Jest już oczywiste, że apetyty Kremla nie ograniczają się do Ukrainy czy Gruzji. Logika sugeruje, że następna może być formalnie neutralna Mołdawia, w której praktycznie nie ma zdolnych do obrony sił zbrojnych. Ponadto atak Rosji na Ukrainę i wniosek Mołdawii o członkostwo w UE zaogniły separatystyczne aspiracje Tyraspola, oparte na rosyjskim kontyngencie wojskowym w regionie. Następnym celem może być Gruzja. Ogarnięta strachem elita gruzińska stara się nie drażnić Moskwy, ale bez wsparcia z zewnątrz niewiele im to pomoże. W przeciwieństwie do swoich przywódców, mieszkańcy Sakartvelo masowo sprzeciwiali się tchórzliwej polityce premiera Garibashvili i wspierali Ukrainę w jej sprawiedliwej walce. Z Azerbejdżanem jest trudniej, bo opiera się on na sojuszu militarnym z Turcją, ale i tutaj nie wyklucza się całkowicie prób Kremla.

Region Morza Bałtyckiego, gdzie właściwie zaczyna się Zachód, może stać się kolejnym miejscem ekspansji Rosji. Rosyjscy politycy, w szczególności Władimir Żyrinowski, wielokrotnie grozili i odmawiali państwom bałtyckim prawa do samodzielnego istnienia. Litwa, Łotwa i Estonia są formalnie chronione przez art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego NATO oraz stacjonujące tam kontyngenty wojskowe sojuszników. Jednak niezdecydowanie Sojuszu, zwłaszcza w kwestii pomocy Ukrainie w zamknięciu jej przestrzeni powietrznej, może poddawać w wątpliwość gotowość państw członkowskich do pełnego wypełniania zobowiązań NATO. Nie można ignorować groźby Rosji wobec Szwecji i Finlandii w przypadku zrzeczenia się przez te ostatnie statusu neutralnego i przystąpienia do Sojuszu.

Nie można też lekceważyć ultimatum przywództwa Rosji na Zachodzie, aby de facto anulować rozszerzenie NATO w 1997 roku. W rzeczywistości mówimy o przywróceniu rosyjsko-sowieckiej strefy wpływów podczas zimnej wojny. Zachód próbuje odpowiedzieć na zagrożenia Kremla: państwa członkowskie zwiększają budżety obronne, powiększają liczebność Sił Zbrojnych i Obrony Terytorialnej oraz przenoszą dodatkowe zasoby wojskowe na wschodnią flankę NATO. Najważniejsze jest to, aby Sojusz zademonstrował gotowość do użycia siły w przypadku ataku, a nie ograniczał się do apeli i wyrazów „głębokiej troski”.

Przyszłość jest w naszych rękach. Nieurzeczywistnienie się najgorszego scenariusza zależy w praktyce tylko od dwóch rzeczy: odporności i niezłomności narodu ukraińskiego oraz determinacji Zachodu, aby zastopować agresywny reżim Putina.

Prof. Serhij Feduniak – doktor habilitowany nauk politycznych, profesor na Wydziale Stosunków Międzynarodowych Czerniowieckiego Uniwersytetu Narodowego im. Jurija Fedkowycza w Czerniowcach (Ukraina), dyrektor ds. projektów strategicznych Centrum Narracji Politycznych Demokracji w Czerniowcach (Ukraina).

Tekst ukazał się na łamach portalu obserwatormiedzynarodowy.pl