czwartek, 9 Lipiec, 2020
pluken
Home / Komentarze i opinie / Ukraińska koalicja: stare choroby i chroniczna nieodpowiedzialność
12025662_745938258862022_991776985_o (1)

Ukraińska koalicja: stare choroby i chroniczna nieodpowiedzialność

Share Button
Fot. rada.gov.ua
Fot. rada.gov.ua

Głosowanie w Radzie Najwyższej w sprawie dymisji wicepremiera Wałerija Woszczewskiego (15 września), który dobrowolnie złożył podanie o rezygnację po tym, jak większość parlamentarną opuściła Partia Radykalna Ołeha Ljaszki, po raz kolejny każe postawić pytanie czy istnieje jeszcze de facto koalicja o hucznej nazwie „Europejska Ukraina”. Z trzech prób odwołania Woszczewskiego najbardziej udaną była ta, gdy na tablicy pojawiła się liczba 216 – tylko 10 głosów mniej, niż ilość potrzebna do podjęcia decyzji.

Ołeh Ljaszko pochwalił się, jak europejsko zachowuje się jego partia, odwołując ze stanowisk w rządzie i parlamencie swoich przedstawicieli po wyjściu z koalicji. Radykałowie nie głosowali jednak za odwołaniem Woszczewskiego. Ani jednego głosu „za” nie oddała także frakcja Ogólnoukraińskiego Zrzeszenia Batkiwszczyna. Mimo, że kolejna „zbuntowana” frakcja – Samopomoc – tym razem uczciwie naciskała na przyciski do głosowania, trzy nieudane próby dały powód do oświadczeń, że koalicja nie funkcjonuje.

By Rada Najwyższa działała efektywnie, władza powinna więc albo zgodzić się na przedwczesne wybory, albo na szeroką koalicję –  większość z udziałem frakcji Bloku Petra Poroszenki, Frontu Ludowego, byłych regionałów z Bloku Opozycyjnego itd.

Brak parlamentarnej większości

Problem efektywności obecnej większości parlamentarnej istnieje od samego początku jej zawiązania. Gdy 27 listopada 2014r. w Radzie Najwyższej prawnie zalegalizowano „Europejską Ukrainę”, w jej skład weszło pięć ugrupowań: Blok Petra Poroszenki, Front Ludowy, Samopomoc, Batkiwszczyna i Partia Radykalna – łącznie 302 głosy, czyli większość konstytucyjna, wystarczającą nawet do zmiany ustawy zasadniczej. Już wówczas było jednak zrozumiałe, że na jedność koalicji nie warto liczyć.

„Frakcje wchodzące w skład koalicji są bardzo różne. Trzeba uczciwie powiedzieć, że z pięciu ugrupowań zawsze znajdzie się jedno, które zajmuje szczególną pozycję. Ale łączna liczba głosów daje możliwość tej lub innej frakcji aby wstrzymać się od głosowania. Taki wizerunek łodzi, gdzie czterech wiosłuje, a piąty strajkuje” – opisał parlamentarną większość wiosną tego roku szef frakcji Bloku Petra Poroszenki – Jurij Łucenko, który był pierwszym koordynatorem koalicji. Zdarzało się, że „strajkowały” nawet dwie frakcje. Jedną z nich była prawie zawsze Partia Radykalna Ljaszki. Towarzystwa dotrzymywały jej Samopomoc lub Batkiwszczyna, czasami także nie udawało się zebrać razem poszczególnych skrzydeł Bloku Petra Poroszenki lub Frontu Ludowego.

2 marca, podczas głosowania w sprawie pakietu ustaw niezbędnych do otrzymania kredytu od Międzynarodowego Funduszu Walutowego (uchwalone dopiero za piątym razem), frakcja Ljaszki blokowała trybunę domagając się dymisji szefowej Narodowego Banku Ukrainy – Wałerii Hontariewej. Przeciw wystąpiła też partia Julii Tymoszenko, ponieważ ustawy przewidywały zmniejszenie wypłat socjalnych oraz emerytur. Z kolei 2 lipca radykałowie demonstracyjnie opuścili salę sesyjną razem z Samopomocą na znak protestu przeciw uchwaleniu zmian do ustawy o prokuraturze.

„Na dzień dzisiejszy koalicja nie istnieje. Jest koalicja z Blokiem Opozycyjnym, jest koalicja z innymi odłamami Partii Regionów, – oświadczył wówczas przedstawiciel „Samopomocy – Jegor Soboliew. Z drugiej strony zastępca przewodniczącego Rady Najwyższej – Oksana Syroid – która została wybrana na deputowanego z listy Samopomocy, zapewniła dziennikarzy, że frakcja z szeregów koalicji wychodzić nie zamierza. To właśnie Syroid z czasem stała się jednym z największych krytyków reformy konstytucyjnej, która formalnie doprowadziła do wyjścia z koalicji Partii Radykalnej. Samopomoc wykluczyła następnie ze swoich szeregów pięciu deputowanych, którzy wbrew decyzji partii poparli zmiany do konstytucji razem z Blokiem Petra Poroszenki, Frontem Ludowym oraz Blokiem Opozycyjnym. Partia pozostaje wciąż w składzie koalicji, tylko czy na długo?

Wymogi przedwyborcze „chwiejnych koalicjantów”

Na posiedzeniu rady koordynacyjnej w Radzie Najwyższej Ukrainy 14 września br. przewodniczący frakcji parlamentarnej Samopomocy, Ołeh Bereziuk, przedstawił szereg wymogów, po spełnieniu których ugrupowanie nie przejdzie do opozycji. Przedstawiciele partii mera Lwowa, Andrija Sadowego, domagają się zmian kadrowych w Prokuraturze Generalnej, Sztabie Generalnym, Ministerstwie Obrony i Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, a także natychmiastowego przekazania służby celnej pod wspólne zarządzanie brytyjskich lub szwajcarskich spółek, wymiany kadr w sądach wyższych i sądach apelacyjnych oraz przeliczenia opłat komunalnych.

Zwłaszcza opłaty komunalne to gorący temat, który może ostatecznie pogrążyć koalicję. Przed wyborami lokalnymi, kiedy porozumienia nie znaczą nic, a partyjne notowania wszystko, pozyskać wyborców jest znacznie łatwiej poprzez krytykę rządu niż przebywanie w pobliżu rządu lub prezydenta. Bardzo trudno wytłumaczyć zubożałym mieszkańcom konieczność wprowadzenia w kraju rynkowego systemu użytkowania i opłat za nośniki energii – łatwo z kolei oświadczyć, że opłaty za gaz muszą być mniejsze, niż ustalone przez działający na niekorzyść narodu rząd.

Ugrupowanie byłej „gazowej księżniczki”, Julii Tymoszenko, właśnie potrzebą natychmiastowego uregulowania kwestii zawyżonych opłat za gaz tłumaczy swój sprzeciw w sprawie dymisji wicepremiera Woszczewskiego, a także w ogóle w sprawie jakichkolwiek innych punktów porządku dziennego. Taktyka Tymoszenko jest zrozumiała. Po długim upadku Batkiwszczyna znów notuje wzrost poparcia, korzystając z mniejszego zaufania wyborców do Prezydenta, Premiera i ich poszczególnych partii. W takich warunkach przedwczesne wybory to właśnie to, czego trzeba Tymoszenko dla powiększenia swojej reprezentacji w szeregach władzy. Jeśli koalicja nagle zgodzi się na ustępstwa i zaakceptuje warunki Batkiwszczyny w sprawie obniżenia opłat komunalnych, Tymoszenko jednoznacznie zapisze to na konto swoich zasług i przekuje w głosy podczas wyborów lokalnych 25 października.

O „niezdolności rządu do kontrolowania sytuacji w sektorze energetyki” oświadczył nawet sam Wałerij Woszczewski, wzywając do odwołania całego Gabinetu Ministrów. Sam nie widział w tym nic dziwnego, dopóki jeszcze pracował w rządzie. Niemniej jednak jeśli głosowania w sprawie jego odwołania nadal będą kończyć się niepowodzeniem, Woszczewski ma szanse zostać opozycyjnym wicepremierem w rządzie koalicyjnym, z czego żartował przewodniczący Rady Najwyższej Wołodymyr Hrojsman.

W żart swoje przejęzyczenie obrócił też Ołeh Ljaszko, który z parlamentarnej trybuny stwierdził, że „Partia Radykalna przez dziewięć miesięcy sumiennie pracowała w opozycji”. Teraz przechodząc już oficjalnie w szeregi opozycji radykałowie razem z wciąż będącymi członkami koalicji Samopomocą i Batkiwszczyną obwiniają Bloku Petra Poroszenki i Frontu Ludowy o współpracę z byłymi regionałami.

Szerokie perspektywy i ich retroperspektywa

Dotychczas najbardziej znanym głosowaniem z zaangażowaniem deputowanych Bloku Opozycyjnego oraz innych imigrantów z szeregów Partii Regionów było rozpatrzenie zmian do konstytucji w części poświęconej decentralizacji. Są podstawy by uważać, że w zamian za udzielone wsparcie regionałowie „zdobyli” organizację wyborów lokalnych w szeregu miast i powiatów w Obwodach Donieckim i Ługańskim, gdzie wcześniej planowano pozostawić w mocy jedynie administracje wojskowo-cywilne, m.in. w Mariupolu, gdzie jeden ze sponsorów Partii Regionów – Rinat Achmetow – posiada wielkie przedsiębiorstwa przemysłowe (wśród nich kombinat metalurgiczny im. Lenina) i jest zainteresowany kontrolowaniem władzy miejskiej.

Domagając się „pilnego ponownego rozpatrzenia wysokości opłat komunalnych”, a jednocześnie sprzeciwiając się realizacji tego populistycznego postulatu (a przecież będą jeszcze inne), wewnętrzna opozycja sama popycha trzon koalicji w kierunku poszukiwania nowych głosów poza jej szeregami, czyli w tych środowiskach, które po Rewolucji Godności miały haniebnie znaleźć się na marginesie historii. W podobnej sytuacji znaleźli się w przeszłości zwycięzcy Pomarańczowej Rewolucji. W wyniku konfliktu pomiędzy Blokiem Julii Tymoszenko i Naszą Ukrainą najpierw zapomniano o zagrożeniu rewanżem ze strony pokonanych „niebieskich”, a potem podsycano sytuację, angażując wczorajszych oponentów do walki z wczorajszymi sojusznikami.

Bezpośrednio tyczy się to znów Julii Tymoszenko, która obwinia duet Poroszenko-Jaceniuk o uzurpację władzy. W okresie swojej drugiej kadencji na stanowisku premiera w latach 2007-2010 Tymoszenko nie gardziła jednak uzgodnieniami z regionałami i ich satelitami. Znaleziony po ucieczce Janukowycza w rezydencji w Międzygórzu projekt porozumienia na temat podziału władzy pomiędzy Blokiem Tymoszenko i Partią Regionów na najbliższe 20 lat, przygotowany przed wyborami prezydenckimi w 2009r., już w pełni szokuje cynicznością.

Warto przypomnieć: po tym, jak koalicja sił demokratycznych w Radzie Najwyższej w grudniu 2007r. powołała Tymoszenko na stanowisko premiera minimalną możliwą ilością głosów (226), większość parlamentarna Naszej Ukrainy i Bloku Julii Tymoszenko istniała tylko na papierze. W praktyce dla realizacji interesów rządu Tymoszenko angażowała przedstawicieli innych frakcji, m.in. właśnie regionałów, a zwłaszcza komunistów, którzy oddawali niezbędne głosy na rzecz uchwalenia budżetu państwowego, chociaż nie oddali żadnego głosu w sprawie wotum nieufności dla Gabinetu Ministrów.

Krążyły pogłoski, że za każde „głosowanie” Partii Komunistycznej odwdzięczano się kwotami z dużą ilości zer – nie na darmo frakcję komunistów nazywano posiadaczem „złotej akcji” w ukraińskim parlamencie. Wiadome jest, że przedstawicielom Komunistycznej Partii Ukrainy i Bloku Litwina rozdawano wówczas hojnie stanowiska we władze wykonawczej oraz innych strukturach państwowych. Sam Ołeh Ljaszko, który wtedy był członkiem Bloku Tymoszenko, przyznał, że „żeby zachować rząd, trzeba było używać wszystkich środków”. Dzisiaj głosowanie, a dokładniej sprzeciw Partii Radykalnej oraz Batkiwszczyny stawia ich również po stronie regionałów.

„Jesteśmy świadkami stworzenia w Radzie Najwyższej szerokiej opozycji” –  powiedział przewodniczący frakcji Bloku Petra Poroszenki, Jurij Łucenko, po niepowodzeniach w sprawie dymisji wicepremiera z Partii Radykalnej. Łucenko zapewnił wówczas: „Panowie oligarchowie, nie uda się wam rozwiązać Rady Najwyższej. Parlament będzie pracował – z Woszczewskim i bez Woszczewskiego, z radykałami i bez radykałów – będzie pracował dla Ukrainy!”.

Szefowie Bloku Petra Poroszenki i Frontu Ludowego zmartwieni są nie na żarty dysfunkcjonalnością koalicji oraz żądaniami wczorajszych sojuszników, by ogłosić przedwczesne wybory, których chciałby także Blok Opozycyjny oraz inni eks-regionałowie. Chodzi nie tylko o wyjście z koalicji Partii Radykalnej Ljaszki oraz zagrożenie wyłamaniem się Batkiwszczyny i Samopomocy. Pęknięcie pojawiło się też wewnątrz Frontu Ludowego, do którego należy grupa sympatyków Ihora Kołomojskiego, właściciela grupy „Prywat”. Krążą pogłoski o zbliżeniu Kołomojskiego z Arsenijem Jaceniukiem wobec pewnych konfliktów biznesowych z ludźmi Prezydenta. Zdaniem politologa Serhija Tarana to właśnie Kołomojski najaktywniej wśród wszystkich byłych zwolenników władzy destabilizuje sytuację na Ukrainie, dążąc do przedwczesnych wyborów. Oprócz środków parlamentarnych możliwe jest zastosowanie pewnej „dźwigni” poza parlamentem – z zaangażowaniem sił prawicowo-radykalnych, paramilitarnych i innych adeptów „trzeciego majdanu”. Strzały i wybuchy już widzieliśmy – czy to w Mukaczewie, czy 31 sierpnia pod Radą Najwyższą.

Władza, aby zachować w parlamencie konieczną większość, prowadzi intensywne prace na rzecz zbliżenia z wczorajszymi regionałami – grupami „Odrodzenie” oraz „Wola Narodu”. Zachęca też do współpracy niektórych członków „chwiejnych frakcji” (dlatego Samopomoc wykluczyła ze swojej partii aż pięciu deputowanych) i przeciąga na swoją stronę deputowanych z frakcji Ljaszki.

Na rezultat tych działań nie trzeba było długo czekać: deputowany Partii Radykalnej i były dowódca batalionu „Ługańsk-1” Artem Witko oświadczył, że nie będzie wychodził z koalicji parlamentarnej i skrytykował własną frakcję za opozycyjne zachowanie. Ołeh Ljaszko nazwał następnie Witkę „tuszą, która sprzedała się dla pieniędzy” i obwinił Prezydenta o przeciąganie na swoją stronę deputowanych. Według informacji niektórych środków masowego przekazu głosować razem z koalicją zamierzają także inni członkowie Partii Radykalnej: Andrij Artemenko, Złata Ogniewicz, Ihor Popow, Olena Koszeliewa i Denis Sylantiew.

Można tym samym przypuszczać, że zachowana zostanie większość w Radzie Najwyższej i przedwczesnych wyborów nie będzie.

Dyscyplina to podstawa

Na różnych sposobach łapówkarstwa i pacyfikacji deputowanych ludowych większość w Radzie Najwyższej utrzymywała się także za czasów Janukowycza. Nie mówi to dobrze o obecnej władzy, wybranej już po Rewolucji Godności. Dlatego też jej notowania zmierzają w podobnym kierunku jak notowania poprzedniej władzy.

Tak naprawdę istnieje możliwość efektywnej pracy w parlamencie, nie tylko bez Partii Radykalnej Partii, ale również bez 19 deputowanych Batkiwszczyny. Nawet przy takim rozkładzie większość parlamentarna będzie liczyć ponad 250 głosów, wystarczająco, aby podejmować wiążące decyzje. Aby tak się stało, deputowani ludowi powinni sumiennie wykonywać swoje obowiązki i stawiać się na posiedzenia plenarne parlamentu. Tymczasem w decydujących momentach przy większości nazwisk pojawia się symbol „nieobecny”. W niewiele lepszym przypadku deputowany wpisał się na listę obecności, ale błąka się po korytarzach i bufetach zamiast głosować w Radzie Najwyższej.

Podczas najbardziej „licznego” głosowania w sprawie dymisji Woszczewskiego nieobecnych było 22 deputowanych Bloku Petra Poroszenki, kolejnych 13 nie głosowało. Spośród deputowanych Frontu Ludowego odpowiednio 10 i 4 osoby. Nieobecnych było też dwóch deputowanych Samopomocy. Pięćdziesięciu deputowanych poza swoim miejscem pracy – czy to aby nie za dużo dla koalicji, która niesie ciężar odpowiedzialności za przetrwanie kraju w czasie wojny i kryzysu, która odpowiada za uchwalenie pilnych reform?

Rzecz jasna w poprzednich kadencjach Rady Najwyższej bywało podobnie, ale wystarczyło, aby „dyrygent” Czeczetow dał znak i na tablicy pojawiało się nawet więcej niż wymagane 226 głosów. Wyjaśnienie jest oczywiście proste – parlamentarni „pianiści” głosowali wówczas za swoich trzech-czterech sąsiadów, co zapewniało pozytywny wynik przy nieobecności prawie połowy parlamentarnej koalicji. Po zmianie władzy z tej haniebnej praktyki w końcu zrezygnowano. Teraz obecność każdego deputowanego jest więc nie tylko obowiązkiem, ale również istotnym czynnikiem wpływającym na skuteczność prac parlamentu.

Niestety widzimy obraz wielkiej nieodpowiedzialności. Kolejny raz upewniamy się także, że w ukraińskich realiach demokracja zwykle oznacza brak kontroli.

Dmytro Lychowij

Tłumaczenie: Nataliia Sokolova

Share Button

Czytaj również

Fot. obserwatormiedzynarodowy.pl

Stanisław Żelichowski: geopolityczny wymiar regionu bałtycko-czarnomorskiego – perspektywa Kijowa

Od dawnych czasów potencjał tranzytowy regionu bałtycko-czarnomorskiego, którego Ukraina i Polska stanowią integralną część, był …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.