poniedziałek, 15 czerwiec, 2026
pluken
Home / polukr (page 217)

polukr

Wiatrowycz: jesteśmy gotowi rozmawiac o konkretnych dowódcach UPA winnych zbroni na Wołyniu, ale obwinianie całego ukraińskiego podziemia to działanie na rzecz rosyjskiej propagandy

Share Button

73 rocznica tragicznych wydarzeń na Wołyniu znowu wzbudziła gorące dyskusje, które mogą zaszkodzić relacjom polsko-ukraińskim. 19 lipca Sejm może przyjąć uchwałę o upamiętnieniu ofiar „ludobójstwa Polaków, dokonanego przez OUN i UPA”. Niedawano apel w tej sprawie przyjął Senar. Również w Sejmie przygotowywany jest projekt, w myśl którego za zaprzeczanie ludobójstwu będzie grozić kara do trzech lat więzienia. Rada Najwyższa Ukrainy także przygotowuje odpowiedź w tej sprawie. Pod koniec czerwca w Przemyślu doszło do przepychanek z udziałem grupy młodych osób, próbujących zatrzymać ukraińska procesję w drodze na cmentarz wojskowy. Ukraińcy w Polsce skarżą się również na pogarszający się stosunek Polaków.

Dyskusja rozpoczęła się od listu strony ukraińskiej, podpisanym przez głowy kościołów i byłych prezydentów pojawiło się wezwanie do wzajemnego przebaczenia w myśl formuły „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. Z kolei w liście strony polskiej, przedstawionym w Kijowie przez posła partii „Prawo i Sprawiedliwość” Michała Dworczyka (autora projektu uchwały o „ludobójstwie”) mowa jest o tym, że uchwała ma wyrazić szacunek dla ofiar i wyrazić polskie zaniepokojenie „heroizacją” OUN i UPA. Pojawiły się także listy polskich hierarchów kościelnych oraz byłych prezydentów RP i grupy intelektualistów. Temat Wołynia po raz kolejny znalazł się pomiędzy poszukiwaniem winnych i wzajemnymi oskarżeniami, a wezwaniami do przebaczenia i pojednania.

Polukr.net zapytał o zdanie w tej sprawie szefów Instytutów Pamięci Narodowej w Polsce i na Ukrainie. Oto co na ten temat powiedział szef ukraińskiego IPN, Wołodymyr Wiatrowycz.

Dlaczego takie sytuacje mają miejsce, skoro Warszawa występuje jako najbliższy sojusznik Ukrainy w UE?

Niestety, w polskim społeczeństwie są siły skrajnie prawicowe, które otwarcie mówią o swojej niechęci do Ukrainy i uważają wsparcie, jakiego udzielają władze za błąd. Ci ludzie, niezależenie od tego, czy mają taką świadomość, czy nie, działają zgodnie z rosyjskim scenariuszem. Nawet wielu oficjalnych przedstawicieli RP, mówiąc o wsparciu dla Ukrainy robi rzeczy które mogą szkodzić relacjom pomiędzy Polską a Ukrainą – mam na myśli polityków, takich jak np. poseł Michał Dworczyk, który mówi o swojej proukraińskiej pozycji, ale widać jednocześnie, jak jego inicjatywy negatywnie wpływają na relacje pomiędzy Polakami i Ukraińcami.

Tuż przed 11 lipca miały miejsce zmiany w polskim Instytucie Pamięci Narodowej. Krytycy twierdzą, że na ich skutek Instytut stanie się zamiast instytucją naukową – bardziej polityczną. Jakie wiążą się z tym ryzyka?

Mam nadzieję, że poszukiwania prawdy historycznej dotyczące trudnych epizodów polsko-ukraińskiej historii będą trwały nadal w polskim IPN, niezależnie od zmian kierownictwa. Polski i ukraiński IPN jednoczą podobne procesy, które odbywają się w Polsce i na Ukrainie: mam na uwadze radzenie sobie z konsekwencjami totalitarnej przeszłości okresu komunizmu. Polska znacznie wyprzedziła w tym obszarze Ukrainę, dlatego dla nas ciekawym jest polskie doświadczenie w tym obszarze. Z drugiej strony również Polska może korzystać z ukraińskich doświadczeń – chodzi o przyjętą niedawno w Polsce ustawę o demontażu pomników okresu radzieckiego. W tym wypadku Polacy skorzystali z naszych rozwiązań. Dlatego sądzę, że współpraca obu IPN będzie trwać, gdyż jest ona korzystna dla obu stron.

Poza tym swoje prace kontynuuje polsko-ukraińskie Forum historyków, które ma za zadanie badanie najtrudniejszych rozdziałów historii Polski i Ukrainy. Jego zadaniem jest przeniesienie dyskusji na ten temat z poziomu politycznego na grunt historyków. Dziwnie wygląda pośpiech polskich polityków w sprawie uznania antypolskich akcji OUN i UPA za ludobójstwo. Minął dopiero niecały rok od momentu rozpoczęcia prac w ramach Forum, a tej jesieni ma odbyć się kolejna sesja, która będzie poświęcona właśnie wydarzeniom na Wołyniu w 1943 roku. Dlaczego politycy upierają się, by być pierwszymi, by oceniać te wydarzenia?

Jakie są dotychczasowe osiągnięcia Forum? Na ile duże jest ryzyko, że wspólne prace zostaną utrudnione przez zmiany w polskim IPN?

Myślę, że nie będą one miały poważniejszego wpływu na te prace – mimo, że Forum zostało zapoczątkowane przez oba IPNy, to w jego skład wchodzą także historycy spoza Instytutów. Udało nam się podejść do najbardziej bolesnego fragmentu wspólnej historii – do kwestii Wołynia. Nasz cel to nie poszukiwanie koniecznie wspólnego punktu widzenia, ale dialog i próba pokazania sobie wzajemnie rezultatów badań, umożliwienia dostępu do archiwów i źródeł. Gdy uda się znaleźć punkty wspólne – to doskonale, ale nie powinniśmy obawiać się sytuacji, w których nawet widząc te same fakty będziemy je interpretować na różne sposoby. Na razie pracujemy nad przeglądem materiału faktograficznego. Niestety, wiele z tego, co słychać w politycznych oświadczeniach, zwłaszcza w Polsce, nie opiera się na faktach historycznych. Mam na uwadze zwłaszcza liczbę ofiar po stronie polskiej na Wołyniu – wzrastają one w każdym kolejnym oświadczeniu mimo tego, że nie przeprowadzono żadnej sensownej oceny, opartej na jednolitej metodologii. Polscy historycy o tym wiedzą.

Martwi mnie także to, że za symbol tej tragedii, jaka miała miejsce na Wołyniu uznano dzień 11 lipca. To istotnie tragiczna data, gdy UPA zniszczyła kilkadziesiąt polskich miejscowości na Wołyniu. Ale i w tym wypadku, z każdym kolejnym oświadczeniem liczba tych miejscowości rośnie. Strona Polska mówi o ponad stu wioskach zniszczonych przez UPA. To podstawa do tego, by pokazać, że UPA zorganizowała masową akcję, którą można byłoby uznać za ludobójstwo. Nie ma to jednak potwierdzenia w faktach historycznych.

A na czym swoje twierdzenia opiera strona polska?

Bierze się pod uwagę dokumenty stworzone kilkadziesiąt lat po tych wydarzeniach. Są dostępne dokumenty polskiego podziemia, które opowiadają o tych strasznych wydarzeniach. Według tych danych w tym dniu doszło do ataków na kilkadziesiąt miejscowości, a zniszczeniu uległo 11 z nich. W naszych pracach bierzemy pod uwagę dokumenty polskiego i ukraińskiego podziemia, a także niemieckie i radzieckie – nigdzie nie ma mowy o wielkiej operacji, która obejmowałaby ponad sto miejscowości. Takie wydarzenie musiałoby mieć swoje odzwierciedlenie w dokumentacji.

Jak zmienia się dialog z polskimi  historykami w związku z dojściem do władzy partii „Prawo i Sprawiedliwość”?

Jeśli mowa o dialogu pomiędzy historykami, to nie odczułem żadnych zmian. Jeśli idzie o dialog polityczny, to też widzimy różne poglądy wśród przedstawicieli PiS. Z jednej strony są radykalne oświadczenia, które nie sprzyjają pojednaniu. Z drugiej w PiS jest środowisko, które rozumie, jak wielkim jest zagrożenie ze strony Rosji i jak ważnym jest w tym kontekście porozumienie pomiędzy Polską a Ukrainą – by nie powtarzać błędów, jakie zostały popełnione w XX wieku.

W polskim Sejmie są przygotowane trzy projekty uchwał dotyczące upamiętnienia ofiar Wołynia. We wszystkich mowa jest o „ludobójstwie Polaków przez OUN i UPA”. Jakimi dowodami kierują się autorzy, gdy używają takiej terminologii?

Autorzy uchwał są bardzo daleko od zrozumienia okoliczności historycznych, w jakich miały miejsce omawiane wydarzenia. Termin ludobójstwa zakłada bowiem absolutną nierównowagę okoliczności, w jakich funkcjonują ofiary i wykonawcy zbrodni. Dlatego zbrodnie ludobójstwa zwykle realizują kraje, które mają możliwość kontrolowania sytuacji i planowego niszczenia grup ludności. W 1943-44 roku nie było wyraźnej przewagi ukraińskiego podziemia dla realizacji tak wielkiej zbrodni. Co więcej, dokumenty świadczą o tym, że także polskie podziemie prowadziło działania wobec ukraińskiej ludności cywilnej. Jak więc może być mowa o ludobójstwie? Z historycznego punktu widzenia to niemożliwe. Także z prawnego punktu widzenia te wydarzenia nie mieszczą się w definicji ludobójstwa, opracowanej przez Rafała Lemkina w 1948 roku (polski prawnik, autor pojęcia ludobójstwa w sensie prawnym – przyp. polukr.net). Z politycznego punktu widzenia takie postawienie sprawy ma na celu podwójne obwinianie strony ukraińskiej. Po pierwsze użycie tego terminu zrzuca odpowiedzialność za te wydarzenia na OUN i UPA. Po drugie, w projekcie rezolucji autorstwa Michała Dworczyka mowa jest o oddaniu czci Armii Krajowej, Batalionom Chłopskim i innym organizacjom zbrojnym, które broniły Polaków. Mimo tego, że w strukturach tych byli ludzie, którzy zabijali ukraińską ludność cywilną. Te projekty uchwał są dalekie od zrozumienia tego, co stało się na Wołyniu w 1943 roku. Będą one raczej poważnym problemem dla procesu poszukiwania pojednania między narodami.

Jaki jest więc ich cel, jeśli nie poszukiwania prawdy historycznej i uszanowanie pamięci ofiar?

Z jednej strony słyszymy, że cel jest szlachetny i jest nim szacunek dla ofiar. Ale wydaje mi się, że cześć poległym oddaje się na grobach czy przed pomnikami, a nie w oświadczeniach, które powodują rozłam pomiędzy potomkami zabitych. Wydarzenia w Przemyślu pokazały, że takie oświadczenia władz służą mobilizacji nastrojów antyukraińskich.

Jakie argumenty Pana zdaniem świadczą o tym, że był to konflikt dwóch narodów?

Wojna pomiędzy polskim i ukraińskim podziemiem w latach 40. XX wieku niestety nie mogła nie mieć miejsca, bo chodziło o kontrolę na spornymi terenami, które Polacy chcieli widzieć w odbudowanej po wojnie Rzeczypospolitej, a Ukraińcy – w niezależnym państwie ukraińskim. Dlatego oba ruchy podziemne szykowały się do tego starcia. Niestety, w tej wojnie nie obeszło się bez zbrodni wojennych, których dokonywały obie strony. Można mówić też o czystkach etnicznych, jakich obie strony dokonywały.

Dlaczego mowa o wojnie? Gdyż mamy dwóch kluczowych graczy, ukraińskie i polskie podziemie, UPA i AK, którzy sami siebie uznali za dwie strony konfliktu. To argument przeciwko uznaniu tych wydarzeń za ludobójstwo. Rzadko się o tym mówi, ale w czasie wojny odbywały się rozmowy, które świadczą o tym, że obie strony uznawały się nawzajem jako pozostające ze sobą w stanie wojny. Co więcej, były momenty, gdy pomiędzy 1943 a 1946 miały miejsce okresowe zawieszenia broni. W 1946 roku doszło do wspólnych akcji AK/WiN i UPA, wymierzonych w komunistów. Najbardziej znana z nich to atak na Hrubieszów w maju 1946 roku.

Jeszcze jednym argumentem, który wskazuje na wojenny charakter konfiktu jest przebieg działań i walk pomiędzy oboma organizacjami. Na Chełmszczyźnie w 1944 roku długość linii frontu pomiędzy ukraińskimi i polskimi oddziałami wynosiła około 100 km. Było to faktycznie przedłużenie wojny, jaka toczyła się pomiędzy Polakami i Ukraińcami w 1919 roku i zakończyła się zwycięstwem Polski oraz ustanowieniem na obecnych ziemiach zachodniej Ukrainy polskiej władzy. Takie rozwiązanie nie zadowalało większości Ukraińców, zamieszkujących na tym terenie i dlatego kontynuowali oni walkę w okresie międzywojennym, w czasie II wojny światowej – także zbrojnie. Tej wojny nie mogła jednak wygrać żadna ze stron – osłabiła ona i Polaków i Ukraińców i doprowadziła do tego, że na terytorium Polski i Ukrainy zostały ustanowione reżimy komunistyczne.

Jeśli członkowie UPA i AK/WiN byli w stanie porozumieć się w 1946 roku, to wygląda na to, że byli bliższymi do porozumienia, niż ich potomkowie kilkadziesiąt lat później…

Cały czas mówię o tym, że jest niezwykle przykrym, że ludzie, którzy przelewali wzajemnie swoją krew w latach 1943-46 byli w stanie zrozumieć konieczność porozumienia wobec zagrożenia reżimu komunistycznego, a my nie. Zaraz stoi przed innym wielkim zagrożeniem, który nadciąga ze wschodu. Smutne, że wielu polskich polityków nie jest w stanie tego zrozumieć i nie potrafi odłożyć na dalszy plan minionych konfliktów.

Dlaczego znowu mowa jest o Wołyniu – po wszystkich wspólnych oświadczeniach prezydentów i polityków obu krajów dotyczących wzajemnego przebaczenia i pojednania, które miały miejsce w ciągu ostatnich 15 lat?

Wszystko, co było do powiedzenia na ten temat politycy powiedzieli już w 2003 roku. Wówczas pojawiło się oświadczenie dwóch prezydentów – Kwaśniewskiego i Kuczmy, podczas ceremonii odsłonięcia pomnika we wsi Pawliwka na Wołyniu. Były też oświadczenia polskiego i Sejmu i Senatu. Niestety, niektóre siły polityczne w Polsce uważają ten temat za dobry argument dla realizacji doraźnych celów politycznych.

W 2008 roku, za rządów prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w 65 rocznicę Wołynia też była próba podjęcia ponownie tego tematu. Jednak dzięki autorytetowi ówczesnego prezydenta udało się zamknąć negatywne dyskusje na wstępnym etapie. Lech Kaczyński dobrze rozumiał, jak ważną jest współpraca z Ukrainą, zwłaszcza w przededniu rosyjskiej agresji w Gruzji. Obecnie niestety nie widzę żadnego na tyle silnego i wpływowego polityka w Polsce, który byłby w stanie uciąć trwające dyskusje i powstrzymać eskalację napięcia. Widzimy za to wielu młodych, radykalnych i niestety ślepych polityków, którzy patrzą w przeszłość zamiast w przyszłość, wykorzystując ten temat do rozpoczynania kolejnych konfliktów.

Jak w takim razie strona ukraińska mogłaby upamiętnić ofiary wydarzeń na Wołyniu?

Propozycja, jaka padła w liście byłych ukraińskich prezydentów, głów Kościołów i działaczy społecznych – w sprawie ustanowienia wspólnego dnia pamięci, jest bardzo słuszna. Nie ma sensu dzielić zabitych, lepiej, by pamięć o tej tragedii pojednała ich potomków. Ukraiński IPN proponował, by władze Ukrainy wystąpiły z inicjatywą postawienia w Polsce i na Ukrainie pomników polsko-ukraińskiego porozumienia, gdzie można byłoby wspólnie uszanować pamięć ofiar Wołynia. Niestety, polska odpowiedź na ukraiński list – ta, którą przedstawił poseł Dworczyk, wygląda dość smutno. Znowu pada teza, że Ukraina powinna uznać ludobójstwo OUN i UPA, znowu pojawia się próba zrzucenia całości odpowiedzialności na stronę ukraińską. Poseł Dworczyk stwierdził również, że w Polsce nie upamiętnią się tych ludzi, którzy brali udział w zabójstwach ukraińskiej ludności cywilnej – co nie jest prawdą. W Polsce szanuje się pamięć AK, formacji, która zabijała także ukraińskich cywilów. Na przykład jeden z dowódców tej formacji, Władysław Filipkowski w lecie 1944 roku dowodził operacją „Burza” w okolicach Lwowa, jednocześnie niszcząc ukraińskie wsie i zabijając ich mieszkańców. Uważany jest za bohatera – pośmiertnie otrzymał stopień generała brygady.

Powinniśmy zrozumieć, że w naszej historii były takie strony, które zawsze będą mieć odrębne oceny. Będą ludzie, działalność których może być heroiczną z punktu widzenia Ukrainy, a zbrodniczą z polskiego – i odwrotnie. Żołnierzy UPA nie upamiętnia się na Ukrainie za ich udział w konflikcie polsko-ukraińskim, ale za walkę z komunistami. Na terenach, gdzie działała UPA sympatie do Polski są największe.

Dlaczego strona polska nie chce mówić o ukraińskich ofiarach konfliktu na Chełmszczyźnie i Podlasiu?

Dziwi mnie, że niektórzy polscy historycy twierdzą, że polskie akcje były działaniami odwetowymi, a tam, gdzie nie powodów dla odwetu, były prowadzone  jako „akcje wyprzedzające”. Zatem, jeśli UPA nie prowadziła żadnych działań, a ukraińska wioska została zniszczona, to takie działania były „wyprzedzającymi”, by nie mogło dojść do akcji UPA – zatem zdaniem strony polskiej nie można tego uznać za zbrodnię. I z polskiej i z ukraińskiej strony miały miejsce działania, które można zakwalifikować jako „zbrodnie wojenne”, zwłaszcza te, gdzie zabijano ludność cywilną. Jeśli chcemy potępiać te zbrodnie – to z obu stron. Jeżeli będziemy próbować tylko przerzucać odpowiedzialność na jedną ze stron, to będzie to powodować napięcia zamiast sprzyjać pamięci o ofiarach i będzie zagrażać relacjom w przyszłości.

Wygląda więc na to, że jesteśmy daleko od ustanowienia wspólnego dnia pamięci…

Jestem optymistą i jestem przekonany, że jest to możliwe. Powodem dla optymizmu dla mnie jest to, jak co roku jest obchodzony we Lwowie dzień 1 listopada. Na mogiłach Ukraińców i Polaków, którzy walczyli przeciw sobie w 1918 roku odprawiane są wspólne nabożeństwa: pamięci żołnierzy Ukraińskiej Armii Galicyjskiej i lwowskich Orląt. Porozumienie jest możliwe, jeżeli pozostawimy przeszłość w przeszłości, a nie będziemy jej wykorzystywać jako paliwa do realizacji własnych celów współcześnie.

Jaka będzie Pana reakcja, jeśli zostanie przyjęta uchwałą ze słowem „ludobójstwo”?

Będę rozczarowany. Dla mnie i dla IPN to będzie oznaczać, że politycy wtrącają się w oceny wydarzeń historycznych, co jest absolutnie destruktywne. To będzie oznaczać także, że trzeba pogłębić dialog historyczny, przeprowadzić więcej dyskusji na ten temat i robić je na forum publicznym, aby pokazać nieodpowiedzialność politycznych oświadczeń.

Jak ocenia Pan materiał „Gazety Wyborczej” w którym mowa o tym, że swoim podejściem do kwestii Wołynia Polska podważa państwowość Ukrainy i działa „na rękę” Kremlowi?

Zgadzam się z tym, że mówienie o ludobójstwie UPA, świadomie czy nie – jest to działanie na rzecz Moskwy. Jednym z głównym zadań rosyjskiej wojny informacyjnej jest delegitymizacja ukraińskiej państwowości. Chcą nam dowieść, że UPA była organizacją zbrodniczą, a więc walka o ukraińska państwowość była zbrodniczą – a zatem jej efekt również nie może mieć legitymizacji.

Czy można wskazać na konkretną rolę i odpowiedzialność konkretnych dowódców wołyńskiej UPA w działalności zbrodniczej?

Kwestia personalnej odpowiedzialności dowódców UPA potrzebuje dalszych badań. Temat ten był praktycznie nieporuszanym, jako że na Ukrainie archiwa pozostawały zamkniętymi. To się zmieniło i teraz można wziąć się za te prace. Powinniśmy być gotowi do tego, by wskazać, że konkretne osoby popełniły zbrodnie. Możemy już teraz odejść od totalitarnego modelu kolektywnej odpowiedzialności i obwiniania całej UPA o działalność zbrodniczą. Jestem przekonany, że znajdziemy dowody zbrodni konkretnych osób przeciwko ludności polskiej – będziemy o nich mówić i wskazywać ich nazwiska. Tak samo będziemy mówić o dowódcach AK, Batalionów Chłopskich i innych, którzy prowadzili takie działania, które można kwalifikować jako zbrodnie. Również strona polska powinna badań te tematy. Poważne badania są jeszcze przed nami, jednak dzięki temu, że w ostatnich latach zmieniły się na Ukrainie zasady dostępu do archiwów, nowe dokumenty pozwolą nam wiele zrozumieć jeśli idzie o ten konflikt.

Jaka była rola i odpowiedzialność ukraińskiej ludności cywilnej w masowych zabójstwach na Wołyniu?

Ten konflikt rozgrywał się na różnych płaszczyznach. Jedną z nich był konflikt pomiędzy organizacjami podziemnymi, które chciał przejąć kontrolę nad danym terytorium. Drugą – konflikt pomiędzy ukraińską ludnością wiejską i tymi, kogo uważali oni za wrogów wobec posiadanych przez nich przywilejów, a także tzw. osadnikami. W centrum tego konfiktu znaleźli się Polacy, którzy od setek lat żyli na tym obszarze i nie mieli nic wspólnego z osadnictwem. Jeszcze inna płaszczyzna to płaszczyzna religijna. Najpoważniejszymi były starcia na tych terenach, gdzie mieszkała ludność prawosławna. Na przykład na Chełmszczyźnie w 1938 roku odbywała się akcja niszczenia cerkwi – polskie władze zniszczyły ich ponad 150. Pamięć o tych wydarzeniach sprzed wojny miała swój wpływ także na wydarzenia, jakie miały miejsce 4-5 lat później.

Czy są dowody, że cała struktura OUN-UPA wspierała masowe zabójstwa Polaków na Wołyniu?

Przez ostatnie 20 lat polscy historycy poszukują tzw. „Nakazu nr 1”, dotyczącego polecenia masowego zniszczenia ludności polskiej. Już kilka razy ogłaszano, że został on odnaleziony – miał go wydać Dmytro Kłaczkiwski, „Kłym Sawur”, jednak ani razu informacja ta nie potwierdziła się. Wykorzystuje się także protokół  z przesłuchania dowódcy UPA, Jurija Stelmanczuka z 28 lutego 1945 roku, który miał otrzymać taki rozkaz od „Kłym Sawura”. Miałem okazję pracować na tych dokumentach w Archiwum SBU i wiem, że nie ma takiej relacji w oryginale protokołu przesłuchania Stelmanczuka. Pojawia się ona w kopiach dokumentu z lat 60. XX wieku. To daje podstawy stwierdzać, że dokument ten został sfałszowany już po wielu latach od egzekucji Stelmanczuka.

Co więcej, w oryginalnych zeznaniach z jakimi każdy może się zapoznać mowa jest o konflikcie pomiędzy kierownictwem OUN i lokalnych struktur OUN na Wołyniu co do tego, jak działać wobec polskiego podziemia i ludności cywilnej. Wszystkie dostępne dokumenty wskazują, że nie padł rozkaz masowego zniszczenia ludności polskiej na tym obszarze.

Jakie są dowody wskazujące na odpowiedzialność Stepana Bandery oraz Romana Szuchewycza za działania na Wołyniu?

Obwinianie Stepana Bandery o zbrodnie na Wołyniu jest śmieszne, jako że w tym czasie siedział on w obozie koncentracyjnym. Co do Szuchewycza, to dokumentacja z tego okresu świadczy, że nie padł rozkaz działań mających na celu totalne zniszczenie ludności polskiej. Piszę o tym w książce pt. „Druga wojna polsko-ukraińska” – OUN chodziło o kontrolę nad spornymi terenami, dlatego podjęto decyzję o walce z polskim podziemiem i pozbawieniem go bazy do działania. Dla tego celu starczyło doprowadzić do wysiedlenia polskiej ludności z tych terenów. Zgodnie z ta samą logiką polskie władze komunistyczne likwidowały UPA, wysiedlając ludność ukraińską z terenów wschodniej Polski.

Ile może być prawdy w filmie Wojciecha Smarzowskiego o Wołyniu, który ma pojawić się tej jesieni?

Miałem możliwość zapoznać się ze scenariuszem filmu i niestety sądzę, że jedynie doleje on „oliwy do ognia” i będzie dalekim od tego, by zrozumieć to, co stało się na Wołyniu. Film zapowiada się jako jednostronny i przedstawi najpewniej propagandowy obraz konfliktu polsko-ukraińskiego, pokazując obraz Ukraińców-morderców i Polaków-ofiar. Na razie efektem informacyjnej histerii, jaka od pół roku trwa w Polsce stało się pogorszenie stosunku Polaków do Ukraińców. Jak na razie nie miało to wpływu na odnoszenie się Ukraińców do Polaków, jednak kolejne polityczne oświadczenia utrzymane w tonie „ludobójstwa UPA” będą miały wpływ na zmianę tego stosunku.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Ihor Tymots

Share Button

Wojsko Polskie będzie prowadzić misję szkoleniową na Ukrainie

Share Button

Żołnierze 21 Brygady Strzelców Podhalańskich będą prowadzić szkolenia na Ukrainie. Wspólnie z instruktorami z USA, Kanady i Litwy trafią do ośrodka szkoleniowego w Jaworowie koło Lwowa.

„Na Ukrainę wysłaliśmy doświadczonych w służbie żołnierzy. Większość brała udział w misjach w Iraku i Afganistanie” – mówi kpt. Konrad Radzik, rzecznik prasowy 21 Brygady Strzelców Podhalańskich. W misji szkoleniowej weźmie udział 28 polskich żołnierzy.

Progam szkolenia będzie obejmował m.in. szkolenia taktyczne i ogniowe, a także przekazywanie doświadczeń nabytych podczas misji zagranicznych, w ktorych brała udział polska jednostka. Działania szkoleniowe na miejscu koordynuje strona amerykańska, a program szkolenia będą objęci żołnierze 1 Batalionu Zmechanizowanego 93 Brygady Zmechanizowanej Sił Zbrojnych Ukrainy. Formacja ta brała udział w walkach na Donbasie.

Misja szkoleniowa potrwa od 25 lipca do 24 września.

Jednostki 21 Brygady Strzelców Podhalańskich są kontrybutorami Brygady Litewsko-Polsko-Ukraińskiej LITPOLUKRBRIG, której dowództwo stacjonuje w Lublinie. Żołnierze tej formacji, a także wspomnianej 21 Brygady oraz 80 Brygady Wojsk Powietrznodesantowych z Lwowa brali udział w ćwiczeniach „Anakonda” w czerwcu br.

Na podstawie: polska-zbrojna.pl

Share Button

W mediach pojawiło się zmanipulowane oświadczenie wicepremier Ukrainy

Share Button

W kilku polskich mediach pojawiło się zmanipulowane oświadczenie ukraińskiej wicepremier ds. integracji europejskiej, Iwanny Klimpusz-Cincadze dotyczące Zbrodni Wołyńskiej.

„Polacy z ich Auschwitz i Treblinką powinni być ostatnimi, którzy mówią o ludobójstwie” – napisano na fałszywym profilu wicepremier Ukrainy na twitterze. Grafika z tym cytatem pojawiła się w kilku rosyjskich, a następnie także w polskich mediach internetowych.

„Nietrudno domyśleć się, kto stoi za tą falsyfikacją, biorąc pod uwagę, że wspomniana grafika pojawiła się w rosyjskich mediach” – skomentowała tą sprawę Klimpusz-Cincadze, zaprzeczając jakoby miała związek z publikacją podobnego komentarza.

Na podstawie: eurointegration.com.ua

Share Button

Jewhen Czolij złożył hołd ofiarom Zbrodni Wołyńskiej

Share Button

Prezes Światowego Kongresu Ukraińców Jewhen Czolij złożył kwiaty pod pomnikiem ofiar Zbrodni Wołyńskiej w Warszawie. W uroczystości uczestniczyli również Piotr Tyma, przewodniczący Związku Ukraińców w Polsce, Mirosława Kerik – szef fundacji „Nasz Wybór” oraz Mirosław Kupicz, sekretarz Związku Ukraińców w Polsce.

Wcześniej członkowie delegacji wzięli udział w nabożeństwie w warszawskiej cerkwi, poświęconym ofiar Zbrodni Wołyńskiej, a także wszystkich ofiar konfliktów polsko-ukraińskich.

Prezes Światowego Kongresu Ukraińców spotkał się także z wicemarszałkiem Senatu Adamem Bielanem oraz szefem polsko-ukraińskiej grupy parlamentarnej, Michałem Dworczykiem.

Na podstawie: prostir.pl

Share Button

W Polsce odbyły się obchody 73 rocznicy Zbrodni Wołyńskiej

Share Button

W poniedziałek, 11 lipca rano prezydent RP Andrzej Duda złożył kwiaty pod pomnikiem ofiar Zbrodni Wołyńskiej, znajdującym się na warszawskim Żoliborzu.

„Prawda historyczna jest potrzebna, bo tylko na prawdzie można opierać dobre wzajemne relacje” – powiedział prezydent Andrzej Duda. Pod pomnikiem pojawił się również szef partii „Prawo i Sprawiedliwość”, Jarosław Kaczyński. „Mam nadzieję, że ukraińscy bohaterowie, którzy dziś heroicznie bronią swojego kraju przed agresją, będą nawiązywać do tych Ukraińców, którzy ratowali życie Polaków” – powiedział szef PiS.

Również dzisiaj, w Kijowie odbyła się prezentacja dokumentów, które ukraiński IPN przekazał stronie polskiej. Posłużą one do dalszych badań historycznych dotyczących zbrodni popełnionych na Wołyniu.

W piątek, 8 lipca, kwiaty pod tym samym pomnikiem złożył również prezydent Ukrainy Petro Poroszenko, przebywający w Polsce w związku z obradami szczytu NATO.

11 lipca to rocznica tzw. „Krwawej Niedzieli” – dnia, w którym oddziały ukraińskiego podziemia, w tym Ukraińskiej Powstańczej Armii zaatakowały ponad 150 zamieszkałych przez Polaków. Łącznie, w latach 1943-44, na skutek pacyfikacji i walk zginęło ok. 100 tysięcy Polaków oraz według różnych danych od 10-12 do 20 tysięcy Ukraińców.

Na podstawie: prezydent.pl. pravda.com.ua

Share Button

Pamięć czy zemsta?

Share Button

Jak co roku wysoką temperaturę dyskusji wokół przypadającej 11 lipca rocznicy „Krwawej Niedzieli” na Wołyniu, gdy w 1943 roku oddziały ukraińskiego podziemia zaatakowały blisko sto polskich miejscowości, w tym roku dodatkowo podgrzała informacja o zmianach w trybie prac nad uchwałą Sejmu dotyczącą upamiętnienia ofiar wśród mieszkańców wschodnich terenów II RP.

Według wiceministra kultury Jarosława Sellina, który przedstawił w Sejmie informację na temat prac nad uchwałą poświęconą ustanowieniu Dnia Męczeństwa Kresowian, wnioskiem z dotychczasowych prac jest wskazanie daty 17 września jako najbardziej odpowiedniej dla obchodów tego dnia pamięci. „Powszechnie znana, niszcząca państwo polskie, która doprowadziła też do tego, że możliwy był mord na Wołyniu. Uważamy, że główny nacisk, jeśli chodzi o to, kto jest winny, jeśli chodzi o męczeństwo Polaków na Wschodzie, powinien być skierowany na Sowietów (…) Dlatego ten dzień męczeństwa powinien palcem wskazywać głównego winowajcę, jakim było państwo sowieckie” – mówił w Sejmie Jarosław Sellin.

Znając, nawet pobieżnie, przebieg i konsekwencje poszczególnych wydarzeń historycznych z okresu 1939-45 trudno nie zgadzać się z logiką, na jaką wskazują wnioskodawcy. Oczywistym jest, że bez paktu Ribbentrop-Mołotow, wybuchu II wojny światowej i zajęcia części ziem polskich przez Sowietów i Niemców, nie byłoby krwawego konfliktu polsko-ukraińskiego i popełnionych z obu stron zbrodni. Należy przy tym pamiętać, że wśród wielu znanych faktów dotyczących zbrodni popełnionych na Wołyniu i w Małopolsce przez oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii nie brak także nadal „białych plam”, dotyczących przede wszystkim roli, jaką w inspiracji i przeprowadzeniu ludobójstwa polskiej ludności odegrały oddziały NKWD i partyzantka sowiecka. I nie ma co liczyć, że sprawa ta zostanie szybko wyjaśniona, zwłaszcza w aktualnej sytuacji geopolitycznej.

Ponadto, poważnym błędem byłoby ograniczenie pamięci o ofiarach na tzw. Kresach II RP tylko i wyłącznie do ofiar Zbrodni Wołyńskiej. Trzeba pamiętać, że początkiem zbrodni na ludności polskiej była tzw. operacja polska NKWD w latach 1937-38, która przyniosła według różnych szacunków od 150 do 300 tysięcy ofiar. Kolejny etap to masowe deportacje na Syberię w latach 1939-41, które objęły co najmniej 1 milion ludzi, a których według różnych danych nie przeżyło od 80 do 100 tysięcy więźniów. Do tego dochodzą zbrodnie niemieckie oraz te popełnione przez ukraińskie formacje nacjonalistyczne, o czym mowa była wyżej.

Jaki więc sens ma awantura wszczęta przez grupę skrajnie prawicowych posłów w Sejmie RP, wspieranych przez część tzw. środowisk kresowych? Czy rzeczywiście chodzi o pamięć (jak chcą niektórzy z aktywistów tego środowiska: że nie o zemstę lecz o pamięć wołają ofiary?) czy o stworzenie na nowo oraz zaognienie konfliktu polsko-ukraińskiego na tle prowokacyjnych wypowiedzi i aktów dotyczących wspólnej, tragicznej historii?

Odpowiedź na powyższe pytanie wydaje się być (niestety) dość oczywistą. Pamięć to pochylenie się  w zadumie nad grobami pomordowanych, a nie wrzaski z sejmowej trybuny i dolewanie oliwy do ognia nacjonalizmu i szowinizmu w wydaniu środowisk z pogranicza stadionowego bandytyzmu. Pamięć to także nie kłamstwo i manipulacje dotyczące zarówno historii jak i współczesnej Ukrainy, ani nie PR-owe zabiegi pseudohistoryków, dążących w swoich pracach do maksymalizacji liczby „naszych” ofiar zbrodni przy jednoczesnym pomniejszaniu liczby i lekceważeniu ofiar po drugiej stronie. Droga do pojednania i wybaczenia na pewno nie wiedzie tym szlakiem. Niestety, pierwsze praktyczne efekty takich działań można było zobaczyć 26 czerwca br. w Przemyślu, gdy grupa młodych osób napadła na ukraińską procesję zmierzającą na cmentarz żołnierzy Ukraińskiej Republiki Ludowej, poległych i zmarłych w czasie wojny polsko-bolszewickiej, wznosząc hasła „antybanderowskie” (widać w głowach nie mogło im się pomieścić, że URL to nie UPA, a rok 1920 to nie 1943).

Trzeba z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że całe aktualne zamieszanie wokół rocznicy Zbrodni Wołyńskiej nie jest przypadkiem, tak samo jak nie jest przypadkowym także moment, w którym raz za razem mnożą się w Polsce antyukraińskie incydenty, obliczone na pogorszenie relacji pomiędzy Warszawą a Kijowem. Wszystko to dzieje się w czasie, gdy Ukraina walczy o przetrwanie rosyjskiej agresji na Krymie i na Donbasie, będącej efektem innego, niż życzyłaby sobie Moskwa wyboru kierunku,  w jakim powinno zmierzać państwo ukraińskie. Przetrwanie demokratycznej, silnej i samodzielnej Ukrainy jest kluczowe dla bezpieczeństwa Polski i całego regionu Europy Środkowej i Wschodniej. Dziś, jak nigdy potwierdzają swą aktualność słowa marszałka Józefa Piłsudskiego, który stwierdził, że nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy.

Polska jest jednym z krajów, które najmocniej wsparły prozachodni wybór Kijowa i który (nie tylko z tego powodu) budzi wśród Ukraińców największą sympatię. Widać jednak, że w interesie rozgrywających ten dramat, który ma miejsce na Krymie i Donbasie byłby (po raz kolejny już zresztą) „nóż w plecy”, tym razem z zachodu i w wydaniu tych, którzy nienawidzą wszystkiego co ukraińskie (ten sam problem dotyczy zresztą relacji Polski z Litwą i Białorusią, choć na tą chwilę to Ukraina jest na „pierwszym miejscu” jeśli chodzi o działania na rzecz popsucia wzajemnych relacji). Wybór takiego, a nie innego „narzędzia” to zresztą nic zaskakującego: jak bowiem można oceniać wiarygodność tej części tzw. środowiska kresowego, która kilka lat temu nagrodziła medalem za zasługi byłego już ukraińskiego deputowanego Wadyma Kolesniczenko (obecnie obywatela Federacji Rosyjskiej), który w tym samym czasie zwykł paradować po rodzinnym Sewastopolu w mundurze oficera NKWD (na zdj.)? Czy to tylko przypadek i niewiedza, czy może pomysłodawcy widzą jaskrawą różnicę pomiędzy ofiarami zbrodni sowieckich i innych, dzieląc je na te, którym należy się pamięć i te, które tej godności dostąpić nie powinny? A może część przedstawicieli tych środowisk uznaje, podobniej jak władze współczesnej Rosji, że dopuszczalne jest tworzenie „prawdy” jedynie słusznej, na własny (i nie tylko własny) propagandowy użytek? Co wreszcie na publicznych zgromadzeniach „środowisk kresowych” robią członkowie organizacji faszystowskich, w tym także jawnie prorosyjskich, których „aktywiści” są aktualnie poszukiwani przez ABW pod zarzutem udziału w obcych – tj. (pro)rosyjskich formacjach zbrojnych na Donbasie, oskarżanych o zbrodnie wojenne? Odpowiedzi na te pytania są oczywiście retoryczne – i sam fakt tego, że trzeba je zadawać najlepiej podsumowuje działalność opisywanego środowiska i jego działania na rzecz „nie zemsty, a pamięci”.

A najgorsze, że w całym tym zgiełku gubi się gdzieś pamięć o pomordowanych i ból ich rodzin, dziś używanych jako instrumenty politycznych przepychanek…

Dariusz Materniak

Share Button

Ukraińska młodzież nagrała apel do Polaków

Share Button

„Przebaczamy i prosimy o przebaczenie” – te słowa padają w apelu, jaki nagrali młodzi ludzie z Ukrainy, skierowanym do Polaków w związku z przypadająca 11 lipca rocznicą Zbrodni Wołyńskiej.

„Kiedyś wrogość pomiędzy naszymi narodami spowodowała utratę państwa i niezależności oraz spowodowała śmierć tysięcy Polaków i Ukraińców” – mówią w zamieszczonym na portalu Youtube filmie autorzy filmu. Padają także słowa wezwania do wzajemnego przebaczenie i by nie pozwolić nieodpowiedzialnym politykom na powtórkę scenariusza, na który czeka Rosja.

Autorzy apelu to m.in. studenci Akademii Mohylańskiej w Kijowie.

Share Button

Po szczycie NATO: na wschodzie bez zmian

Share Button

Doskonałą alegorią rezultatów dwudniowego szczytu NATO w Warszawie może być eksponowany pod Stadionem Narodowym w Warszawie bezzałogowy samolot rozpoznawczy Global Hawk – imponująca swym wyglądem maszyna w rzeczywistości najprawdopodobniej była atrapą…

Co realnie ma zmienić się po spotkaniu liderów państw Sojuszu Północnoatlantyckiego? Poza pięknie brzmiącymi deklaracjami o solidarności sojuszniczej, przywiązaniu do ideałów wolności i demokracji, itp., itd. ustalono, że na terytorium czterech krajów tzw. wschodniej flanki NATO tj. Litwy, Łotwy, Estonii i Polski będą stacjonować cztery batalionowe grupy taktyczne złożone z jednostek sił zbrojnych państw sojuszniczych (dowództwo tego zgrupowania ma znajdować się w Polsce). Ponadto, w Polsce rotacyjnie na ćwiczeniach mają pojawiać się żołnierze amerykańskiej brygady pancernej. Z kolei na południu ma powstać kolejna wielonarodowa jednostka, złożona z sił zbrojnych Bułgarii, Rumunii, a być może także Ukrainy. Z obrad Komisji NATO-Ukraina wynika zaś, że Kijów może liczyć na szerszą pomoc szkoleniową oraz w zakresie reformowania sił zbrojnych w kilkudziesięciu obszarach.

Tyle jeśli chodzi o konkrety, które według nieoficjalnych informacji i tak były trudne do wypracowania (głównie ze względu na opór Francji i Niemiec). Trudno byłoby przekonać kogokolwiek, że znaczenie faktu wysłania przez kraje NATO wspomnianych jednostek jest czymkolwiek innym, niż gestem i deklaracją polityczną – dysproporcje z siłami potencjalnego przeciwnika w regionie są zbyt duże. Czy symboliczna obecność i piękne deklaracje wystarczą dla powstrzymania agresywnej polityki Rosji?

Prawdopodobieństwo, że tak będzie jest (paradoksalnie) dość duże. Rosjanie mają świadomość rozbieżności i podziałów pomiędzy sojusznikami w NATO, jednak to nie daje im możliwości pewnego przewidywania reakcji zarówno całego Sojuszu jak i poszczególnych krajów w wypadku agresji na któregoś z członków NATO. Niepewność Moskwy dotyczy zwłaszcza możliwych działań USA i Wielkiej Brytanii, a także zdecydowanie antyrosyjsko nastawionych krajów b. Układu Warszawskiego (w tym zwłaszcza Polski i Rumunii), a Władimir Putin jest zbyt racjonalnym i doświadczonym graczem, by pozostawiać cokolwiek przypadkowi lub podejmować nadmierne ryzyko. Najlepszym świadectwem rosyjskich rozterek jest polityka informacyjna uprawiana niezmiennie od ponad dwóch lat w związku z konfliktem toczącym się na Donbasie: Moskwa przez cały ten czas robiła (i robi nadal) bardzo wiele, by oficjalnie zachować jak największy dystans od prorosyjskich separatystów z DNR/ŁNR i mimo tego, że na wielu odcinkach ponosi porażki, to faktycznie dosyć skutecznie udaje się jej oficjalnie dystansować od tej wojny, a nawet występować w roli mediatora i rozjemcy (!) w konflikcie, który przecież sama wywołała (rzecz jasna jest to możliwe głównie dlatego, że większość krajów zachodnich chętnie „kupuje” taki przekaz, byle tylko nie być zmuszonym do podejmowania jakichkolwiek poważniejszych działań). Po drugie, mało prawdopodobnym jest klasyczny konflikt zbrojny, w którym któryś z krajów wschodniej flanki NATO zostałby zalany masą rosyjskich żołnierzy i sprzętu pancernego – bardziej prawdopodobnym scenariuszem jest jakaś forma konfliktu o niskiej intensywności/hybrydowego, zbliżonego do tego, z jakim mamy do czynienia na wschodzie Ukrainy. Wynika to zarówno z faktu braku zdolności rosyjskiej armii do prowadzenia długich i intensywnych operacji zbrojnych (zwłaszcza poza własnym terytorium) jak i z niecelowości ponoszenia tak dużych nakładów sił i środków wobec wątpliwych korzyści politycznych czy gospodarczych.

Tylko tyle i aż tyle. Dlaczego? Powodów takiego, a nie innego podejścia poszczególnych krajów NATO do problemu należy szukać w ich stosunku do Rosji i obaw związanych z rozwojem sytuacji wewnętrznej w tym kraju,  jak również perspektyw korzyści ze współpracy biznesowej. W wielu stolicach państw zachodnich (także w Waszyngtonie) do dzisiaj do pewnego stopnia pokutuje idea prowadzenia polityki na wschodzie Europy w myśl zasady „Russia First”. I chociaż nie jest to już forma polityki realizmu znana z czasów np. Kissingera, to trudno nie zauważyć wpływu tego myślenia na decyzje polityczne poszczególnych państw, których szefowie uznają „interesy Rosji” w jej najbliższym sąsiedztwie – nawet poza (!) jej granicami. Uczciwie trzeba przyznać, ze część z tych obaw nie jest nieuzasadniona: chaos i konflikt (nawet jeśli byłby to konflikt wewnętrzny, bez polityczno-wojskowego wymiaru międzynarodowego) w państwie wielkości Rosji, wynikający z głębokiej izolacji i kryzysu ekonomiczno-społecznego, musiałby skutkować negatywnymi skutkami w postaci powstania strefy głębokiej niestabilności wewnątrz i wokół granic Federacji Rosyjskiej, a także trudnymi do przewidzenia konsekwencjami sytuacji, w której władze centralne utraciłyby zdolności do kontrolowania własnego arsenału nuklearnego. Już teraz wśród zachodnich analityków popularnym jest pogląd, że następca Władimira Putina może okazać się jeszcze trudniejszym od urzędującego prezydenta partnerem. Wszystko to sprawia, że kraje NATO stosują klasyczną metodę kija i marchewki: z jednej strony deklarują wzmocnienie sił i odstraszanie, z drugiej pozostawiają Moskwie „otwarte drzwi” dla szukania porozumienia i powrotu do współpracy na warunkach zbliżonych do tych sprzed 2007 roku. I może nawet nie byłoby w tym nic złego, gdyby obawa, że Władimir Putin zechce wykorzystać taki obrót spraw do realizacji własnych celów na obszarze tzw. „bliskiej zagranicy”, bez oglądania się na wyciągniętą rękę Brukseli i Waszyngtonu. Wiara w to, że Rosja wróci do polityki współpracy z Zachodem na ten moment wydaje się być naiwną (choć rzecz jasna teoretycznie byłby to scenariusz najbardziej pożądany).

Niestety, ofiarą polityki Waszyngtonu, Paryża i Berlina wobec Rosji poza raz kolejny będzie Europa Środkowa i Wschodnia. W pierwszej kolejności odczują to kraje „frontowe”, pozostające poza Paktem, w swoistej „szarej strefie” bezpieczeństwa z zamrożonymi konfliktami na własnym terytorium: Gruzja, na obszarze której nadal będą funkcjonować separatystyczne republiki (tak jak ma to miejsce faktycznie od 25 lat), Mołdawia z niestabilną sytuacją wewnętrzną i „kamieniem u szyi” w postaci Naddniestrza i oczywiście Ukraina z konfliktem na Donbasie, który najprawdopodobniej będzie tlić się jeszcze przez wiele lat, przynosząc kolejne ofiary i destabilizując sytuację wewnętrzną tego kraju. Najprawdopodobniej Kijów nie doczeka się także realnej pomocy wojskowej od państw, które miały gwarantować suwerenność i integralność terytorialną Ukrainy (tj. od Wielkiej Brytanii i USA); całe szczęście, że wygląda na to, że Ukraina jest w stanie radzić sobie z aktualnym zagrożeniem własnymi środkami. Rzecz jasna, mimo formalnie „otwartych drzwi”, perspektywa członkostwa dla wspomnianych wyżej państw pozostanie jeszcze długo czysto fantastyczną (co ma tą dobrą stronę, że na dłuższą metę powinno pozbawić rządzących złudzeń, które, zdaje się, mają jeszcze niektórzy w Polsce i innych krajach Europy Środkowej). W „drugim rzucie” są kraje Europy Środkowej i Wschodniej, które co prawda są członkami NATO (kraje bałtyckie, Polska, Rumunia), a których sytuacja strategiczna jest i nadal pozostanie niepewną. Choć jak zostało powiedziane wyżej prawdopodobieństwo poważnego konfliktu zbrojnego w dużej skali jest niewielkie, to na wypadek jego wystąpienia (czy nawet zagrożenia konfliktem o uwarunkowaniach zbliżonych do tego na Donbasie) liczenie na jakąkolwiek poważną pomoc sojuszników może okazać się wielkim błędem, jako że zgodnie z zapisami artykułu 5 Traktatu Waszyngtońskiego, w wypadku ataku na jednego z członków, pozostali udzielą mu „takiej pomocy, jaką uznają za niezbędną, nie wyłączając użycia siły zbrojnej”. Innymi słowy, w sytuacji zagrożenia, zanim NATO dojdzie do konsensusu i poszczególni przywódcy uwierzą w ewentualną agresję (niekonieczne w formie zmasowanej inwazji), może być już dawno po wszystkim. Polegać zatem warto jedynie na sobie.

NATO wygląda zatem, że po miesiącach oczekiwań na warszawskie spotkanie i dwóch dniach obrad 8 i 9 lipca, w niedzielę, 10 lipca – i w kolejnych dniach obudzimy się w tym samym świecie i w tej samej sytuacji geopolitycznej w naszej części Europy. Co więc należy robić w tej sytuacji? Jak mawia się gdzieniegdzie w Polsce i na Ukrainie: czyścić broń i zachowywać spokój.

Dariusz Materniak

Share Button

Stoltenberg: Potwierdzamy wsparcie NATO dla Ukrainy

Share Button

W Warszawie zakończyło się posiedzenie Komisji NATO-Ukraina. W konferencji prasowej po spotkaniu wzięli udział sekretarz generalny NATO i prezydent Ukrainy.

„Potwierdzamy wsparcie NATO dla Ukrainy, popieramy plany w zakresie reform i suwernność Ukrainy. Nie uznamy też nielegalnej aneksji Krymu i destabilizacji, do jakiej Rosja doprowadziła na wschodzie Ukrainy” – powiedział Jens Stoltenberg.

„Dziękuję za rozmowy prowadzone w atmosferze solidarności Sojuszu z Ukrainą” – powiedział prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. Zapowiedział kontynuowanie reform sił zbrojnych w celu osiągnięcia do 2020 roku interoperacyjności Sił Zbrojnych Ukrainy z wojskami Sojuszu. Zwiększyć ma się także liczba doradców i instruktorów z krajów Paktu prowadzących szkolenia na Ukrainie.

„Nasze wzajemne relacje są unikalne: szkoląc nas, NATO także się uczy i staje silniejszym” – skomentował minister spraw zagranicznych Ukrainy Pawło Klimkin.

Umowa, jaka została podpisana podczas szczytu NATO w Warszawie obejmuje współpracę pomiędzy NATO a Ukrainą w 40 różnych dziedzinach, zarówno na mocy umów wielostronnych jak i bilateralnych z poszczególnymi państwami Sojuszu. Znajdą się wśród nich m.in. kwestie związane z zagrożeniami hybrydowymi.

W deklaracji znalazł się także zapis o tym, że „drzwi do NATO pozostają otwarte”.

Na podstawie: unian.net, president.gov.ua,

Share Button

Prezydenci Polski i Ukrainy spotkali się podczas szczytu NATO w Warszawie

Share Button

Andrzej Duda i Petro Poroszenko spotkali się podczas obrad Szczytu NATO w Warszawie. Tematem rozmów obu polityków była aktualna sytuacja na Donbasie, a także kwestie historyczne w relacjach obu państw.

Kilka godzin wcześniej ministrowie obrony obu krajów: Antoni Macierewicz i Stepan Połtorak podpisali umowę w sprawie współpracy sił zbrojnych obu krajów w obszarze uzbrojenia i usług wojskowo-technicznych.

O 15.00 rozpoczęło się posiedzenie Rady NATO-Ukraina. „Spotkanie to odbywa się na poziomie głów państw z inicjatywy prezydenta Andrzeja Dudy” – powiedział minister w Kancelarii Prezydenta Krzysztod Szczerski.

„Gest prezydenta Poroszenki jest ważnym krokiem na drodze do tego, by lepiej rozumieć wzajemne kwestie historyczne” – powiedział minister w Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski. Zapowiedział również, że Andrzej Duda weźmie udział w obchodach 25 rocznicy ogłoszenia Deklaracji Niezależności przez Ukrainę 24 sierpnia br.

Odnosząc się do sytuacji na Donbasie, Krzysztof Szczerski stwierdził, że konieczne jest przestrzeganie ustaleń porozumień z Mińska przez wszystkie strony konfliktu – w tym przez prorosyjskich separatystów.

Na podstawie: mil.gov.ua, prezydent.pl

Share Button