niedziela, 21 czerwiec, 2026
pluken
Home / polukr (page 198)

polukr

Ukraińskie transportery BTR-4M będą produkowane w Indonezji

Share Button

Przedsiębiorstwo UKROBRONOPROM planuje uruchomienie licencjonowanej produkcji transporterów opancerzonych BTR-4M w Indonezji.

Przeniesienie produkcji jest związane z planami Korpusu Piechoty Morskiej Indonezji, który planuje zastąpić ok. 100 posiadanych aktualnie pojazdów typu BTR-50 (pochodzących jeszcze z dostaw z ZSRR) nowym sprzętem. We wrześniu br. dostarczono pięć pierwszych pojazdów BTR-4M, a ich przyjęcie do służby ma nastąpić do końca 2016 roku.

Kontrakt na dostawy transporterów został podpisany jeszcze w 2014 roku, jednak jego realizacja znacząco opóźniła się wobec konfliktu zbrojnego na Donbasie i konieczności zabezpieczenia przez UKROBRONOPROM przede wszystkim potrzeb Sił Zbrojnych Ukrainy.

Na podstawie: defence-blog.com,

Share Button

Lato 2014 roku na Donbasie: wspomnienia ukraińskiego oficera

Share Button

Rozmowa z kpt. Kirilem Snigurem, oficerem LITPOLUKRBIG, o jego wspomnieniach z walk na Donbasie w 2014 roku.

Jak zapamiętał Pan początek wojny na Donbasie?

Prawdziwy początek wojny to był maj 2014 roku, gdy wyjechałem do strefy ATO razem z moją brygadą, 60 Brygadą Zmechanizowaną, gdzie byłem na stanowisku dowódcy plutonu. Ten pierwszy okres wojny dla mnie trwał około trzech miesięcy. W tym czasie często zmienialiśmy pozycje, przemieszczając się toczyliśmy walki w obwodzie ługańskim. 9 maja nasz pociąg przemieszczający się w stronę Ługańska został zatrzymany przez grupę osób w cywilnych ubraniach, w tym także uzbrojonych w broń, głównie myśliwską, by nie dopuścić do naszego wjazdu w ten rejon. Wówczas, wezwał nas dowódca naszego batalionu i powiedział, że te działania, to już nie są ćwiczenia, a realne starcie z przeciwnikiem, z ludźmi, którzy są nastawieni prorosyjsko i wrogo do wojska ukraińskiego. Zrozumieliśmy to dokładnie, gdy zginął pierwszy żołnierz z naszej jednostki.

Jaki był stosunek do Was ze strony lokalnych mieszkańców? Czy były widoczne silne nastroje prorosyjskie?

Trzeba tu jednak dodać, że gdy przemieszczaliśmy się przez tereny wiejskie w obwodzie ługańskim, wielokrotnie mieszkańcy, zwłaszcza starsi witali nas i zapraszali do swoich domów. Wielu ludzi jednak ulegało rosyjskiej propagandzie w mediach. Dlatego zrozumiałą jest zdystansowana czy wręcz wroga reakcja, jako że wielu ludzi nie miało wcześniej jakiejkolwiek styczności z ukraińską armią – na Donbasie nie stacjonowały przed ATO żadne jednostki wojskowe. Zdarzało się też, że mieszkańcy ostrzegali nas o zaminowanych mostach, wielu z nich było realnie pro ukraińskimi i udzielało nam pomocy, mimo obaw o własne bezpieczeństwo. Z kolei nie można było wówczas liczyć na wsparcie lokalnej Milicji czy innych struktur MSW, które rozpadły się na początku kryzysu. Jednak bywały i takie sytuacje, że lokalni mieszkańcy za pieniądze informowali przeciwnika o naszych pozycjach.

Każda z brygad miała swoje strefy działania: nasza jednostka po zabezpieczeniu danego obszaru przemieszczała się naprzód, pozostawiając zajęte pozycje batalionom obrony terytorialnej. Nieraz zdarzało się, że nasze pozycje były w okrążeniu i dostawy żywności czy amunicji wymagały walk. Zwykle w ciągu dnia panował spokój, większość starć toczyła się nocami, gdy lokalni bojownicy prowadzili ostrzały, początkowo z lekkiej broni strzeleckiej. Rozkazy wskazywały, że na ostrzał możemy odpowiadać w analogiczny sposób.

Jak wyglądały działania w strefie ATO?

Działania, jakie prowadziliśmy w ATO polegały na rozminowaniu oraz przygotowaniu stanowisk dla sprzętu zmechanizowanego. Budowaliśmy także fortyfikacje i systemy ostrzegania dla blok postów, złożone np. z min, które po naruszeniu ich powodowały wystrzeliwanie rakiet sygnalizacyjnych i ostrzegały o zbliżaniu się przeciwnika. Często trzeba było także usuwać blokady, na przykład z powalonych drzew, gdy dochodziło do blokowania naszych kolumn. W jednym z takich wypadków, koło miasta Rubieżne, gdy doszło do zablokowania naszej kolumny, okazało się, że za blokadę tą odpowiadają bojownicy z Czeczenii. Wówczas, pojawił się na miejscu Rosjanin, który przedstawił się jako kapitan GRU i zaproponował pozostawienie sprzętu wojskowego i wycofanie się. My odmówiliśmy i zaczęła się strzelanina z obu stron – kilku czeczeńskich bojowników zginęło, a naszej kolumnie udało się opuścić to miejsce i dojechać do dworca kolejowego w Rubieżnym, gdzie również doszło do starcia z Czeczenami i Rosjanami. W ataku na ten dworzec brał udział także jeden z separatystycznych batalionów ochotniczych, umundurowanych, ale w różnego typu mundury, także z krajów zachodnich – wówczas doszło między nimi do nieporozumienia i bojownicy z Czeczenii zaczęli strzelać do prorosyjskich ochotników myśląc, że są przez nich atakowani. Nasi żołnierze zaczekali, aż Czeczeni zajęli cały dworzec i dopiero wtedy na nich uderzyli z użyciem wozów BMP-2. Po tym starciu zajęliśmy pozycje obronne wokół Rubieżnego. Zaminowaliśmy podejścia i tory, tak, aby nie dopuścić przemieszczania się sił separatystów. Nasze pozycje często były ostrzeliwane m.in. z moździerzy 82mm, a także z granatników i przez snajperów.

Z czasem ukraińskiej armii udało się przejść do ofensywy?

17 czerwca otrzymaliśmy rozkazy zmiany miejsca dyslokacji, na kierunek zbliżony do lotniska w Ługańsku – ok. 5 km od obwodnicy miasta. My – kompania rozpoznania i saperzy, mieliśmy zająć wzgórze znajdujące się w tym rejonie i utrzymać go do przybycia jednostek zmechanizowanych. Nad ranem usłyszeliśmy nadjeżdżający czołg – był to rosyjski T-80, co poznaliśmy po dźwięku turbiny i rosyjskiej fladze. Na szczęście nie zauważył on naszych pozycji. W tym czasie także coraz częściej zaczęło się używanie artylerii, także o kalibrze 122mm – wyrzutni BM-21 GRAD. Nasze pozycje ostrzeliwano z Ługańska, z pozycji położonych obok szpitala dla dzieci. Celowo parkowano GRAD-y obok szpitala, nadal pracującego, tak, by nie można było odpowiedzieć na ogień naszą artylerią. Ostatecznie, ta wyrzutnia została zniszczona przez żołnierzy naszych jednostek rozpoznawczych, którzy zresztą potwierdzili, że pojazd pochodził z Rosji – posiadał nawet rosyjskie znaki rozpoznawcze.

Potem jednak w ten konflikt mocniej zaangażowała się Rosja?

Tak, z czasem coraz więcej sprzętu, w tym artylerii zaczęło docierać z Rosji. Nasze pozycje były ostrzeliwane nie tylko z GRAD-ów, ale także z wyrzutni 220mm typu Tornado. Dlatego trzeba było większość czasu spędzać w przygotowanych wcześniej bunkrach. Przeciwnik stosował także ogień kontrbateryjny w odpowiedzi na nasze ostrzały, dlatego nasza artyleria musiała bardzo szybko, nawet w ciągu kilku minut, zmieniać swoje pozycje. Mimo tego, w lipcu i początkiem sierpnia były cały czas prowadzone działania ofensywne, tak, by otoczyć Ługańsk siłami ukraińskiej armii, w tym głównie 80 Brygady Powietrznodesantowej. To się udało niemal całkowicie w połowie sierpnia: nawet trasa z Ługańska do Rostowa nad Donem byłą przez nas zablokowana.

Pamiętam też wypadek, gdy już na terytorium Ukrainy wchodziły rosyjskie wojska, w tym jedna duża kolumna złożona z czołgów, transporterów opancerzonych, artylerii. Widzieliśmy wówczas nasze wyrzutnie pocisków rakietowych o kalibrze 300mm, przygotowujące się do strzelania na duży dystans, na granicy ich zasięgu, czyli ponad 90 km. Potem dowiedzieliśmy się, że nasi artylerzyści zniszczyli pół tej kolumny, a druga połowa poniosła straty i w panice zawróciła do Rosji. W tym czasie byliśmy praktycznie non stop i w dzień, i w nocy, ostrzeliwani przez rosyjską artylerię.

Podobno ma Pan pseudonim „Polak”. Skąd on się wziął?

Na początku września 2014 roku byłem wysłany ze strefy ATO do Zaporoża. Stąd zadzwoniono do mnie ze sztabu generalnego z propozycją wyjazdu do Akademii Obrony Narodowej w Warszawie, na kurs języka angielskiego. Po zakończeniu tego kursu wróciłem również do strefy ATO. Z kolei wcześniej uczyłem się języka polskiego na kursie na Ukrainie, lecz dopiero ten pobyt w AON pozwolił mi nauczyć się mówić dość dobrze po polsku – i wówczas, w czasie mojego drugiego pobytu w ATO otrzymałem pseudonim „Polak”, jako dobrze znający język polski.

Rozmawiał: Dariusz Materniak

Fot. facebook.com/kiril.snigur?fb

Share Button

Dyrektor Transparency International: mamy projekt ustawy o „zagranicznych agentach”

Share Button

Dyrektor wykonawczy Transparency International Ukraina Jarosław Jurczyszyn na łamach „Ukraińskiej Prawdy” napisał o zarejestrowaniu w Radzie Najwyższej Ukrainy projektu ustawy o „zagranicznych agentach”.

Projekt, o którym mowa został zgłoszony przez deputowanego partii „Wolność”, Jurija Derewianko 28 października br. Zdaniem Jarosława Jurczyszyna projekt ten zagrozi walce z korupcją na Ukrainie. W ustawie miałyby zostać uwzględnione wszystkie organizacje, które realizują projekty na Ukrainie finansowane ze źródeł zewnętrznych, mające na celu przeciwdziałanie i walkę z korupcją.

W założeniu chodzi o to, że podmioty o których mówi ustawa powinny składać e-deklaracje. „Zdawałoby się, że chodzi o to, by pokazać za co żyją antykorupcjonerzy. Sami o tym myśleliśmy i chcieliśmy takie deklaracja przedstawić, przynajmniej jako Transparency International (…) ale „diabeł tkwi w szczegółach” (…) chodzi o to, by uniemożliwić, albo przynajmniej maksymalnie utrudnić działalność międzynarodowych partnerów Ukrainy, którzy inwestują w walkę z korupcją” – napisał Jarosław Jurczyszyn na swoim blogu na łamach „Ukraińskiej Prawdy”.

„Bez takich inwestycji nie byłoby ani Narodowej Agencji ds. Zapobiegania Korupcji, ani e-deklaracji ani Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy” – dodaje Jurczyszyn.

Przypominamy, że ustawy o „zagranicznych agentach” są przyjmowane najczęściej przez reżimy autorytarne i pseudodemokracje. Podobną ustawę uchwalono na początku 2014 roku, jeszcze za rządów Wiktora Janukowycza. Z kolei deputowany, będący inicjatorem projektu ustawy był już wielokrotnie oskarżany o defraudacje i malwersacje finansowe i nie cieszy się on publicznym zaufaniem na Ukrainie, zwłaszcza po upublicznieniu informacji o posiadanym mieniu o ogromnej wartości w e-deklaracji.

Na podstawie: pravda.com.ua

Share Button

Olga Koszarna: personel średniego szczebla w ukraińskich firmach energetycznych pracuje na rzecz Rosji i sabotuje współpracę z UE i Polską

Share Button

14 października ukraińska delegacja wzięła udział w posiedzeniu Rady Ministrów Europejskiej Wspólnoty Energetycznej. W rezultacie, Rada zatwierdziła propozycję Ukrainy co do realizacji projektu „Most energetyczny Ukraina-UE”, która ma być realizowana przy wsparciu Komisji Europejskiej i krajów członkowskich UE.

Mowa była także o kilku innych projektach współpracy, m.in. złożono propozycje, mające otrzymać status „projektów wspólnego interesu”. W sferze elektroenergetyki mowa była o połączeniu systemów energetycznych Ukrainy z europejskim systemem ENTSO-E, w którym mają zostać włączone linie przesyłowe na trasie pomiędzy Chmielnickim a Rzeszowem, jak również m dojść do rekonstrukcji linii Mukaczewo-Wielkie Kapuszany (Słowacja) oraz linii Południowoukraińska AEC – Isakcza (Rumunia).

O ukraińskiej energetyce atomowej Portal Polsko-Ukraiński polukr.net zapytał Olgę Koszarną, dyrektora ds. wsparcia informacyjnego „Ukraińskiego Forum Atomowego”.

Ile energii elektrycznej produkuje Ukraina i jak wiele jest produkowane przez elektrownie atomowe?

W różnych latach były to różne ilości. Obecnie, przez ostatnie dwa i pół roku trwającej wojny na Donbasie ukraiński przemysł zużywa mniej energii – zmniejszyło się zapotrzebowanie. 15 bloków energetycznych ukraińskich elektrowni atomowych (AEC) w 2015 roku wyprodukowało 80 miliardów kWh energii elektrycznej. Łączna ilość wyprodukowana w 2015 roku to ok. 160 mld kWh. W 2015 roku elektrownie atomowe wyprodukowały 57% energii elektrycznej, elektrociepłownie – 31%, elektrownie wodne – 4,5% a ciepłownie – 6,25%.

W czasach rządów Wiktora Janukowycza produkcja energii w AEC była celowo ograniczana, być dać możliwość zarobienia większych pieniędzy firmie DTEK (największa firma energetyczna Ukrainy, stworzona dla zarządzania biznesem energetycznym grupy CKM, której przedsiębiorstwa zajmują się wydobyciem i sprzedażą węgla kamiennego – przy. polukr.net). DTEK należy do Rinata Achmetowa (najbogatszy obywatel Ukrainy, założyciel grupy CKM, blisko związany z b. prezydentem Wiktorem Janukowyczem). I tak, w 2013 roku AEC wyprodukowały 44% energii elektrycznej, ponadto miały śmiesznie niskie taryfy za sprzedawaną energię – trzykrotnie mniejsze od tych, które miała firma DTEK. Z kolei gdy rozpoczęła się wojna na Donbasie, zwłaszcza w miesiącach letnich elektrownie atomowe pracowały więcej, by umożliwić elektrociepłowniom gromadzenie węgla na zimę.

Zatem obecne wskaźniki pracy AEC wskazują, że mogą one produkować więcej?

Tak, oczywiście mogą. Ale jest kilka „ale”. Nasz system energetyczny pozostaje nieuregulowanym. Jest niewiele możliwości „manewrowania” energią, pozwalających na włączanie kolejnych źródeł energii w godzinach największego spożycia. W krajach rozwiniętych wykorzystuje się do tego celu np. elektrownie wodne i turbiny parowo-gazowe. Z kolei elektrownie atomowe powinny pracować na tej samej mocy nominalnej i dawać zrównoważone dostawy. Na Ukrainie trudno jest o możliwości budowy elektrowni wodnych, mieliśmy także trzy sezony z niskimi stanami wód, dlatego produkcja energii spadła z 5 do 3%. Dlatego też, w godzinach szczytu pracują przede wszystkim elektrownie węglowe.

Kto jest głównym odbiorcą energii elektrycznej na Ukrainie – przedsiębiorcy czy zwykli mieszkańcy?

Indywidualni odbiorcy zużywają ok. 31% energii, przemysł – 42%, transport – 7%, służby komunalne – 13%. W ciągu dwóch i pół roku spadło wykorzystanie energii elektrycznej przez przemysł w związku z wojną na Donbasie, jako że wiele z energochłonnych firm zlokalizowanych było właśnie tam.

Jak wyglądają taryfy w ukraińskiej energetyce w porównaniu z europejskimi?

Formułuje się ceny hurtowe. Dla przykładu: elektrownie atomowe mają taryfę w wysokości 52 kopiejki za kWh, elektrociepłownie – 1,63 UAH za 1 kWh, a „zielona” energia – 17 UAH za 1 kWh. Następnie te wartości sumuje się i oblicza średnią cenę. Na jej podstawie „Energorynok” (przedsiębiorstwo państwowe, które zajmuje się regulacją funkcjonowania rynku energii elektrycznej na Ukrainie – przyp. polukr.net) sprzedaje energię elektryczną odbiorcom. Średnia wartość rynkowa w marcu 2016 roku wynosiła 1,41 UAH za 1 kWh. Dla obiorcy indywidualnego ceny te są niższe – 0,57 UAH za 1kWh (dla przykładu w Polsce – 0,56 zł za 1 kWh – przyp. polukr.net), co pokazuje, że państwo subsydiuje ceny dla mieszkańców. Na Ukrainie nie ma normalnego rynku w tym obszarze: odbiorcy indywidulni płacą mniej, firmy więcej, a państwo dotuje. Równocześnie energetyka atomowa faktycznie dotuje energię wiatrową czy słoneczną.

Nowy model rynku energii elektrycznej, przyjęty w projekcie Rady Najwyższej ma zmienić ten stan rzeczy i rozwiązać problemy. Rynek powinien stać się otwartym i konkurencyjnym, tak, aby zmuszać firmy do działań, które pozwolą im konkurować na rynku europejskim, kiedy już będzie można na niego wyjść.

Czy i jakie są perspektywy rozwoju energetyki atomowej na Ukrainie?

To zależy od zbalansowania naszego systemu energetycznego. Ale mam wielką nadzieję, że tak się stanie, kiedy dojdzie do liberalizacji rynku energii na Ukrainie i przedsiębiorstwo „Energoatom” (operator wszystkich elektrowni atomowych na Ukrainie – przy. polukr.net) będzie mogło podpisywać dwustronne porozumienia o dostawach energii elektrycznej dla firm. Reforma w tym obszarze przewiduje także liberalizację rynku usług pomocowych i innych związanych z tym sektorem. Wówczas będzie możliwa konkurencja.

Aktualnie państwo wykorzystuje „Energoatom” do subsydiowania społeczeństwa. A także to przedsiębiorstwo powinno przynosić zyski – jednak póki co wykorzystywane jest do rozwiązywania problemów socjalnych. Tymczasem „Energoatom” powinien mieć takie możliwości jak DTEK. Mam nadzieję, że wsparcie dla „zielonej” energetyki do 2030 roku nie będzie odbywać się wyłącznie na koszt energetyki atomowej. Trzeba znaleźć taki mechanizm wsparcia, aby był on sprawiedliwym dla wszystkich uczestników rynku. Niestety, w aktualnie przyjętej ustawie, sytuacja nie ulega zmianie – i to niedobrze, gdyż narusza prawa wolnego rynku.

Elektrownia atomowa w Chmielnickim /Fot. wikipedia.org
Elektrownia atomowa w Chmielnickim /Fot. wikipedia.org

Czy jest przewidziana liberalizacja tego sektora i przejście z czasem na model rynkowy? Czy Ukraina wzięła na siebie takie zobowiązania i czy są one regulowane międzynarodowymi porozumieniami?

Tak. Po pierwsze, w 2010 roku staliśmy się członkiem „Wspólnoty Energetycznej UE i krajów Południowo-Wschodniej Europy”. Obowiązują tam odpowiednie dyrektywy, które Ukraina zobowiązała się wcielić w życie, także co do regulacji rynku energii elektrycznej: jednak jak na razie przekroczyliśmy termin, które sami przyjęliśmy. Jeszcze w 2013 roku przyjęta została ustawa o rynku elektroenergii, ale jak dotąd nie jest ona realizowana. Niedawno, w pierwszym czytaniu przyjęto nową ustawę. Jej sens polega na tym, że przyznaje prawo zawierania umów dwustronnych pomiędzy producentami energii elektrycznej a odbiorcami. Ponownie jednak dochodzimy do problemu finansowania „zielonej” energetyki przez atomową – być może do 2019 roku, być może dłużej. Regulacje dotyczące tego sektora są zapisane także w „Umowie stowarzyszeniowej pomiędzy UE a Ukrainą”.

Co wiadomo o polsko-ukraińskiej współpracy w sektorze elektroenergii i w kwestii możliwości eksportu energii do Polski?

Istnieje projekt pod nazwą „Most energetyczny Ukraina-UE”. Został przygotowany przez polskiego biznesmena, Jana Kulczyka. Idea projektu to wykorzystanie już istniejących linii przesyłowych od jednego z bloków elektrowni atomowej w Chmielnickim do Rzeszowa (właściwie Widełka k. Rzeszowa – linia o napięciu 750 kV – przyp. polukr.net). Miały zostać podpisane porozumienia w sprawie dostaw energii z tego bloku do Polski, a Jan Kulczyk był gotów by szukać na Zachodzie inwestorów dla budowy trzeciego i czwartego bloku Chmielnickiej AEC dla rozwoju tego projektu. Projekt został pozytywnie oceniony przez ukraiński rząd, był przygotowany plan, ale póki co jego wdrożenie przeciąga się w czasie…

Jeżeli teraz nie zrealizujemy tego pomysłu, nie zaczniemy eksportować energii do Polski, to wyprzedzą nas Rosjanie, którzy budują na Białorusi dwa nowe bloki energetyczne. Prace postępują szybko. Co więcej, Rosja chce budować nowe bloki także w obwodzie Kaliningradzkim, również orientując się na współpracę z Polską.

Czy istnieją problemy techniczne dla realizacji tego projektu?

Jeżeli mowa o wykorzystaniu linii do Rzeszowa, to wymaga ona pewnych zmian dla utrzymania stałego napięcia. Dlatego istniała koncepcja wydzielenia bloku Chmielnickiej AEC z ukraińskiego systemu energetycznego i włączenia go do tzw. „wyspy bursztyńskiej” (umowne terytorium Elektrociepłowni w Bursztynie, włączone do systemu energetycznego UE, co pozwala na eksport energii do krajów unijnych – przyp. polukr.net), która  jest już zsynchronizowana z systemem UE. To możliwe, nie jest to nawet problem kosztów. Rzecz w tym, że na Ukrainie takie kwestie rozstrzyga „UkrEnergo” (struktura podporządkowana rządowi Ukrainy, kierująca systemem energetycznym Ukrainy, eksploatacją magistrali i linii przesyłowych, w tym międzynarodowych – przyp. polukr.net). Są tam ludzie, którzy nadal znajdują się pod wpływem rosyjskiego biznesu i nie są zainteresowani w realizacji „projektu Kulczyka”, o którym mowa była wyżej. Nie chcą integracji sektora energetycznego z UE, ale synchronizacji naszych systemów z Rosją i hamują działania realizowane na tym odcinku. To wszystko mimo tego, że na szczeblu rządowym i prezydenckim istnieje pełne poparcie dla omawianego projektu. Ze swojej strony „Energoatom” robi wszystko, by wcielić tą inicjatywę w życie, jako że jest nią zainteresowany. Gdyby to się udało, Ukraina mogłaby sprzedawać energię elektryczną nie tylko do Polski, ale i do innych krajów UE, co przyniosłoby korzyści i Polsce i Ukrainie.

O jakich sumach mowa?

Był okres czasu, kiedy absolutny monopol na eksport ukraińskiej energii elektrycznej do UE miał Rinat Achmetow i DTEK. Sprzedawał energię do Czech, Słowacji, na Węgry – do 10 mld kWh za ok. 300 mln dolarów rocznie. Ukraina mogłaby sprzedawać energię z nadwyżek produkowanych w elektrowniach atomowych. Zresztą już teraz niewielkie ilości energii z „wyspy bursztyńskiej” trafiają do Polski.

Elektrociepłownia w Burztynie/ Fot. burshtyn-rada.if.gov.ua
Elektrociepłownia w Burztynie/ Fot. burshtyn-rada.if.gov.ua

Integracja ukraińskiego systemu energetycznego z europejskim będzie być może jednym z najważniejszych kroków integracji gospodarczej Ukrainy z UE, ale przeszkadza temu grupa urzędników średniego szczebla, związanych z Rosją?

Na to wygląda. Istnieją porozumienia międzynarodowe, które podpisała Ukraina w tej sprawie. Ale mówiąc szczerze, jest u nas silne lobby prorosyjskie, taka „piąta kolumna”. Dlatego przez 2,5 roku straciliśmy wiele możliwości. Moskwa za pomocą swoich ludzi stara się, byśmy nadal byli związani gospodarczo. Udało się jednak dokonać pewnych kroków naprzód – zaczęliśmy kupować na Zachodzie Uran-235, podczas gdy Rosja dążyła do tego, by uzależnić nas od swoich dostaw. Teraz wyszliśmy z tej zależności i w pełni uniezależniliśmy się od rosyjskich specjalistów.

Jak wygląda sytuacja związana z bezpieczeństwem w ukraińskich AEC?

Są dwa terminy opisujące tą problematykę: z języka angielskiego: „nuclear safety” i „nuclear security”. Pierwszy dotyczy bezpieczeństwa dla ludzi, drugi – zabezpieczenia przed szkodliwą działalnością niepożądanych osób.

Co do „nuclear safety” to Ukraina od dawna ma dobre rezultaty jeśli idzie o wdrażanie procedur bezpieczeństwa reaktorów. Jesteśmy członkiem Światowej organizacji operatorów AEC, współpracujemy z MAGATE (Światowe Forum Współpracy w obszarze pokojowego wykorzystania energii atomowej – przyp. polukr.net), periodycznie są prowadzone inspekcje reaktorów i oceniany jest poziom bezpieczeństwa. Mamy przykłady dobrych praktyk, gdy nasze technologie są rekomendowane dla wprowadzenia w innych krajach. Wyprzedziliśmy wiele krajów UE we wdrażaniu tzw. „praktyk anty-fukushimskich”, kiedy pracowano nad zwiększeniem bezpieczeństwa w sytuacjach analogicznych do awarii w Japonii.

Co do „nuclear security” to w związku z działaniami wojennymi, pojawiło się spore zaniepokojenie. Mamy na przykład elektrownię w Zaporożu, najbliższą do strefy walk na Donbasie. W ciągu 2,5 roku znacząco wzmocniono fizyczne możliwości ochrony AEC – wynika to m.in. z tego, że Ukraina jest stroną międzynarodowej konwencji ws. ochrony materiałów radioaktywnych. Odpowiednie dokumenty w tej sprawę pozostają utajnionymi, zawierają możliwe scenariusze ataków na obiekty atomowe: ile osób może dokonać takiego ataku, jakimi środkami, jaką bronią, itp. Zachodni partnerzy z UE i USA aktywnie pomagają w rozbudowie zabezpieczeń, również na mocy umów dwustronnych. Jest także odrębny program współpracy z NATO dotyczący tych kwestii.

Rozmawiał: Ihor Tymots

Share Button

Październik na Donbasie: sytuacja pozostaje napięta

Share Button

Pomimo trwającego procesu negocjacji w sprawie rozwiązania kryzysu we wschodniej Ukrainie, sytuacja na Donbasie nadal pozostaje napiętą.

Pod koniec września podczas rozmów w Mińsku, uzgodniono rozpoczęcie wycofywania wojsk od linii rozgraniczenia w miastach Zołote, Petriwske oraz w Stanicy Luganskiej. Proces ten mieli kontrolować przedstawiciele Specjalnej Misji Monitorującej OBWE.

Jak na razie jednak, wycofanie wojsk prowadzone jest wyłącznie w Petriwskim i Zołotym. W Stanicy Ługańskiej proces ten został zatrzymany przez stronę ukraińską z powodu ciągłych ostrzałów artyleryjskich miasta przez prorosyjskich bojowników.

20 października liderzy państw tzw. formatu normandzkiego zgodzili się przygotować do końca listopada br. tzw. mapę drogową realizacji porozumień mińskich. Jak na razie jednak uzgodnień wymagają stanowiska stron, w tym Kijowa, który domaga się tego, by “pod kontrolą Ukrainy powinno znaleźć się terytorium przechwycone przez bojowników po podpisaniu porozumienia Mińsk-1 we wrześniu 2014r.” – o czym poinformował szef MSZ Ukrainy, Pawło Klimkin. Z kolei Rosja domaga się przeprowadzenia wyborów na terytoriach okupowanych bez przywrócenia Ukrainie kontroli nad granicą,co również jest sprzeczne z warunkami, określonymi w porozumieniach z Mińska.

28 października przedstawiciel USA przy OBWE poinformował, że “Specjalna Misja Monitrująca OBWE zaobserwowała wypadki przerzucania broni oraz żołnierzy z Rosji na terytorium okupowanego Donbasu”.

W październiku prorosyjscy bojownicy przeprowadzili 1336 ataków na Siły Zbrojne Ukrainy. W wyniku ataków w zeszłym miesiącu zginęło 11 żołnierzy Sił Zbrojnych Ukrainy, a 112 zostało rannych.

Źródło: Volunteer Info

Share Button

Ukraina spłaca długi i uniezależnia się od paliwa jądrowego z Rosji

Share Button

Ukraina zamierza do końca 2016 roku spłacić dług za paliwo jądrowe zakupione w Rosji. Długofalowo już pracuje nad zastąpieniem go dostawami od amerykańsko-japońskiego Westinghouse.

O tym, że Kijów chce spłacić dług poinformował prezes rosyjskiego TVEL – spółki należącej do Rosatomu, odpowiedzialnej za sprzedaż paliwa jądrowego – Oleksandr Grigoriew.

W kwietniu 2016 roku zostały zamrożone konta Energoatomu. Pomimo rosnącego długu TVEL nadal dostarcza paliwo do ukraińskich elektrowni jądrowych. W tym roku dotarło do nich 12 transportów. Kontrakt obowiązuje do końca cyklu życia reaktorów ukraińskich. Co roku dochodzi jednak do rewizji wolumenu, terminarza i cen dostaw.

W ośmiu miesiącach 2016 roku dostawy z TVEL stanowiły 69 procent wolumenu sprowadzanego z zagranicy przez Ukraińców. 31 procent zapewnił wtedy Westinghouse. Energoatom ogłosił, że w tym roku zamierza sprowadzić od amerykańsko-japońskiej firmy ponad jedną trzecią paliwa potrzebnego do pracy ukraińskim elektrowniom jądrowym.

Energoatom jest operatorem czterech elektrowni jądrowych, w których pracuje 15 reaktorów jądrowych w technologii VVER: : Chmielnicki (2 reaktory), Równe (4), Południowoukraińska (3) i Zaporoże (6).

Źródło: biznesalert.pl

Share Button

Marcin Rey: Obrona informacyjna powinna być zasadniczym elementem obrony narodowej

Share Button

„W doktrynie rosyjskiej wojna informacyjna jest podstawową częścią składową oręża, na tej samej zasadzie, co wojska lądowe, lotnictwo i marynarka. Chodzi o to, by nie musieć walczyć, tylko doprowadzić przeciwnika – czyli nas – do stanu ducha, w którym sami zrezygnujemy z walki w razie ataku. Trzeba wreszcie z tego wyciągnąć wnioski i uczynić z obrony informacyjnej zasadniczy element obrony narodowej” – mówi w rozmowie z PolUkr.net Marcin Rey, założyciel profilu Rosyjska V Kolumna w Polsce.

Adam Lelonek: Niewiele osób zastanawia się pewnie jak ciężką pracę wykonujesz, śledząc każdego dnia aktywność rosyjskich trolli, propagandystów i mówiąc wprost – agentów wpływu Kremla i łącząc je w swoich wpisach na Facebooku w logiczną i spójną całość. Jeszcze mniej osób zapewne zdaje sobie sprawę jak jest to niebezpieczne. Jak to wygląda z Twojej perspektywy?

Marcin Rey: Od razu muszę sprostować – na profilu „Rosyjska V Kolumna w Polsce” ani razu nie nazwałem nikogo agentem, nawet lidera partii „Zmiana” Mateusza P. Został zatrzymany przez ABW właśnie pod tym zarzutem, ale trzeba poczekać na rozstrzygnięcie sądowe.

Redagowanie profilu to rzeczywiście sporo pracy, ale nie wykonuję jej sam – korzystam z nieocenionej pomocy wielu czytelników profilu, którzy przekazują informacje, które sprawdzam, kompiluję i opisuję. Nie publikuję też codziennie, czasem mam przerwy kilkutygodniowe, bo przecież nikt mi za tą działalność nie płaci i muszę też zarabiać na życie.

Spotkało mnie trochę nieprzyjemności ze strony naszych przeciwników, jednak nie uważam, by ta praca była aż tak bardzo niebezpieczna. Uważam, że może i powinien ją podjąć każdy polski patriota. Obronimy się przed rosyjską dywersją informacyjną, kiedy wiele obywateli się zabierze za codzienną walkę. Nie robię niczego nadzwyczajnego: każdy może zrobić research w Internecie, każdy może poświęcić półgodzinny wieczorem, by potrolować prokremlowskich działaczy. Gdyby nas było choćby kilka tysięcy, nakrylibyśmy to całe towarzystwo czapkami.

Państwo tego za nas nie załatwi, potrzebne jest zaangażowanie społeczne. Ludzie angażują się w obronę terytorialna, ćwiczą na wypadek wojny, powinni też angażować się w obronę informacyjną. Może nawet jest to ważniejsze, bo wojna z Rosją w sensie militarnym jest ewentualnością, natomiast wojna informacyjna trwa a wygląda na to, że tylko agresor w niej walczy.

Jakie podstawowe metody rosyjskiej propagandy są najbardziej rozpowszechnione, a z jakimi najtrudniej walczyć?

W Polsce główne media rosyjskie da zagranicy, takie jak Sputnik czy Russia Today, nie mają takiego posłuchu, jak w niektórych krajach zachodnich. Dezinformacja sączy się przede wszystkim przez przeróżne portale, profile społecznościowe i drobne ugrupowania polityczne. Trolling zorganizowany – zaśmiecanie przestrzeni dziesiątkami tysięcy komentarzy pisanymi w Rosji – jest zjawiskiem realnym, ale dominują tzw. „samosiejki”: obywatele Polscy, którzy szczerze się dali przekonać propagandzie rosyjskiej i powielają ją dalej tym skuteczniej, że są autentyczni.

„Samosiejki” są jednocześnie ofiarami i rozsadnikami propagandy. Gdyby to byli agenci, byłoby pięknie: „wystarczyłoby” ich wyaresztować. Dopatrywanie się tu agentury jest formą wyparcia – nie chcemy przyjąć do wiadomości, że wyrosło nam w Polsce stronnictwo prorosyjskie. Czeka nas długa walka polityczna. Tych z nich, którzy posuwają się do brudnych metod – pomówienia, przemoc – trzeba tępić, ale całą resztę będzie trzeba albo przekonać, albo skontrować argumentami. Kłopot w tym, że na razie patriotycznie, lecz nie prokremlowsko nastawieni Internauci prawie wcale nie wchodzą w zwarcie z tymi legionami przyjaciół Putina. Uważam, że trzeba.

Czy potrzebujemy „Ministerstwa Informacji” na wzór tego na Ukrainie?

Nie wydaje mi się. W Polsce mamy głęboki podział polityczny i groziłoby to upartyjnieniem obszaru przeciwdziałania rosyjskiej dywersji informacyjnej. Czy rządzący oparliby się pokusie, by wykorzystać taką instytucję do zarzucania opozycji domniemanej inspiracji rosyjskiej? Zarówno opozycja jak i obecny obóz rządzący już nadużywali tego argumentu. To szkodliwe, bo tępi ostrze tym, którzy rzetelnie opisują to zjawisko.

Wierzę raczej w oddolne i zdecentralizowane formy obrony informacyjnej. Podstawowym kanałem rosyjskiej dezinformacji jest Internet. Farmę trolli może stworzyć dyktatura taka, jak Rosja, natomiast demokracja nie potrafi i nie powinna. Wydaje mi się, że próba bezpośredniego oddziaływania struktur państwowych na Internet nie sprawdzi się, wyjdzie sztucznie i sztywnie. Internet tego „nie kupi”. Rolą Państwa jest natomiast zapewnienie poczucie bezpieczeństwa obywatelom, którzy zechcą się zaangażować w tą walkę. Nie może być dalej tak, że policja i prokuratura lekceważy i umarza sprawy związane z pogróżkami wobec działaczy antykremlowskich czy proukraińskich, a propagandyści sięgający po takie metody cieszą się uzasadnionym poczuciem bezkarności.

Natomiast Państwo na pewno powinno stworzyć przekrojową strukturę przeciwdezynformacyjną na użytek wewnętrzny, rozsyłającą ostrzeżenia, coś w rodzaju „helpdesku”, gdzie każdy urzędnik będzie mógł zasięgnąć informacji, zanim się da podpuścić. Bez tego będą kolejne przypadki, gdzie minister rządu będzie w dobrej wierze powtarzał informacje, które w rzeczywistości są rosyjskimi wrzutkami. Taka struktura musi naturalnie korzystać z informacji służb, lecz potrzebne jest także nowatorskie podejście organizacyjne, by współpracować z obywatelami zarówno dla pozyskiwania, jak i dla rozpowszechniania informacji.

Czy w Twojej ocenie państwo polskie zdaje egzamin na froncie informacyjnym? Mamy w ogóle szanse na zwycięstwo dzięki działaniom administracyjnym lub politycznym?

Na razie nie za bardzo, ale żaden kraj zachodu nie jest wiele lepszy. Politycy dopiero się budzą, świadomość zjawiska jest jeszcze niewielka. Odpowiednia komórka Unii Europejskiej zajmująca się opisywaniem rosyjskiej dezinformacji dla mediów nie ma żadnego budżetu, a w przyszłym roku być może dostanie 800 tysięcy euro. Nowoczesny czołg kosztuje 8 milionów, a sama telewizja Russia Today ma budżet 600 milionów…

W doktrynie rosyjskiej wojna informacyjna jest podstawową częścią składową oręża, na tej samej zasadzie, co wojska lądowe, lotnictwo i marynarka. Chodzi o to, by nie musieć walczyć, tylko doprowadzić przeciwnika – czyli nas – do stanu ducha, w którym sami zrezygnujemy z walki w razie ataku. Trzeba wreszcie z tego wyciągnąć wnioski i uczynić z obrony informacyjnej zasadniczy element obrony narodowej. Uważam, że pieniądze inwestowane przez Państwo w obronę informacyjną powinny być zaliczane do spełniania wymaganego w NATO procentu PKB przeznaczanego na wydatki obronne tak samo, jak pieniądze wydawane na rakiety czy pojazdy pancerne.

Jakie widzisz możliwości walki z rosyjską propagandą w Polsce, zwłaszcza w mediach o największej oglądalności? Jaka tu powinna być polityka?

Duże media rządzą się swoimi prawami. Moim zdaniem bardzo potrzebne byłyby szkolenia dla dziennikarzy, pokazujące na przykładach, jak kłamstwo rzucone gdzieś w ciemnym kącie Internetu się roznosi po całej sieci, aż przenika do mediów konwencjonalnych. Dziennikarze muszą też podnieść swój poziom odpowiedzialności.

Nie chodzi o autocenzurę, ale pogoń za sensacją nie zwalnia z ostrożności. Jeśli jakiś głupi, niszowy nacjonalista ukraiński wypowie coś niemądrego o odbieraniu „Zakerzonia”, pojawiają się tytuły prasowe na pierwszej stronie „Ukraińcy chcą nam odebrać Przemyśl” tak, jakby wszyscy Ukraińcy mieli takie zamiary. Dotyczy to zwłaszcza tabloidów i dużych portali Internetowych, dla których liczy się tylko „klikalność”.

Poza tym opisywanie rosyjskich operacji dezinformacyjnych to materiał na dobrze sprzedające się sensacje. Pokazywanie tych zjawisk mogłoby być tematem atrakcyjnych artykułów czy nawet dedykowanego programu telewizyjnego.

Co uważasz za swój największy sukces, a co za największą porażkę na polu informacyjnym?

Bardzo trudno wskazać na konkretny sukces, nic z tego, co się udało w walce ze środowiskami prokremlowskimi nie udało się przecież tylko dzięki mnie. Mam nadzieję, że miałem pewien udział w uświadomieniu realności tego zjawiska i pokazaniu, że dywersję korzystną dla Moskwy nie prowadzą krasnoludki, tylko konkretni nasi obywatele, których da się wskazać z imienia i nazwiska. Porażką jest natomiast to, że moja inicjatywa jest jedną z nielicznych: na polskim Facebooku profile antykremlowskie można policzyć na palcach dwóch rąk, podczas gdy portali wrogich są setki, nawet tysiące. Czas odwrócić te proporcje!

Bardzo wielu ekspertów zza granicy śledzi z uwagą wpisy na Rosyjskiej V Kolumnie w Polsce, która jest stawiana jako wzór dla innych inicjatyw z obszaru tzw. wywiadu obywatelskiego. Co poradziłbyś wolontariuszom i dziennikarzom z Ukrainy, którzy próbują robić to samo, co Ty w swoim kraju?

Nie pozwoliłbym sobie na udzielanie rad wolontariuszom i dziennikarzom z Ukrainy, byłoby to wożenie drewna do lasu. To Ukraina jest teraz centralnym krajem w walce z agresją rosyjską, również w obszarze informacyjnym. Na Ukrainie jest wiele inicjatyw, które uważam za dużo lepsze, niż mój skromy profil „Rosyjska V Kolumna w Polsce”.

Robię to przecież amatorsko, nieprofesjonalnie, nie zawsze systematycznie. Jeśli mój profil, jak twierdzisz, jest stawiany za wzór, to jest mi z jednej strony miło, ale z drugiej strony oznacza to, że obrona przed rosyjską dywersją informacyjną jest dopiero w stanie embrionalnym. Jeśli kiepski profil redagowany przez jednego przemęczonego hobbystę jest tym, co mamy najlepszego w tej dziedzinie, to znaczy, że jest bardziej niż kiepsko.

Share Button

We Lwowie odbyła się polsko-ukraińska modlitwa o pojednanie

Share Button

1 listopada, w Dzień Wszystkich Świętych, na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie odbyła się polsko-ukraińska modlitwa o pojednanie. Tradycja ta została zapoczątkowana przez kardynałów Huzara i Jaworskiego w 2002 roku.

Ekumeniczną mszę świętą w intencji ofiar wojny z lat 1918-1919 odprawiono na Cmentarzu Obrońców Lwowa. Wzięli w niej udział Polacy i Ukraińcy, w tym m.in. mer Lwowa Andrij Sadowyj, szef administracji obwodowej Oleg Synotka, konsul RP Wiesław Mazur, konsul Marian Orlikowski oraz mieszkańcy Lwowa.

Po mszy świętej złożono kwiaty pod pomikami żołnierzy Ukraińskiej Armii Galicyjskiej oraz żołnierzy polskich pochowanych na „Cmentarzu Orląt”.

Równolegle po raz kolejny odbyła się akcja pod nazwą „Światełko Pamięci dla Łyczakowa”, realizowana z inicjatywy Konsulatu Generalnego RP we Lwowie, w ramach której na grobach Cmentarza Łyczakowskiego zapalono znicze zakupione ze środków zgromadzonych w czasie zbiórki w Polsce.

Źródło: inf. własna polukr.net

Share Button

UKROBRONOPROM opracował nowy automatyczny moduł bojowy

Share Button

Przedsiębiorstwo „Kijowskie Zakłady Pancerne”, wchodzące w skład koncernu UKROBRONOPROM opracowało automatyczny moduł bojowy „Wij”, który może być montowany na lekkich pojazdach opancerzonych, takich jak samochody opancerzone Dozor-B.

Moduł wykorzystuje armatę o kalibrze 23 mm i szybkostrzelności do 3000 pocisków na minutę. Może skutecznie razić cele w odległości do 2 km – zarówno siłę żywą jak i lekko opancerzone pojazdy przeciwnika, jak również samoloty i śmigowce na wysokości do 1000 m. Możliwy jest także montaż celowników noktowizyjnych.

„System przygotowano na Ukrainie, z wykorzystaniem rodzimych technologii. „Wij” jest jaskrawym przykładem współpracy państwowych i prywatnych przedsiębiorstw” – powiedział dyrektor generalny koncernu UKROBRONOPROM, Roman Romanow.

Z kolei pojazdy Dozor-B zostały zaprojektowane w Biurze Konstrukcyjnym Zakładów Budowy Maszyn w Charkowie. Są produkowane przez fabryki w Kijowie i Lwowie.

Na podstawie: ukroboronprom.com.ua, uk.wikipedia.org

Share Button

Wołodymyr Wiatrowycz: „Za kulisami Wołynia 43”

Share Button

11 października w Charkowie zaprezentowano książkę historyka i szefa ukraińskiego IPN, Wołodymyra Wiatrowycza pt. „Za kulisami Wołynia 43. Nieznana wojna polsko-ukraińska”. Jak widać już z samego tytułu, książka opowiada o jednej z najtrudniejszych kart w stosunkach polsko-ukraińskich, przede wszystkim o wydarzeniach na dzisiejszej zachodniej Ukrainie w czasie II wojny światowej.

Książka miała pojawić się jeszcze na początku września, ale wobec problemów technicznych doszło do opóźnienia. Jednak następujące wydarzenia uczyniły ją jeszcze bardziej aktualną – jej premiera zbiegła się w czasie z premierą w Polsce filmu polskiego reżysera Wojciecha Smarzowskiego pt. Wołyń”. Książka proponuje inny, alternatywny punkt widzenia na te same wydarzenia. O ile film pokazuje wydarzenia na Wołyniu jako ludobójstwo na Polakach, to książka prezentuje szersze spojrzenie na kontekst historyczny i wskazuje, dlaczego wydarzenia te można nazwać wojną. Autor pokazuje wydarzenia 1943 roku w kontekście historii dwóch narodów przed, w czasie i po II wojnie światowej.

To już druga publikacja o wydarzeniach na Wołyniu autorstwa Wołodymyra Wiatrowycza. Pierwsza, pod tytułem „Druga wojna polsko-ukraińska 1942-47” pojawiła się w 2011 roku i wzbudziła szereg dyskusji wśród historyków, dziennikarzy i polityków. Główna różnica w przypadku nowej książki – to format popularno-naukowy, pierwsza próba pokazania historii relacji polsko-ukraińskich w połowie zeszłego stulecia nie tylko historykom, ale także szerokiej publiczności.

„Od dawna odczuwałem potrzebę przygotowania książki o charakterze popularno-naukowym na ten temat, jako że na ukraińskim rynku wydawniczym praktycznie nie ma niczego podobnego. Natomiast temat ten staje się coraz bardziej popularnym i wielka szkoda, że do Ukraińców dociera jedynie za pośrednictwem polskich mediów, czy co gorsza – rosyjskiej propagandy. Wydaje mi się, że moja poprzednia książka „Druga wojna polsko-ukraińska 1942-47” mimo tego, że wzbudziła ciekawą dyskusję naukową, wobec jej akademickiego charakteru nie była w stanie odegrać swojej roli co do informowania szerszej publiczności na Ukrainie o tym, co miało miejsce. To skłoniło mnie do podjęcia prac nad kolejną publikacją” – powiedział Wołodymyr Wiatrowycz Portalowi Polsko-Ukraińskiemu polukr.net.

Według autora, o ile w pierwszej książce skupił się na wydarzeniach w latach 1939-47, to nowa obejmuje o wiele większy horyzont czasowy. Opowieść zaczyna się od początku XX wieku, co pozwala przeanalizować procesy, które miały miejsce w latach międzywojennych, a które według autora odegrały znaczącą rolę w eskalacji konfliktu w czasie II wojny światowej. Historyk odrębnie mówi o wydarzeniach współczesnych, jako że od 2000 roku temat ten jest coraz częściej wykorzystywany przez polityków. Wołodymyr Wiatrowycz bierze pod uwagę również takie pojęcia jak „tabloidyzacja” tematu Wołynia, która powoduje, że głównymi komentatorami stają się media, a nie eksperci. Książka kończy się na analizie wydarzeń aż do lata 2016 roku – momentu przyjęcia skandalicznych, jak stwierdza autor, uchwał polskiego parlamentu.

Malo znane wydarzenia konfliktu pomiędzy Polakami a Ukraińcami z lat 1942-47 autor przedstawia dzięki analizie nieznanych wcześniej dokumentów polskiego i ukraińskie podziemia, dokumentów niemieckich władz okupacyjnych oraz radzieckich partyzantów. Bierze pod uwagę także zeznania świadków – uczestników wydarzeń, zarówno z UPA jak i z Armii Krajowej.

„Udało mi się znaleźć i dodać do książki kilka nowych, wcześniej niepublikowanych dokumentów, które rzucają dodatkowe światło na wydarzenia bezpośrednio w epicentrum konfliktu. Najważniejszym jest dokument z lipca 1943 roku. Mowa jest w nim o apelu Ukraińskiej Powstańczej Armii do kilku okręgów na terytorium Wołynia. Te dokumenty, w mojej ocenie, zaprzecza tezie o ludobójstwie, jako że w mowa jest w nich o tym, że po przeprowadzeniu antypolskiej akcji na ich terytorium, pozostało tam wielu Polaków i gwarantowano im bezpieczeństwo ze strony oddziałów UPA: wyjaśniono tam, że walka toczy się przeciwko tym, którzy walczą przeciwko ukraińskim formacjom zbrojnym, a nie przeciwko Polakom jako takim. To ważny argument mówiący o tym, że ukraińscy powstańcy nie stawiali sobie za cel zniszczenia osób narodowości polskiej – a właśnie o tym mówią polscy historycy czy politycy. W książce mowa jest także o innych dokumentach wcześniej nie wykorzystywanych przez polskich czy ukraińskich badaczy. Poza tym, pojawiają się także cytaty z wypowiedzi świadków – uczestników opisywanych wydarzeń. Myślę, że dzięki temu czytelnik może spojrzeć na nie z punktu widzenia <pierwszej osoby>” – stwierdza autor.

Aktualnie wydarzenia II wojny światowej są coraz aktywniej wykorzystywane jako obiekt badań ukraińskiej historiografii. Piszą o nich historycy tacy jak Wołodymyr Wiatrowycz, Leonid Zaszkilniak, Bohdan Hud, Iwan Patriliak i inni. „Czasami o tych wydarzeniach jako o wojnie mówi także Jarosław Hrycak, mimo tego, że często z nim się nie zgadzamy” – mówi Wołodymyr Wiatrowycz. Podobne podejście nie jest z kolei stosowane przez polskich historyków, gdzie dominuje koncepcja uznawania wydarzeń na Wołyniu za zbrodnię ludobójstwa.

„Ludobójstwo wskazuje na jednostronną winę” – kontynuuje Wołodymyr Wiatrowycz – „natomiast, gdy mówimy o wojnie, mowa jest o odpowiedzialności obu stron i o tym, że Ukraińcy i Polacy byli jednocześnie wśród ofiar i tych,  którzy zabijali. Ale to, niestety, nie jest brane pod uwagę przez polskich badaczy. Wydaje mi się, że koncepcja uznania tych wypadków za ludobójstwo nie ma poważnych podstaw. Materiały, z jakimi pracują historycy temu przeczą. Trzeba mówić też o dysproporcji pomiędzy tymi, którzy dokonują ludobójstwa, a tymi, którzy są jego ofiarami. Dlatego zazwyczaj, gdy mowa o ludobójstwie, jest ono organizowane przez jakieś państwo, posiadające monopol na wykorzystanie siły. Tutaj mówimy o zmaganiach dwóch sił, z których żadna nie miała zdecydowanej przewagi. To był klasyczny konflikt wojenny, który można nazwać wojną i który jest podobny do wielu innych wojen. Dlatego jestem przekonany, że koncepcja ta nie utrzyma się długo w polskiej historiografii. Możliwe, że właśnie dlatego politycy chcą umocnić ten punkt widzenia instrumentami prawnymi i nawet zapowiadają wprowadzenie odpowiedzialności kryminalnej za zaprzeczanie”.

Po Charkowie prezentacja książki ma odbyć się także w innych miastach Ukrainy. Jednak na razie nie wiadomo, czy dotrze ona także do polskiego czytelnika.

„Kiedy w 2011 roku pojawiła się moja pierwsza książka, pojawił się także po pewnym czasie jej przekład na język polski. Ale wówczas atmosfera była o wiele spokojniejsza. Teraz sytuacja zaostrzyła się i jeśli zostanie przyjęty absurdalny projekt karania za zaprzeczenie ludobójstwa, proponowany przez partię Kukiz15, literatura tego typu także będzie wyjęta spod prawa” – podsumowuje autor.

Mirosława Iwanik

Share Button