne będą miały zupełnie inny rezultat niż w pozostałych, dlatego też nie da się w ten sposób wyliczyć poparcia w skali całego państwa.
„Komisje wyborcze dopiero za dziesiątym razem są w stanie zrozumieć, jak należy liczyć głosy według nowej ustawy wyborczej”
Jak wygląda nowa ustawa o wyborach? Nie głosował Pan za jej przyjęciem, ale ona obowiązuje i określa reguły gry.
Obecnie możemy zauważyć już wiele sprzeczności technicznych i niespójności, które znalazły się w tej ustawie poprzez pośpiech Rady Najwyższej. Dotyczy to m.in. kwoty gender, możliwości łączenia startu do różnych rad, itd. Widzimy, że ustawa od strony technicznej jest niedopracowana. Ostateczną ocenę można będzie jednak dokonać dopiero po podliczeniu głosów. Zobaczymy, na ile skuteczne będzie rankingowanie kandydatów. Dzień głosowania oraz podliczenie wyników będzie sprawdzianem jakości tej ustawy.
Czy komisje wyborcze są przygotowane do podliczenia wyników wyborów według nowego systemu?
Jest z tym dość duży kłopot. Gdy prowadzimy szkolenia dla członków komisji wyborczej, zauważamy, że dopiero za dziesiątym razem zaczynają oni rozumieć w jaki sposób należy podliczać wyniki wyborów. Już teraz możemy śmiało prognozować, że podczas liczenia głosów będziemy mieć wiele problemów.
Niedociągnięcia techniczne można jednak naprawić. Tymczasem podliczenie rezultatów wyborów pokaże czy w ogóle nowy system wyborczy jest uzasadniony. Czy odpowiada on naszym oczekiwaniom co do otwartych list, demokracji wewnątrzpartyjnej, itd. Obawiam się, że jak na razie ta odpowiedź brzmi – nie.
Na czym polega charakter nowego systemu wyborczego. Jak ludzie będą głosować? Jak wpływa to na przebieg kampanii wyborczej?
Rezultat partii będzie sumą rezultatów uzyskanych przez kandydatów większościowych tej partii w danych okręgach wyborczych. Następnie, gdy będzie wiadomo, ile mandatów otrzyma partia, nastąpi procedura ich podziału. Który z kandydatów partyjnych uzyska w swoim okręgu najwięcej głosów, wyrażonych w procentach, ten będzie miał pierwszeństwo w wejściu do składu lokalnej rady.
Z założenia listy mają wzmacniać konkurencję pomiędzy kandydatami tej samej partii. Dzięki temu powstaje tzw. wewnątrzpartyjny ranking. Z jednej strony przewidziany przez nas system na to pozwala. Z drugiej strony jego wadą jest, że kandydaci z jednej partii konkurują między sobą w różnych okręgach.
W rezultacie zadaniem kandydata jest nie tyle uzyskać dobry rezultat, co otrzymać większy odsetek głosów niż inny kandydat z jego partii w sąsiednim okręgu wyborczym. Mówi się, że w niektórych przypadkach kandydaci jednej partii umawiają się z przedstawicielami innej partii w innym okręgu wyborczym, aby ci działali na rzecz mniejszego wyniku wyborczego jego partyjnego kolegi.
Całkiem możliwa jest opcja, w której kandydat zbierze najwięcej głosów w okręgu, ale jego partia nie pokona 5-procentowego progu wyborczego, a tym samym nie wejdzie on do lokalnej rady, co po podliczeniu głosów może wywołać nieporozumienia, sprzeczności i skandale.
Dlatego też trzeba klarownie wytłumaczyć to wszystko wyborcom. Widzimy jednak, że poważna kampania edukacyjna nie jest w tym zakresie prowadzona. Wiele ludzi biorąc udział w wyborach nie będzie rozumieć jak należy głosować i w jaki sposób będą podliczone wyniki wyborów.
Wyjaśnijmy tę sprawę. Wyborca otrzymuje jedną kartę do głosowania w wyborach do rady miejskiej. Na tej karcie znajduje się wiersz z nazwą partii, pierwszym kandydatem całej listy partyjnej oraz kandydatem w konkretnym okręgu.
Zgadza się. Ale kandydata w ogóle w okręgu może nie być – będzie tylko sama partia oraz jej pierwszy na liście kandydat, który automatycznie zostanie deputowanym ludowym, jeżeli partia uzyska więcej niż 5%.
Przypomina głosowanie.
Dokładnie. Wyborca może mieć różne motywy, chcieć głosować na partię lub na osobę. W różnych okręgach będą różne przypadki.
Kampania jest krótka i możliwe, że nie wszyscy kandydaci zdążyli się zarekomendować. Wyborca zobaczy kartę do głosowania, na której wszystkie nazwiska będą dla niego nieznane. W takiej sytuacji będzie kierować się sympatią do partii. Możliwa jest też inna opcja – jeśli, dla przykładu, Iwan Iwanowicz wyasfaltował ulicę w danym okręgu i zareklamował się przed wyborcami, ci spojrzą nie niego nie przez pryzmat partii, a jego dokonań. W taki sposób poprą jego ugrupowanie.
„Pierwsze wybory bez komunistów, ale z jedną trzecią kobiet”
Kolejna cecha charakterystyczna tych wyborów – po raz pierwszy nie ma w nich partii komunistycznej.
Rzeczywiście, w tych wyborach lokalnych nie bierze udziału żadna partia „komunistyczna”. To skutek ustawy o dekomunizacji. Komunistyczna Partia Ukrainy widnieje jeszcze w rejestrze państwowym partii politycznych, ale nie dostała się na listę partii dopuszczonych do udziału w wyborach lokalnych, zatwierdzoną przez Centralną Komisję Wyborczą.
Ustawa o wyborach lokalnych po raz pierwszy przewiduje parytet płci – nie mniej niż 30% kandydatów. Jak w rzeczywistości działa ta norma prawa?
Nie wszystkie partie zastosowały się do tego przepisu prawa, i nie we wszystkich regionach. Jest tu jednak pewien niuans. W ustawie zapisano tę normę w części deklaratywnej, nie jako warunek obowiązkowy wystawienia oraz rejestracji kandydatów na wybory. Pojawiła się dyskusja – uważać tę normę za deklaratywną czy obowiązkową. Centralna Komisja Wyborcza wyjaśniła, że kwoty gender są wymogiem deklaratywnym.
Chociaż ten wymóg nie został przez wszystkich dotrzymany, to mimo wszystko partie starały się do niego zbliżyć. Już teraz można powiedzieć, że do władzy lokalnej jeszcze nigdy nie startowało tak wiele kobiet jak w tych wyborach. To znaczy, że założona przez nas norma zadziałała.
„Istnieje zagrożenie siłowych scenariuszy oraz problem z przekupywaniem wyborców”
Poprzednie wybory lokalne często były swego rodzaju poligonem doświadczalnym dla przeróżnych technologii przed wyborami ogólnonarodowymi – wystarczy wspomnieć Mukaczewo w 2004 roku. Czy jest możliwe wskazanie w nadchodzących wyborach takich problematycznych miejsc, gdzie temperatura rywalizacji jest wyższa niż w gdzie indziej?
Z zasady najbardziej gorące są wybory merów w centrach obwodowych liczących milion mieszkańców lub w innych dużych miastach, gdzie nie ma dokładnie określonego lidera. Nowa ustawa przewiduje możliwość wyboru mera w dwóch turach więc najostrzejszą walkę oraz najbardziej aktywne zastosowanie różnych technologii zobaczymy przed drugą turą wyborów.
„Gorące punkty” to dzisiaj zwłaszcza Dniepropietrowsk, (gdzie o fotel gospodarza miasta walczą deputowany Filatow z Ukropu i deputowany Wiłkuł z Bloku Opozycyjnego – przyp. polukr.net), Charków, Czernihów, Odessa, Kijów, Iwano-Frankiwsk.
Nawet na tle ostrej konkurencji nie ma jednak potrzeby mówienia o wyraźnych ekscesach, a tym bardziej o nowych technologiach. Wybory na Ukrainie odbywają się co roku i jest mało prawdopodobne, że można wymyślić jeszcze coś nowego.
Przypuszczam, że największe niebezpieczeństwo w nadchodzących wyborach to to siłowa interwencja w proces wyborczy. Kiedyś tituszki, dzisiaj jakieś bataliony. Widzieliśmy już takie scenariusze w niektórych okręgach większościowych podczas wyborów do Rady Najwyższej w 2014 roku, a także w tym roku w 205 okręgu w Czernihowie. Do krytycznego wskaźnika, czyli do zastosowania siły, na szczęście nie doszło – była tylko „gra mięśni”, „pobrzękiwanie bronią”. Niebezpieczeństwo siłowych starć w niektórych miejscach jednak występuje.
Jak Pan ocenia transparentność tych wyborów? Jaki jest poziom naruszeń i wykorzystania zasobów administracyjnych? Czy przekupstwa wyborcze to zjawisko masowe?
Jeżeli porównywać bieżącą kampanię wyborczą z tą za czasów Janukowycza (2010), to z pewnością mamy znaczący progres. Wtedy wykorzystywanie zasobów administracyjnych było na maksymalnie wysokim poziomie. W 2010 roku istniały wyraźne związki pomiędzy Prezydentem, lokalnymi administracjami państwowymi, policją, prokuraturą. Wszyscy działali na korzyść jednej siły politycznej (Partii Regionów). Tym razem nikt nie ma monopolu na wykorzystanie administracji.
Widzimy, że mer Kijowa startuje z ramienia jednej partii, mer Charkowa z ramienia innej partii, mer Lwowa z ramienia jeszcze innej partii, a mer Czernihowa kolejnej. Partia, którą reprezentuje Minister Spraw Wewnętrznych, w ogóle nie bierze natomiast udziału w wyborach.
Wykorzystanie zasobów administracyjnych przejawia się, ale na poziomie lokalnym. Nie ma takiej presji jak wcześniej. Główne zadanie to przeznaczenie pewnych środków z budżetu do dyspozycji wyborców, aby mogli oni realizować projekty obserwacji wyborów. Będzie to zasługą każdego z gospodarzy miast.
Widzimy to chociażby w Czernihowie i Kijowie.
Tak, są to najbardziej wyraźne przykłady. Chociaż w innych miejscach również zdarzają się takie przypadki.
Przekupstwo może być bezpośrednie i pośrednie. W pewnym miejscu wprost z budżetu państwa, w innym jako rozdawanie drobnych prezentów, np. osławionej kaszy gryczanej. Powiedziałbym, że to jest właśnie główny problem tych lokalnych wyborów.
Kasza gryczana jest już jednak coraz mniej powszechnym zjawiskiem niż chociażby podczas poprzednich wyborów parlamentarnych. Mniejsza jest też ranga mandatów. Ten problem dotyczy przede wszystkim dużych miast z dużymi zasobami.
„Wybory w Donbasie przebiegną spokojnie. Rezultat – bez iluzji”
Czy są podstawy, aby mówić o problemach z wyborami w Donbasie? Szefowie Donieckiej i Ługańskiej Administracji Wojskowo-Cywilnej opowiadali się za anulowaniem wyborów na całym obszarze ich obwodów, wskazując na zagrożenie aktami terrorystycznymi i dojście do władzy kandydatów antyukraińskich.
Nie dostrzegamy póki co nic nadzwyczajnego. Wygląda na to, że zagrożenie dla wyborów [na ukraińskich terytoriach Donbasu] zmniejszyło się. To zasługa w pewnej części deeskalacji sytuacji w strefie ATO w związku z procesami w Mińsku. Widzimy mniej-więcej spokojne kampanie wyborcze w ukraińskich miastach Donbasu.
Jeśli chodzi natomiast o rezultaty – owszem, żadnych iluzji nie ma. Przewaga Bloku Opozycyjnego jest znacząca, miejscami także Partii Odrodzenie i Nasz Kraj (do których należą przede wszystkim byli działacze Partii Regionów – przyp. polukr.net).
Możliwie, że sytuacja byłaby inna, gdyby wśród kandydatów w Donbasie istniała ostra konkurencja polityczna. Sytuacja jest stabilna, a zagrożenie dla bezpieczeństwa nie jest wysokie.
Nawet w takich warunkach wybory na Wschodzie są jednak powodem dla potencjalnych prowokacji. Warto pamiętać, że wybory na Ukrainie skupiają uwagę całego świata i żeby otrzymać jak największy rozgłos zainteresowane siły mogą wykorzystać okres wyborów do nowej destabilizacji.
„Przesiedleńców z Donbasu nie pozbawiono prawa do głosu, a terytoriów, gdzie mogą to prawo realizować”
Organizacje społeczne, m.in. Opora, a także niektórzy zagraniczni eksperci akcentują problem wymuszonych przesiedleńców z Donbasu. Zostali oni pozbawieni prawa do wyboru władzy lokalnej, nawet jeśli osiedlili się w innych miastach. Czy można było rozwiązać ten problem na poziomie ustawodawczym?
Problem jest trudny. Prostego rozwiązania nie ma. Po pierwsze, ja nie zgadzam się z opinią, że istnieje jakaś dyskryminacja przesiedleńców z powodów politycznych (np. że zagłosują oni nie na tych kandydatów, na których „trzeba”). Przesiedleńcy mają prawo do głosu w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Gdyby Rada chciała to prawo w jakiś sposób ograniczyć, zrobiłaby to w ramach ogólnokrajowej kampanii.
Po drugie, jaką statystyką posługiwać się, jeśli chodzi o miejsce zamieszkania przesiedleńców? Według oficjalnych danych służby migracyjnej oraz służby ochrony socjalnej zarejestrowanych jest prawie 1,5 miliona przesiedleńców. To oznacza, że te osoby znajdują się w bazie danych, wiele z nich otrzymuje państwowe renty, ale nikt nie może przecież powiedzieć jaka część tych ludzi realnie zamieszkuje w miejscach, gdzie zostali zarejestrowani.
Prosty przykład. Rejon Miłowski w Obwodzie Ługańskim. Organy ochrony socjalnej zarejestrowały tam 160% przesiedleńców w porównaniu z regularną ilością wyborców. Faktycznie więc na każde dziesięć osób, które tam na stałe mieszkają, przypada 16 zarejestrowanych przesiedleńców. Chodzi tymczasem przede wszystkim o tych ludzi, którzy tylko przyjeżdżają tam po rentę i inne świadczenia, a w rzeczywistości mieszkają na terytoriach okupowanych.
Jak oddzielić tych ludzi od osób, które przeprowadziły się na terytoria pod kontrolą Ukrainy i stały się członkami nowych wspólnot, płacą tam podatki, korzystają z usług komunalnych, a ich dzieci uczęszczają do szkół? Nie ma takiego mechanizmu.
Istnieją dwa podejścia. Pozwolić głosować w wyborach lokalnych wszystkim – i tym „realnym” przesiedleńcom, i „nominalnym”, którzy nie są członkami wspólnot terytorialnych. Albo nie pozwolić nikomu. Parlament postanowił pójść w innym kierunku, chociaż część ludzi ucierpiała na tym.
Może to nie najlepsze rozwiązanie, ale mniejsze zło gdy nie wszyscy członkowie wspólnot terytorialnych zagłosują, aniżeli gdybyśmy przyznali prawo głosu tym, którzy nie powinni go mieć.
Wokół tego problemu toczy się zacięta dyskusja. Moje stanowisko jest następujące: przesiedleńcom nie zabrano prawa do głosu – zabrano im terytoria, na których oni mogą to prawo głosu realizować. Musimy więc rozwiązać kwestię odzyskania okupowanych terytoriów.
Na początku października Fundacja imienia Stefana Batorego przeprowadziła w Warszawie interesującą dyskusję, poświęconą polityce bezpieczeństwa Ukrainy i Polski.
Przedstawione tam oceny i wypowiedzi wydają się być pomocne dla analizy stanu obustronnych stosunków i sytuacji politycznej w Europie w ogóle. Wydarzenie odbyło się na tle wzrostu liczby uchodźców w Europie. Czynnik ten jest bardzo wrażliwy dla UE, w której i bez tego nie ma jedności w stosunku do Rosji i Władimira Putina. Polacy zdążyli już pozbyć się związanych z przystąpieniem do NATO obaw w związku z ewentualną rosyjską agresją. Udało im się rozwiązać problemy europejskiej i euroatlantyckiej integracji podczas względnej słabości Rosji, a dziś polscy politycy i eksperci bardzo agresywnie udzielają ukraińskim przedstawicielom rady.
Istnieją dwa kluczowe punkty dla zrozumienia sytuacji: Ukraina w dużej mierze sama jest sobie winna, że straciła szanse, ale pozycja strony polskiej często wyraża się mentorskim tonem. Na początku lat 90-tych udało się przeprowadzić terapię szokową w gospodarce i znacznie zwiększyć swoje znaczenie polityczne po wejściu do Unii Europejskiej, Polska otrzymała wiele przywilejów. Jej konsekwentna linia wsparcia naszego kraju to świadectwo posiadania wizji strategicznej perspektywy obustronnej współpracy. Ale Kijów wydaje się Warszawie niezbyt otwartym na sugestie partnerem. Sytuację pogarsza przeciąganie „Wschodniego Partnerstwa” z powodu wewnątrzpolitycznego kryzysu w Mołdawii i intensywnych umizgów Azerbejdżanu do Kremla.
Polska elita nie do końca zrozumiała zachowanie ukraińskich parlamentarzystów, którzy w kwietniu tego roku przyjęli ustawę o dekomunizacji od razu po przemówieniu z trybuny Rady Najwyższej ówczesnego prezydenta Polski Bronisława Komorowskiego. W ustawie, jak wiadomo, wymieniono w pozytywnej tonacji UPA, która w Polsce jest postrzegana zupełnie inaczej. I podniesienie tematu „Rzezi Wołyńskiej” ma całkiem logiczne wyjaśnienie. Szereg polskich ekspertów uważa, że kwietniowy incydent w Radzie Najwyższej był jedną z przyczyn porażki Komorowskiego w wyścigu o fotel prezydencki. Warto przy tym zauważyć, że nowy szef RP, Andrzej Duda, na razie nie za bardzo spieszy się do wyciągania ręki do Ukrainy.
W partii „Prawo i Sprawiedliwość”, szykującej dziś pełnowymiarowy polityczny rewanż (25 października w Polsce odbędą się wybory parlamentarne), uważają Petra Poroszenkę za niepotrzebnie proniemieckiego polityka i nie rozumieją, dlaczego Polska nie została zaproszona w charakterze uczestnika negocjacji na temat uregulowania spraw w Donbasie. Przedstawiciele polskiej elity tymczasem dyskutują o tym, czy Ukraina wytrzyma rosyjski atak. Ich opinie w ważnych kwestiach (dostawa śmiercionośnej broni, pomoc gospodarcza dla naszego kraju) są różne. Uznają oni, że polscy wyborcy nie chcą zbliżenia ze strefą konfliktu. Ale z drugiej strony, to właśnie w Polsce i krajach bałtyckich ludzie najbardziej interesują się przejawami wojny hybrydowej – tam rozumieją, że ewentualna porażka Ukrainy przynosi właśnie im bezpośrednie i realne zagrożenie.
W historii ukraińsko-polskich stosunków jest sporo skomplikowanych stron, ale nie mogło być inaczej na „krwawych ziemiach”, jak nazwał amerykański historyk Timothy Snyder terytorium pomiędzy Morzem Bałtyckim i Morzem Czarnym. Dlatego formuła „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie” w obecnej sytuacji wygląda wyjątkowo.
Naiwne jest zaprzeczanie, że w Europie czuje się zmęczenie ukraińskimi problemami i brakiem doświadczenia praktycznej integracji tak dużego i do tej pory niereformowanego państwa. Jako adwokat Ukrainy i jej przewodnik Polska otrzyma wiele bonusów, które mogą wzmocnić jej wpływy polityczne w Unii Europejskiej. Tym, którzy wątpią w celowość partnerstwa strategicznego Kijowa i Warszawy, warto zwrócić uwagę na brak Ukrainy na mapie politycznej Europy i perspektywy dla Polski w tym kontekście. Trzeba pamiętać, że z Polską sympatyzuje 58% Ukraińców, co pozwala budować obustronne stosunki na solidnym fundamencie.
Jewhen Magda – Centrum Stosunków Społecznych, Kijów