wtorek, 19 Listopad, 2019
pluken
Home / Komentarze i opinie / Debalcewe: wojny nie wygrywa się ewakuacjami, ale…
Fot. mil.in.ua
Fot. mil.in.ua

Debalcewe: wojny nie wygrywa się ewakuacjami, ale…

Share Button

Pierwsze porozumienie o rozejmie we wschodniej Ukrainie zostało podpisane w stolicy Białorusi we wrześniu 2014 roku po okresie ciężkich walk na przełomie sierpnia i września, które toczyły się m.in. pod Iłowajskiem z udziałem już nie tylko grup bojowników tzw. Republik ludowych, ale także regularnej armii rosyjskiej, która była zmuszona interweniować, aby nie doszło do totalnej klęski sił separatystów spychanych coraz bardziej w stronę granicy z Rosją przez jednostki ukraińskie prowadzące operację antyterrorystyczną (ATO). Porozumienie to, choć oficjalnie obowiązujące, nie doprowadziło do przerwania walk – było regularnie przerywane kolejnymi ostrzałami ze strony separatystów (zwykle 50-60 przypadków na dobę), i taka sytuacja trwała aż do połowy stycznia, gdy miała miejsca kolejna eskalacja konfliktu.

Tym razem obszarem o największym natężeniu walk stało się miasto Debalcewe, położone w pobliżu granicy obwodów donieckiego i ługańskiego, mające strategiczne znaczenie m.in. ze względu na biegnącą przez nie linię kolejową łączącą ze sobą Donieck i Ługańsk. Ponadto Debalcewe i jego okolice tworzyły bardzo charakterystyczny wyłom w pozycjach sił prorosyjskich separatystów, który wydawał się być łatwym do zamknięcia w okrążeniu i zlikwidowania. Świadomość tego zagrożenia miało jednak także ukraińskie dowództwo, które przewidując możliwość eskalacji konfliktu zadbało o odpowiednie wzmocnienie sił na tym odcinku.

Tak zwana „bitwa debalcewska”, trwająca ponad miesiąc niewątpliwie przejdzie do historii jako przykład skutecznego prowadzenia działań w obronie w wysoce niesprzyjających warunkach. Pozycje ukraińskie rozlokowane w samym mieście i kilku otaczających je miejscowościach, znajdowały się przez cały czas w zasięgu artylerii przeciwnika, a co więcej z resztą Ukrainy łączyła je tylko jedna główna droga Debalcewe-Artemiwsk. Ukraińskie dowództwo wyciągnęło wnioski z działań, jakie miały miejsce w okresie walk pod Iłowajskiem i dzięki nadrobieniu zaległości w kilku istotnych obszarach możliwe było odpieranie kolejnych ataków na pozycje pod Debalcewem. Z obserwacji prowadzonych przez kilka tygodni działań można wysnuć wnioski o znacznie lepszym dowodzeniu i manewrowaniu dostępnymi siłami oraz o poprawie komunikacji pomiędzy jednostkami armii regularnej i batalionami ochotniczymi (choć w tym obszarze nadal pozostaje sporo do zrobienia, na co wielokrotnie uwagę zwracali żołnierze i dowódcy, w tym m.in. d-ca batalionu Donbas Semen Semenczenko). Można mówić również o poprawie koordynacji działań na poziomie operacyjnym – dla przykładu: tuż przed rozmowami w Mińsku, w okresie największego natężenia walk pod Debalcewem, działania ofensywne rozpoczęte pod Mariupolem przez pułk Azow zmusiły przeciwnika do wycofania części sił na południe, co pozwoliło odciążyć broniące się na północy oddziały. Znaczna poprawa nastąpiła również jeśli idzie o rozpoznanie, w tym najpewniej z wykorzystaniem samolotów bezzałogowych oraz grup specjalnych do korygowania ognia artylerii. Najprawdopodobniej to właśnie między innymi z tego czynnika wynikała skuteczność ognia artyleryjskiego po stronie ukraińskiej – prowadzone regularnie i z wielką precyzją ostrzały rejonów koncentracji i składów amunicji przeciwnika uniemożliwiły zebranie sił do większych natarć oraz pomogły w odparciu tych, które udało się przeprowadzić separatystom i oddziałom rosyjskim.

Porażka wojskowa separatystów (tj. faktycznie Federacji Rosyjskiej) w głównej fazie bitwy o Debalcewo trwającej od połowy stycznia do 15 lutego była jednym z kluczowych czynników, jakie miały wpływ na przebieg rozmów w Mińsku. Strona ukraińska mogła przystąpić do rokowań na o wiele lepszej pozycji wyjściowej niż w przypadku, gdyby Debalcewe zostało zajęte lub chociażby skutecznie okrążone przez bojowników. Przedłużanie konfliktu wobec rosnących strat stało się uciążliwe także dla Moskwy, która zaczęła poszukiwać rozwiązania pozwalającego na przynajmniej czasowe zamrożenie walk, rzecz jasna na jak najbardziej korzystnych dla siebie warunkach.

Jak wiadomo, wynikiem rozmów w Mińsku było porozumienie, które miało wejść w życiu 15 lutego o północy. Tak się jednak nie stało i pomimo wstrzymania ognia przez siły ukraińskie nadal trwał ostrzał pozycji sił ATO w Debalcewie i okolicach. Pomimo tego, ukraińskie kierownictwo podjęło decyzję o nieodpowiadaniu na te działania i utrzymywaniu „reżimu ciszy” de facto jednostronnie, wybierając potencjalne korzyści polityczne w postaci zdyskredytowania zarówno Rosji jak i separatystów w oczach światowej opinii publicznej w zamian za konieczność opuszczenia Debalcewa. Od 15 lutego kluczowy czynnik w obronie, jakim był ogień ukraińskiej artylerii nie był stosowany wobec obowiązujących zapisów porozumień z Mińska, co pozwoliło siłom rosyjskim na podejście w bezpośrednie sąsiedztwo miasta i pozycji jednostek ukraińskich.

W zaistniałej sytuacji jedynym logicznym rozwiązaniem było wycofanie jednostek ukraińskich z Debalcewa i jego okolic. Ostatecznie, decyzja taka miała zostać podjęta we wtorek 17 lutego wieczorem, a jej efektem był zorganizowany odwrót oddziałów Sił Zbrojnych, Gwardii Narodowej Ukrainy i jednostek ochotniczych z Debalcewa do Artemiwska. Jednostki ukraińskie opuściły miasto zabierając ze sobą cały sprawny sprzęt, w tym czołgi, wozy opancerzone i artylerię. Odwrót był skutecznie osłaniany przez żołnierzy ukraińskich sił specjalnych oraz artylerię, dzięki czemu zakończył się powodzeniem przy stosunkowo niewielkich stratach po stronie ukraińskiej, pomimo ostrzału i prób przecięcia dróg odwrotu podejmowanych przez tzw. separatystów.

Porównując wydarzenia, jakie miały miejsce pod Debalcewem z sytuacją, z jaką mieliśmy do czynienia niecałe pół roku temu pod Iłowajskiem doskonale widać jak wielkie zmiany zaszły w ukraińskiej armii. Warto pamiętać, że konieczność oddania prorosyjskim separatystom kontroli nad Debalcewem była efektem decyzji politycznej, a nie porażki wojskowej. Gdyby strona ukraińska zdecydowała się na symetryczne stosowanie broni wobec łamania przez tzw. separatystów porozumienia z Mińska, skuteczna obrona miasta mogłaby trwać nadal. Rzecz jasna musiałoby się to odbywać kosztem ofiar także po stronie ukraińskiej (mniejszych niż po stronie atakujących, ale ostatecznie nie do uniknięcia) oraz znacznej ilości sił i środków angażowanych na tym odcinku frontu, na dłuższą metę trudnym do obrony bez znaczącego ryzyka. Tym bardziej, że wobec zniszczenia infrastruktury kolejowej w Debalcewie miasto straciło na jakiś czas swoją rolę jako ewentualny węzeł kolejowy, który mógłby łączyć Donieck i Ługańsk.

Trudno w tej chwili ocenić, czy wybór dokonany przez władze w Kijowie był słuszny, jako że główni zainteresowani (oraz winni tej sytuacji) nie zabrali jeszcze głosu – chodzi rzecz jasna o przywódców Francji i Niemiec, którzy negocjowali porozumienia w Mińsku i zapowiadali reakcję, jeżeli nie będzie ono przestrzegane. Wydaje się, że nie należy liczyć na wiele ze strony Angeli Merkel i Francois Hollande’a. Wobec zaistniałych faktów autorytet międzynarodowy Berlina i Paryża znacząco podupadł, choć rzecz jasna nie tak bardzo jak Moskwy, która pokazała się od jak najgorszej strony łamiąc podpisane przez siebie porozumienie. Na tym samym mniej więcej poziomie znalazło się OBWE, którego obserwatorzy nie byli w stanie stwierdzić czy Debalcewe jest ostrzeliwane z powodu… ostrzału, który nie pozwolił im wjechać do miasta.

Wśród wniosków jakie będzie musiał wyciągnąć Kijów z wydarzeń ostatniego tygodnia prawdopodobnie będzie musiał znaleźć się także ten o nieskuteczności unijnej dyplomacji w starciu z terrorystyczno-propagandową machiną Federacji Rosyjskiej. A także oswoić się ze świadomością konieczności liczenia przede wszystkim na własne siły zbrojne, których postawa pod Debalcewem pokazała, że można pokładać w nich nadzieję. Winston Churchill stwierdził po ewakuacji Dunkierki w 1940 roku, że „wojny nie wygrywa się ewakuacjami”. Ale dzięki nim można walczyć dalej.

Dariusz Materniak

Share Button

Czytaj również

Fot. unn.com.ua

MH-17 pięć lat i zero wniosków później

Od zestrzelenia przez prorosyjskich separatystów malezyjskiego Boeinga 777 mija pięć lat. Niestety, kraje zachodnie, w …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.