Prezydent Ukrainy Petro Poroszenko uważa, że Rosja będzie stanowić zagrożenie wojskowe jeszcze przez dziesiątki lat.
Polityk wydał takie oświadczenie podczas omawiania doktryny wojennej na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy – informuje służba prasowa prezydenta.
„Zagrożenie wojenne ze Wschodu – to widoczna perspektywa, niestety, na dziesiątki lat. Każde nowe pokolenie powinno mieć doświadczenie militarne. Można je zyskać tylko dzięki przejściu przez surową szkołę wojskową” – powiedział Poroszenko.
„Co by się stało, gdybyśmy nie mieli w ubiegłym roku stu tysięcy ukraińskich obywateli, którzy mieli doświadczenie wojenne? Jak wyglądałoby wtedy nasze spotkanie z agresorem?” – dodał ukraiński polityk.
Ponadto prezydent stwierdził, że „żadna ze współczesnych armii świata nie została skompletowana w 100% na drodze kontraktów”, dzięki czemu nabór będzie utrzymany.
Jednocześnie Poroszenko zaapelował do ministerstw, aby zwiększyły liczbę żołnierzy kontraktowych.
Pełny tekst artykułu dostępny na portalu Wschodnik.pl
Zgodnie z komunikatem Biura Prasowego Ministerstwa Energetyki FR trójstronne spotkanie Ukraina – Unia Europejska – Rosja powinno odbyć się pod koniec września.
Jeszcze do niedawna strona ukraińska zapowiadała termin 11 września.
Spotkanie ma dotyczyć organizacji dostaw gazu na Ukrainę i krajów UE. Trójstronna umowa ma zostać sporządzona analogicznie do zeszłorocznego protokołu i aneksu do umowy.
Zdaniem premiera Arsenija Jaceniuka jest to jedyny mechanizm gwarantujący zabezpieczenie dostaw gazu do Unii i na Ukrainę.
Wczoraj, 2 września, na swoim posiadzeniu Narodowa Rada Bezpieczeństwa i Obrony Ukrainy (RNBO) uchwaliła i przekazała do zatwierdzenia prezydentowi Ukrainy projekt nowej Doktryny wojskowej Ukrainy.
Jak wynika z informacji na stronie RNBO, nowa doktryna:
– uznaje Rosję za przeciwnika wojskowego Ukrainy i wskazuje warunki zwolnienia terytoriów okupowanych,
– wskazuje na wysokie prawdopodobieństwo rosyjskiej agresji i uznaje ją za główne zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego,
– potwierdzenie odwrót od polityki pozablokowości i odnowienie kursu na integrację ze strukturami europejskimi,
– wskazuje możliwości wystąpienia konfliktu zbrojnego wewnątrz kraju, w tym inspirowanego przez inne kraje,
– wskazuje na zwiększoną rolę operacji psychologiczno-informacyjnych,
– wskazuje na potrzebę udoskonalenia systemu przygotowania mobilizacyjnego i zwiększenia poziomu przygotowania żołnierzy zawodowych w Siłach Zbrojnych i innych formacjach,
– formułuje kierunki działań na rzecz przygotowania państwa do obrony niezbędne dla odnowienia suwerenności i integralności terytorialnej państwa, a także rozwoju potencjału wojskowego Ukrainy jako niezbędnego warunku odparcia agresji.
RNBO podtrzymała propozycje Gabinetu Ministrów Ukrainy i Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, a także rozszerzyła spis osób fizycznych i prawnych z Rosji i innych krajów, co do których stosowane są sankcje. Poza tym, do tego spisu włączone zostana osoby odpowiedzialne za działalność terrorystyczną, biorące udział w finansowaniu terroryzmu czy innym wspieraniu działalności przestępczej, naruszaniu prawa międzynarodowego i innych działań wspierających agresję Rosji przeciwko Ukrainie.
Prezydent Ukrainy zaznaczył: ” Wszystkie aktualne zagrożenia i wyzwania wojskowe niestety są związane z Rosją. I wszystkie mają trwały charakter. Świadome i poświadome zagrażanie niezależności Ukrainy jest na tyle głęboko wpisane w mentalność rosyjskich elit politycznych, że najpewniej nigdy nie zniknie ono z ich perspektywy”.
Dotychczas obowiązująca doktryna, oparta na obawie o napaść z zachodu, która była pokłosniem czasów radzieckich była błędem. Przez 24 lata nie udało się jej zmienić, a w czasach Janukowycza na Ukrainie pracowała „komisja likwidacyjna złożona z rosyjskiej agentury”, która aktywnie działała w ukraińskiej armii i służbach specjalnych, dążąc do zniszczenia potencjału obronnego Ukrainy.
Doktryna wojskowa Ukrainy bazuje na strategii bezpieczeństwa narodowego i jest dokumentem stanowiącym podstawę dla planowania i opracowania koncepcji oraz programów reformowania i rozwoju Sił Zbrojnych Ukrainy, a także innych formacji uzbrojonych i sektora przemysłu obronnego. Dokument zakłada także, ze do 2020 roki Ukraina zreformuje swoje siły zbrojne do standardów pozwalających na integrację z NATO.
Na ukraińskich posterunkach w donieckim regionie powiewają żółto-niebieskie flagi. W ostrym słońcu wyraźnie kontrastują z ochronnymi barwami brudnych, zakurzonych mundurów i zmęczeniem na twarzach żołnierzy.
– To nowe flagi, przywieźli je specjalnie na święto – tłumaczy Andrij, żołnierz 81 brygady.
– Rozdają żołnierzom flagi, a ja wolałbym zniżkę na kolej. Czy to normalne, że dojeżdżamy na wojnę za własne pieniądze? – denerwuje się. Właśnie wrócił z przepustki. Przejazd w obie strony kosztował go 1000 hrywien. To dotkliwy wydatek. Za pobyt na pierwszej linii frontu Andrij dostaje 3500 hrywien żołdu miesięcznie.
Noc spędził na dworcu. Gdy zadzwonił do kolegów, by go zabrali, okazało się, że nikt po niego nie przyjedzie, bo wszystkie samochody w ich kompanii są akurat zepsute.
– Gdyby ktoś został ranny, to nie wywieźlibyśmy go, bo nie ma samochodu – zawiesza głos. Za to dziś, ze względu na święto, pojawiło się tu więcej oficerów i generałów niż przez cały ostatni rok. Jeżdżą w nowych, drogich autach terenowych.
– Ja mam trójkę dzieci, wszystko, co zarobię, od razu wysyłam do domu – wyjaśnia. Wojsko nie zabezpiecza nas w żaden sposób. Nawet tutaj, w ATO, większość produktów kupujemy za własne pieniądze. Armia daje nam tylko wodę i tuszonkę, więc co tydzień wysyłamy kogoś do supermarketu w strefie przyfrontowej. Trudno mi z entuzjazmem patrzeć na oficerów w tych drogich jeepach i ich flagi.
Noc 23-24
Ukraińskie dowództwo spodziewa się szturmu w nocy z 23 na 24 sierpnia. Rok temu, podczas bitwy pod Iłowajskiem, na terytorium Ukrainy wkroczyło rosyjskie wojsko.
– Musimy być gotowi na atak o północy. Możliwe, że separatyści zechcą przywitać nasz Dzień Niepodległości ostrzałem. Spędzam dziś noc z chłopcami na pozycji – mówi dowódca Batalionu Karpacka Sicz o pseudonimie „Kum”. Jednostka dowodzona przez „Kuma” była początkowo batalionem ochotniczym, teraz przekształconym w odrębną kompanię, wchodzącą w skład 93 brygady. Jedziemy na pozycję. „Pozycja” oznacza labirynt okopów i schronów wykopanych na jednym z poddonieckich wzgórz.
Ze zbocza góry otwiera się widok na oświetlany blaskiem wybuchów osobliwy pejzaż: ruiny donieckiego lotniska, najsławniejszego przyczółku obrony armii ukraińskiej, który jest teraz w rękach separatystów z samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej. To jedna z tych jasnych, sierpniowych nocy, kiedy spadają gwiazdy. Spadają także pociski moździerzowe 122, pociski z haubicy SAU (ciężkie haubice o kalibrze 152 mm – przyp.red.) i ZAU (lekkie działa przeciwlotnicze ZSU-23 o kalibrze 23 mm – przyp.red.). Drobne pociski z ZAU rozświetlają niebo nad ukraińskimi pozycjami czerwonymi kaskadami. Żołnierze tłumaczą, że to rodzaj naprowadzania ciężkiej artylerii. Dzięki ZAU załoga czołgu stojącego kilka kilometrów dalej wie, gdzie strzelać. Faktycznie, co jakiś czas okolicą wstrząsają eksplozje, a my padamy na dno okopu. Oczy i usta mamy pełne ziemi.
Nocną wartę sprawuje Klym, doświadczony pięćdziesięcioletni wąsaty wojak i Liosza, chłopak o smukłej twarzy intelektualisty.
– Pamiętajcie, że dzisiejszej nocy strzelamy tylko w ostateczności – poucza ich Kum – Jeżeli damy się sprowokować, separatyści ogłoszą, że sami zaatakowaliśmy.
Żołnierze wspinają się ponad okop po prowizorycznych stopniach i spoglądają przez binokle, by potem szybko zsunąć się na dół i przekazać informacje o ruchach separatystów.
– Siedzimy tu jak surykatki – śmieją się – Wychylamy się z nor, a potem chowamy w odpowiednim momencie. Liosza czuje się lepiej, gdy rozmawia – Gdy człowiek po prostu wpatruje się w noc i czeka na strzał, zaczyna wariować.
Chętnie rozgaduje się o swoim życiu. Widać, ze rozmowa jest mu potrzebna – Do wojny pracowałem jako ratownik. Zajmowałem się wycinaniem ludzi z samochodów po wypadkach. Myślę, że widziałem już wszystko, że nic mnie już nie zszokuje. Dlatego znoszę pewne widoki lepiej, niż inni – zapala papierosa i mruga nerwowo.
– Trzymaj się blisko mnie, to nic ci się nie stanie. Ochraniają mnie duchy bliskich, szczególnie mojej mamy…
Zawiesza głos i milknie na chwile.
– Było już wiele sytuacji, w których odszedłem z jakiegoś miejsca i zaraz po tym w to miejsce spadała bomba. Wszyscy wokół mnie giną, a ja nie. Na początku sądziłem, że to szczęście, ale potem przypomniałem sobie spotkanie ze staruszką, o której ludzi mówili, że jest jasnowidzem. Gdy wszedłem do pomieszczenia, zapytała, kogo ze sobą przyprowadziłem. Zdziwiłem się, bo byłem przecież sam. Powiedziała, że jest ze mną młoda, piękna kobieta i opisała jej wygląd. Okazało się, że opisuje dokładnie wygląd mojej mamy. Od tego dnia, wiem, że ona nade mną czuwa. Więc trzymaj się blisko, to mama pomoże przy okazji i tobie.
Klym patrzy na niego z ciepłym pobłażaniem.
– Ludzie na wojnie wierzą w różne rzeczy. Ja już swoje przeżyłem. Przez wojnę mam problemy z żoną, ona nie rozumie, czemu poszedłem walczyć. A jak nie ja to kto? Lepiej żeby walczyli starsi, doświadczeni ludzie niż podlotki.
Między godziną 23 a 24 ostrzał z ciężkiej artylerii gwałtownie się nasila.
– Separy życzą nam wszystkiego najlepszego z okazji Dnia. Niepodległości – rechoce Klym, kucając przy ścianie okopu – Wiesz, to smutne, że od kilku dni czekamy na ten dzień z niepokojem. O Dniu Niepodległości powinno się myśleć z dumą. A my wciąż się zastanawiamy: zaatakują nas, nie zaatakują? Cieszę się, że ten dzień już nastał. I teraz chcę go mieć szybko za sobą.
Dwa dni później w miejsce, w którym rozmawiałam z Klymem i Lioszą, spadło 8 kaset pocisków wystrzelonych z wyrzutni rakietowej „Grad”. Lioszy znowu się udało. Gdy nastąpił ostrzał, który znowu zmienił pejzaż okolicy zmiatając ukraińskie fortyfikacje i okopy, Liosza akurat spał w jednym ze schronów. Dwóch żołnierzy, którzy pełnili wartę, zostało ciężko rannych.
24.08, Dzień Niepodległości
Kilku zmęczonych upałem żołnierzy siedzi w okopie bez hełmów i kamizelek. Zakładają je tylko, gdy trzeba przejść na inną pozycję albo do prowizorycznej toalety.
Poza dowódcą, trzydziestosześciolatkiem o pseudonimie Deputat, wszyscy mają około dwudziestu lat. Żartują, opowiadają kawały. Wydają się, że nic sobie nie robią z tego, iż są zaledwie kilometr od wroga. To odległość strzału z większości typów broni używanych w ATO. Czasem w rozmowach pojawiają się rzucone mimochodem informacje o sytuacji na froncie. Ktoś mówi, że dziś w jednej z baz zostali ranni żołnierze, którzy akurat grali w szachy. Gdzieś zginął pies-maskotka batalionu – Był warty więcej niż niejeden generał – wzruszają się.
Z nieba leje się żar, chłopcy kroją arbuza. Żartują, że w Kijowie pije się dziś szampana, a oni mają tylko podłą kawę. Rozmowa toczy się po rosyjsku.
Skald, drobny, łysy osiemnastolatek z Zaporoża w za dużym hełmie, który zsuwa mu się na oczy, zarzeka się, że język nie przeszkadza mu w byciu ukraińskim patriotą.
– Jest taka organizacja, Rosyjskojęzyczni Ukraińscy Nacjonaliści. Uważamy, że to nie język jest wyznacznikiem miłości do ojczyzny.
Ja mieszkam w Zaporożu, ale moja rodzina pochodzi z Doniecka. Mam tam wielu znajomych. Ale wojna wszystko zmieniła. Niektórym już obiecałem, że jeśli się spotkamy na froncie, to nie będę brał ich do niewoli – mówi wykrzywiając groźnie drobną twarz gimnazjalisty.
Deputat także ma związki rodzinne z Donieckiem – stamtąd jest jego żona.
Koledzy nazywają go Deputatem, ponieważ w prywatnym życiu jest biznesmanem i deputowanym miejskiej Rady w Żytomierzu.
Deputat i Skald zabierają mnie na spacer po okolicy. Pokazują mi dziury po niedawnych eksplozjach pocisków z moździerzy.
– Tu kaliber 82, tu 122. Oto kalibry naszego zawieszenia broni. Wiesz może co nowego w polityce? – pytają z niepokojem. Wciąż mają rozkaz by nie strzelać, ale nie rozumieją czemu. Spodziewają się, że może to oznaczać coś złego. Nie mają Internetu ani zasięgu telefonicznego, więc nic nie wiedzą o tym, że prezydent Poroszenko pracuje nad kolejną odsłoną porozumień mińskich.
Pokazują mi jak uczcili wczorajsze Święto Flagi. Na pasie „ziemi niczyjej”, w połowie drogi między ich pozycją, a pozycją separatystów, powiewa ukraińska flaga. To dzieło Deputata.
– Tam wcześniej wisiała flaga DNR. Nie mógłbym znieść święta Flagi Narodowej patrząc na ten parszywy symbol. Dlatego ostrożnie podszedłem z nożem i taśmą klejącą, odczepiłem ichniejszą, przyczepiłem naszą. To pole jest pełne min przeciwpiechotnych. Wydaje mi się, że separatyści nie strzelali bo obserwowali z ciekawością czy któraś pode mną nie wybuchnie. Otworzyli ogień dopiero gdy byłem już prawie z powrotem w bazie.
– Nie myślałeś o tym, że mogłeś zginąć za kawałek materiału? – pytam.
– Wartość tego kawałka materiału, zależy od tego co ma się w sercu. To sztandar pod którym ginęli nasi koledzy. Sztandar, który sprawia, że niezależnie od tego, co zadecydują politycy, my nie oddamy tej ziemi – zamyśla się – Ja nie odczuwam tego Dnia Niepodległości jako święta, dlatego, że my tej niepodległości jeszcze nie mamy. Przez 25 lat oficjalnie suwerennej Ukrainy nigdy nie byliśmy niezależnym państwem. Niepodległość czuje się dopiero gdy się o nią walczy. My mamy na froncie Dzień Niepodległości każdego dnia.
Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk podczas corocznego przemówienia do głów przedstawicielstw zagranicznych UE zaapelował o większe zaangażowanie Brukseli w pomoc Kijowowi w przeprowadzeniu reform. Zdaniem przewodniczącego, Unia mogłaby silniej przeciwstawiać się próbom destabilizacji sytuacji na Ukrainie.
Tusk uważa, że sprawa Ukrainy to „sprawdzian fundamentalnych wartości europejskich w regionie”. „Oni [Ukraińcy] chcą wiedzieć jaka będzie ich przyszłość – czy będzie to państwo prawa czy państwo siły i korupcji, które znają z przeszłości. Przyszłość Ukrainy to lustrzane odbicie przyszłości Unii Europejskiej jako światowego gracza” – powiedział Donald Tusk.
Dodał również: „Jestem zadowolony z jednoznacznej postawy UE wobec sankcji nałożonych na Rosję po nielegalnej aneksji Krymu”. Tusk wyraził uznanie dla decyzji kredytodawców międzynarodowych w sprawie zmniejszenia długu zagranicznego Ukrainy.
Od 1 września rosyjski rubel jest podstawową walutą w obu republikach separatystycznych o czym postanowiły rady ministrów każdej z republik.
3 września Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej wydał komunikat o rozszerzeniu „swojej uniwersalnej jurysdykcji” o tereny „południowo-wschodniej Ukrainy” oraz o legalności postępowania karnego wobec kierownictwa ukraińskich organów politycznych i wojennych.
Decyzję ogłoszono podczas spotkania poświęconego kwestiom „przeciwdziałania naruszeniom praw ludności cywilnej na południowo-wschodniej Ukrainie”. Stojący na czele komitetu Aleksandr Bastrykin posługuje się wysłużonym w rosyjskim dyskursie argumentem o ochronie ludności rosyjskojęzycznej, której w jego opinii grozi ludobójstwo. Co więcej zdaniem Bastrykina Rosja może podejmować tego rodzaju działania w ramach obowiązujących międzynarodowych umów o prawach człowieka.
Władze stolicy Ukrainy zaleciły, aby w dniu dzisiejszym przedszkola nie wypuszczały dzieci na place zabaw. Wynika to z zadymienia spowodowanego pożarami lasów wokół Kijowa.
„Ponieważ istnieje ryzyko rozprzestrzenienia się szkodliwych substancji powstających w wyniku pożarów na niektóre dzielnice miasta zalecamy, aby nie wyprowadzać dzieci na place zabaw szkół i przedszkoli” – zaznaczyła zastępca szefa rady miejskiej Kijowa, Hanna Starostenko.
W związku z pożarami zdecydowano także o skróceniu zajęć w dniu dzisiejszym oraz o ich odwołaniu w dniu następnym, tj. 4 września.
Przedstawiciele Ministerstwa ds. Sytuacji Nadzwyczajnych radzą mieszkańcom Kijowa aby nie otwierali okien, a także ograniczyli wyjścia z domów, zwłaszcza z małymi dziećmi.
Aktualnie działania gaśnicze są prowadzone w związku z dużym pożarem lasu pomiędzy miejscowościami Browary i Zazimja. Oprócz tego palą się także torfowiska wokół miasta. Sytuacja jest trudna wobec panującej suszy – powinna poprawić ją dzisiejsza chłodna pogoda i przewidywane opady.
W związku z zanieczyszczeniem powietrzna w dniu dzisiejszym ma być ograniczony ruch transportu miejskiego, a także wjazd ciężkich pojazdów do miasta. Władze zaapelowały także do mieszkańców by ograniczyli korzystanie z samochodów.
Zachodnie doświadczenie, ukraińskie fabryki – tak w skrócie można przedstawić ideę założenia wspólnego przedsiębiorstwa przez Koncern Państwowy „Ukroboronprom” oraz polską farbrykę „Lubawa”. Realizacji tego planu poświęcono Memorandum podpisane przez obie strony podczas XXIII Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego, corocznych kieleckich targach.
„Celem Ukrainy jest wejście do struktur bezpieczeństwa zbiorowego NATO. Polska jest godnym partnerem w tym kierunku naszego rozwoju. Połączenie produkcyjnego i naukowego potencjału „Ukroboronpromu” i „Lubawy” pozwoli podnieść jakość produkcji ukraińskiej oraz wzmocni współpracę miedzy dwoma krajami” – powiedział dyrektor generalny ukraińskiego koncernu Roman Romanow.
Wspólny projekt ma być pierwszym przedsiębiorstwem, które w pełni będzie opierać się na współpracy z zachodnimi partnerami. Ukraińskie zakłady zajmą się produkcją przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii i sprzętu oraz dadzą wiele miejsc pracy. Towary wytworzone na Ukrainie mają trafić na rynki ukraiński i światowy.
Rozmowy między stroną polską i ukraińską osiągnęły zaawansowany etap. Wkrótce zakończą się prace nad biznesplanem, a produkcja ma ruszyć już w następnym roku. Do tej pory delegacja ukraińska miała okazję odwiedzić zakłady produkcyjne „Lubawy” i poszerzyć swoją wiedzę z zakresu rynków zbytu.
Wzory nowoczesnych produktów kamuflażu, jakie mogą być wytwarzane w ramach partnerstwa, zostały już zaprezentowane 11 kwietnia podczas pokazu najnowszych modeli uzbrojenia na poligonie 169 centrum szkoleniowego ukraińskich sił lądowych „Desna”.
W tym roku ma ruszyć budowa jeszcze jednego przejścia granicznego pomiędzy Polską i Ukrainą: Malhowice-Niżankowice. Powstanie ono po polskiej stronie i planowana jest nad nim wspólna opieka i wspólne odprawy. Z ukraińskiej strony przejście miałoby wziąć na siebie przepływ ludzi głównie z rejonu starosamborskiego, a z polskiej miałby być ukierunkowany głównie na mieszkańców Przemyśla i okolic, jako że punkt będzie znajdował się w odległości około 10 km od miasta. Według ukraińskich celników przejście będzie niewielkie i przeznaczone przede wszystkim dla mieszkańców najbliższych miejscowości. Obecnie strona polska już zakończyła wszelkie prace dotyczące projektu przejścia granicznego i do końca roku planowane jest rozpoczęcie prac budowlanych. Przejście powinno zacząć funkcjonować na przełomie 2016 i 2017 roku.
Będzie to trzynaste przejście na ukraińsko-polskiej granicy. Jednak według ekspertów nie jest to ilość wystarczająca. Będzie ono miało jedynie lokalne znacznie, dlatego nie wpłynie na sytuację na granicy. I wątpliwe jest, czy zredukuje kolejki na innych punktach granicznych. Obecnie chętni przekroczyć ukraińsko-polską granicę często tracą na to niejedną godzinę, a kolejki autobusów ciągną się kilometrami.
Eksperci, urzędnicy oraz działacze społeczni mają swoja wizję, jak polepszyć sytuację na granicy. Wśród najbardziej palących potrzeb jest zwiększenie ilości przejść granicznych i nadanie pierwszeństwa pieszym. Ale czy uda się zrealizować plan i co stoi na przeszkodzi skutecznej pracy na granicy ukraińsko-polskiej?
Wspólne ułatwienia
Według informacji Zachodniej Regionalnej Służby Granicznej Ukrainy w przeciągu dnia, średnio, przez przejścia graniczne znajdujące się jedynie w obwodzie lwowskim przemieszcza się około 50 tys. osób oraz 13 tys. środków transportu. Aby nieco ułatwić przekroczenie granicy na 4 przejściach obecnie działa wspólna kontrola przygraniczna (w jednym miejscu) na przejściach: „Krościenko-Smolnica”, „Hruszów-Budomierz”, „Uhryniów-Dołhobyczów” oraz „Usciług-Zosin”.
„W związku z wstąpieniem Polski, Rumunii, Węgier i Słowacji do UE oraz do strefy Schengen długo wspólna kontrola nie była możliwa. Nie było to dozwolone przez oficjalne dokumenty. Ale w 2014 roku wprowadzono zmiany do kodeksu granic Schengen i organom kontrolującym państw strefy Schengen zezwolono na wykonywanie procedur na terytorium państw trzecich. Od tego momentu prowadzimy negocjacje z wszystkimi sąsiadami na temat wspólnej kontroli. Obecnie mamy ją z Polską także istnieją pewne uzgodnienia z Mołdawią, Trudno jednoznacznie określić, czy ten krok rozwiązał wszystkie problemy. Na tych przejściach nie ma kolejek, ale one akurat nie są zbyt przepełnione, nie korzystają z nich handlujący. W zasadzie można stwierdzić, że procedura wspólnej kontroli jest co najmniej dwa razy szybsza niż klasyczna. Dlatego obecnie dyskutujemy na temat uproszczonej kontroli również na innych przejściach: w Rawie Ruskiej, Szegini i Krakowcu. Ale przedtem należy je zmodernizować i przystosować do wspólnej pracy służb obu państw” – poinformował rzecznik prasowy Zachodniego Regionalnej Służby Granicznej Ukrainy, Wolodymyr Teljuk.
W walce z kolejkami na granicy planuje się także wykorzystanie środków informacyjnych. Wkrótce na najbliższych granicy stacjach paliw pojawią się elektroniczne tablice, na których będzie widnieć informacja na temat ilości samochodów w kolejce na różnych przejściach granicznych „W ten sposób, być może lepiej będzie pojechać do nieco dalej płożonego punktu na którym nie ma kolejki” – komentuje informację Wolodymyr Teljuk.
Aby dodatkowo usprawnić przekraczanie granicy, w szczytowych dniach, szczególnie latem, zwiększana jest liczba pracowników po obu stronach. „Były u nas nawet przypadki, gdy otwieraliśmy przejście dyplomatyczne dla autobusów turystycznych, a na pas autobusowy wpuszczaliśmy samochody. Ale jeśli maksymalna przepustowość, na przykład przejścia Krakowiec-Korczowa wynosi 2 tys. aut, a latem na dobę przekracza go 4,4 tys., trudno jest dać sobie z tym radę” – mówi Wolodymyr Teljuk.
Dla prawidłowego funkcjonowania granicy z Ukrainą należy aktywniej rozwijać przygraniczną infrastrukturę.
Długość granicy Polski z Ukrainą wynosi 542 km. Obecnie na granicy pracuje 7 drogowych przejść granicznych i 5 kolejowych (4 z nich w tych miejscach co i drogowe). W rzeczywistości jedno przejście graniczne przypada na prawie 70 km granicy. Szczególnie trudna sytuacja jest obecnie na Zakarpaciu. Mieszkańcy tego obwodu aby przekroczyć ukraińsko-polską granicę są zmuszeni pokonać znaczną odległość na terytorium Ukrainy albo jechać przez Słowację, co wymaga dodatkowego czasu. Najbliższe przejście graniczne znajduje się w odległości niemal 120 km w obwodzie lwowskim.
Dla porównania – do momentu wstąpienia do strefy Schengen na granicy Polski i Niemiec (długość 556km) działało 36 przejść granicznych. Nietrudno policzyć, że pomiędzy Polską i Niemcami były rozmieszczone mniej więcej co 12 km . Natomiast wschodniej granicy Polski do podobnych wskaźników jest jeszcze daleko.
Przejścia jedynie na papierze
Jeszcze przed EURO 2012 planowano zbudować i wyposażyć sześć nowych przejść pomiędzy dwoma państwami. Dotąd udało się dobudować jedynie dwa z nich: Hruszów-Budomierz i Uhrynów-Dołhobyczów. Przejście Niżankowice-Malhowice ma być trzecim z planowanych. A budowa jeszcze trzech zawisła w powietrzu. Chodzi o przejścia graniczne Bełz-Budynin, Mszaniec-Bystre i Boberka-Smolnik. Od początku pomysł ich stworzenia nie był szczególnie entuzjastycznie przyjmowany przez stronę polską. Główny powód to zła infrastruktura drogowa po ukraińskiej stronie granicy. Dodatkową przeszkodą dla budownictwa punktu Bełz-Budynin również jest to, że po polskiej stronie niedaleko miałby być położony rezerwat ochrony przyrody. Istniej obawa, że zwiększenie ruchu oraz większa ilość osób może zaszkodzić środowisku.
„Chcielibyśmy żeby przejścia graniczne położone były co 30-40 km. Jak pokazuje praktyka, to wystarczy dla wygody mieszkańców. Przy czym mamy dwa duże punkty kontrolne w obwodzie lwowskim, w tym Rawa Ruska-Hrebenne, przez które biegnie trasa na Warszawę oraz Medyka-Szegini. Reszta może pozostać przejściami kompaktowymi i lokalnymi. Będziemy nadal lobbować kwestię budowania nowych przejść” – zapewnił zastępca dyrektora departamentu Współpracy międzynarodowej i turystyki lwowskiej Obwodowej Administracji Państwowej, Lew Zacharczyszyn.
Jednak kiedy przejścia powstaną, urzędnicy nie są w stanie powiedzieć.
Pieszo przez granicę
Tymczasem działacze społeczni mówią, że należy nie tylko zwiększać ilość punktów kontrolnych ale i zmieniać te, które już istnieją. Chodzi w szczególności o stworzenie przejść dla pieszych i rowerzystów.
Dotąd piesze przekroczenie granicy było możliwe tylko w jednym miejscu – Szegini-Medyka. Od pierwszego lipca jeszcze jedno takie przejście otworzono na międzynarodowym przejściu granicznym Dołhobyczów-Uhrynów. Jest ono dostępne dla ruchu pieszego i rowerowego. Co prawda będzie działało na razie jako punkt eksperymentalny i tylko do 31 grudnia tego roku.
Najdotkliwiej brak pieszych przejść granicznych odczuwają mieszkańcy obszarów przygranicznych, szczególnie ci, którzy znajdują się w 30 kilometrowej strefie przygranicznej i de iure mają prawo korzystać z tzw. małego ruchu granicznego pomiędzy dwoma państwami. Według oficjalnej informacji polskie konsulaty wydały Ukraińcom ponad 300 tys. pozwoleń na przekroczenie granicy w ramach MRG. Ale w praktyce często, aby dostać się do najbliższego punktu kontroli ludzie, którzy mieszkają nawet przy samej granicy muszą pokonać 50 i więcej kilometrów.
Na Ukrainie mówi się już od dawna o konieczności budowy pieszych przejść. Ale rozpocząć odpowiednią kampanię społeczną –„Piesze przejścia graniczne” – udało się właśnie stronie polskiej. To nieformalna grupa działaczy z Krakowa, którzy w styczniu 2013 roku zdecydowali się stworzyć stronę na Facebooku i z jej pomocą walczyć o otwarcie polskiej granicy z Ukrainą dla ruchu pieszego i rowerowego. Koordynatorami społecznej kampanii są dziennikarze Maciej Piotrowski i Jakub Łoginow.
„Taka sytuacja jest reliktem ziemnej wojny i współczesnym kultem samochodu, przez co piesze przejścia odsuwane są na dalszy plan” – przekonuje Jakub Loginów. „Przede wszystkim, piesze przejścia są według mnie ważne dla przejazdów tranzytowych, ponieważ na samochodowych przejściach są duże kolejki a w autobusach problemy (często pasażerowie muszą cierpieć i długo czekać tylko dlatego, że inni pasażerowie zajmują się przemytem, albo ich dokumenty są nie w porządku). Dlatego najlepszy wariant (a przy tym najwygodniejszy i najtańszy) to dojechać do granicy publicznym środkiem transportu, przekroczyć ją pieszo i dalej wsiąść w autobus lub marszrutkę. W ten sposób Polacy podróżują do Lwowa korzystając z pieszego przejścia w Szegini. I taka opcja jest potrzebna przynajmniej w Rawie Ruskiej” – dodaje.
Według informacji Jakuba Łoginowa gdy istniała granica pomiędzy Polską i Słowacją piesze przejścia istniały na wszystkich punktach kontrolnych i było ich nawet więcej niż samochodowych. Natomiast zakaz pieszego ruchu (z wyjątkiem Szegini-Medyka) na polsko-ukraińskiej granicy wiąże się przede wszystkim z tym, że przejścia nie mają odpowiedniej infrastruktury.
„Właśnie to chcemy zmienić: domagamy się, aby wszędzie tam gdzie to jest możliwe, na już istniejących drogowych przejściach stworzono niezbędne korytarze dla pieszych i rowerzystów, a także aby kontrola paszportowa i celna pieszych była obowiązkowym standardem na każdym przygranicznym punkcie kontroli, który jest planowany i będzie oddany do użytku w przyszłości”- powiedział Jakub Łoginow.
Jedna z aktywnych kampanii dotyczy właśnie powstającego przejścia Malahowice-Niżankowice, którego budowa ma się rozpocząć w tym roku. Jednak, czy przewidziany jest pas dla pieszych, strona ukraińska jeszcze nie określiła i nie przekazała oficjalnej decyzji na ten temat.
„Jeszcze w styczniu 2013 roku MSW Polski nie dostrzegało konieczności budowy dodatkowych pieszych przejść granicznych. Dzięki naszej akcji w maju 2013 roku zastępca ministra spraw wewnętrznych Piotr Stachańczyk zgodził się na nasze żądania i zobowiązał wojewodów przygranicznych województw przeprowadzić audyt do końca lata i określić miejsca i koszty pozwalające wprowadzić piesze przejścia graniczne. Jak w maju 2013 roku w Sejmie wyjaśniał minister, piesze przejścia graniczne mają pojawić się wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. Jednak aby je uruchomić potrzebna jest również pozytywna decyzja ze strony ukraińskiego rządu. Na razie nie wiemy jaki jest stosunek rządu Arsenija Jaceniuka do tej kwestii. W ciągu najbliższych miesięcy będziemy lobbować ten problem na Ukrainie”– podsumowuje twórca inicjatywy.
Lwów stał się drugim miastem Ukrainy w jakim rozpoczęła pracę nowa Policja. 23 sierpnia 406 policjantów rozpoczęło patrolowanie ulic zgodnie z nowymi zasadami. Nowi stróże prawa różnią się od swoich poprzedników: mają nowe mundury, nowe wyszkolenie i oni… uśmiechają się. Głównym wymogiem jaki postawiono kandydatom podczas naboru była gotowość do zmian jakościowych. Ich rezultaty mają zaprezentować nowi policjanci podczas swojej pracy.
W lipcu nowa Policja zaczęła swoją pracę w Kijowie. Tam reakcja mieszkańców była pozytywna: 82% poparło stworzenie Policji Patrolowej w mieście – wynika to z badań sondażowych przeprowadzonych przez centrum analityczne „RATING Pro” w ramach badań dotyczących stosunku Ukraińców do reform. 25 sierpnia także w Odessie wyszło na ulice 400 nowych policjantów. Minister spraw wewnętrznych Arsen Awakow obiecuje stworzenie Policji jeszcze w ośmiu innych miastach Ukrainy w najbliższym czasie.
Siła rozumu
Fizyczne przygotowanie nowych policjantów zmieniło się względem przygotowania starej Milicji: teraz treningi odbywają się jednocześnie z nauką innych dyscyplin.
„W szkoleniu policjantów wykorzystaliśmy doświadczenia USA. Przed początkiem zajęć instruktorzy wymieniali swoje doświadczenia z kolegami z Ameryki. Wiele z tych doświadczeń jest zbieżnych z naszą praktyką. Byłem pozytywnie zaskoczony tym, że przedstawiano jak wykonać każdą czynność dwukrotnie, a przygotowanie fizyczne było połączone z taktyką. Poza typowymi ćwiczeniami fizycznymi uczyliśmy się także jak blokować pomieszczenia, jak szybko otworzyć pojazd czy zatrzymać podejrzanego. Każda z grup miała od 2 do 6 godzin ćwiczeń fizycznych. Nacisk położono przede wszystkim na nawyki taktyczne: rozmowę, reakcje, działania i samoobronę” – mówi trener policjantów, Wołodymyr Maksimiw.
Ćwiczenia stały się częścią całkiem nowego programu przygotowania policjantów. Funkcjonariuszy, którzy pracują we Lwowie trenowało łącznie 150 instruktorów. 406 wybrano z ponad 600 chętnych.
Nowe umundurowanie dla nowych patroli
Razem ze zmianami w przygotowaniu zmienił się także wygląd zewnętrzny lwowskich policjantów przede wszystkim mundury. Wizualnie przypominają umundurowanie policjantów z Nowego Jorku. Komplet umundurowania dla każdego funkcjonariusza kosztuje około 700 dolarów. Mundury są uszyte z tkanin dedykowanych dla tego rodzaju służby: elastycznych, szybko schnących, nie jest w nich gorąco latem i ciepło zimą.
„W skład kompletu wchodzą dwie bluzy, dwie pary spodni, różne nakrycia głowy, kurtka i buty. Koszt – 700 dolarów. Warto zauważyć, że gdy MSW kupowało mundury poprzednim razem – a było to dwa lata temu, jeden komplet kosztował 1400 dolarów” – powiedziała podczas jednej z konferencji prasowych Eka Zguladze, pierwszy zastępca szefa MSW.
Lwowscy policjanci są dumni z nowych mundurów, o poprzednich mówią z ironią. „Otrzymaliśmy umundurowanie z USA jako specjalną pomoc dla rozwoju policji. Zgodnie ze wzrostem, rozmiarem i innymi parametrami Ministerstwo nadesłało nam odpowiednie komplety. Policjanci od razu zwrócili uwagę na ile jest to wygodny i zaadaptowany do naszej profesji ubiór. Jeśli pracownik Policji z własnej winy uszkodzi mundur, będzie musiał naprawiać go na własny koszt. Poprzednie umundurowanie, mówiąc szczerze, niekoniecznie chciało się nosić. Przeważnie pracownicy Milicji sami chodzili do krawca i szyli sobie mundury” – mówi Roman Bachowskij, zastępca naczelnika wydziału ds. zabezpieczenia kadrowego lwowskiej Milicji.
Partnerzy a nie wrogowie
Przed rozpoczęciem pracy policjanci szkolili się przez trzy miesiące. Ćwiczenia trwało od 9 do 18. Wśród wykładowców znalazł się m.in. Oleg Micik, kierownik firmy prawniczej „Micik i partnerzy”,, który przedstawił wykład pt. „Partnerstwo policji i społeczeństwa”.
„Miałem cztery wykłady w trzech turach. Zostałem zaproszony dlatego, ponieważ przez cały czas powtarzam: Milicja i funkcjonariusze państwowi nie chcą zrozumieć, że są niejako „wynajęci” przeze mnie – wczoraj zapłaciłem podatki, dziś oni pracują. Po pierwsze wyjaśniłem kursantom w czym jest sens ich pracy: nie są oni organem represji. Mają świadczyć usługi, których oczekuje społeczeństwo: a więc zapewniać bezpieczeństwo, spokój i porządek publiczny. Wyjaśniłem też przyczyny braku zaufania społeczeństwa do Milicji w przeszłości, błędną strukturę organów policyjnych, a także zły stan współpracy ze społeczeństwem. Według niektórych sondaży 60% obywateli na widok milicjanta odczuwało zagrożenie” – wyjaśnia Oleg Micik.
Nowi funkcjonariusze powinni szukać wspólnego języka z obywatelami. „Chciałbym zauważyć, że wszyscy nowo mianowani, poza tymi, którzy wcześniej byli pracownikami Milicji, słuchali moich wykładów z szeroko otwartymi oczami. Obawiali się, aby kierownictwo nie wyznaczyło im jako przełożonego kogoś, kto wcześniej pracował w organach porządku publicznego i brał łapówki. Z 30 osób w każdej grupie było 5-6 tych, którzy przeszli szkołę starej Milicji – wielu z nich było negatywnie nastawionych, jeśli zbyt dużo czasu spędzili w ramach starego systemu. Myślę jednak, że z czasem przystosują się do nowych standardów. Miejmy nadzieję, że będzie postępował także drugi etap reform w Milicji, tak, aby stare nawyki nie miały wpływu na nowe kadry” – komentuje Oleg Micik.