Ukraińskie władze zdecydowały o tymczasym wstrzymaniu przejazdów rosyjskich samochodów ciężarowych przez terytorium Ukrainy.
Według premiera Arsenija Jaceniuka, decyzja jest wynikiem stwierdzenia naruszeń praw i procedur WTO oraz dwustronnych umów dotyczącyhc przewozów samochodowych przez Rosję, która ograniczyła możliwości poruszania się ukraińskich przewoźników na terytorium FR.
Trwają konsultacje z krajami UE ws. podjęcia wspólnych działań wobec Rosji w związku z naruszeniem podstawowych zasad WTO przez Moskwę.
Blokady przejazdów rosyjskich samochodów trwają w 10 obwodach Ukrainy od 11 lutego br. Akcja została zainicjowana przez aktywistów organizacji pozarządowych w obwodzie zakarpackim. Od 1 lutego znacząco wzrósł ruch rosyjskich firm transportowych przez Ukrainę wobec zakazu wjazdu rosyjskich ciężarówek do Polski, co z kolei wynika z braku porozumienia ws. opłat za przewozy polskich firm w Rosji i wprowadzonego przez Rosję zakazu ruchu polskich ciężarówek w tym kraju.
Na podstawie: kmu.gov.ua, rostransnadzor.ru, ukrinform.ua
Przedsiębiorstwo „JuszMasz” (ukr. Южмаш) z Dniepropietrowska co najmniej do 2024 roku będzie uczestniczyć w obsłudze amerykańskiego segmentu Międzynarodowej Stacji Kosmicznej ISS.
Do 2019 roku z pomocą produkowanej we współpracy z ukraińską firmą rakiety Antares ma zostać wykonanych sześć resjów zaopatrzeniowych na ISS. Kontrakt opiewa na sumę 1,5 mld $. Umowa zakłada także możliwość udziału firmy w rejsach także w latach 2021-24.
Ukraińskie firmy współpracują ze stroną amerykańską od 2008 roku. Są producentami pierwszego stopnia rakiety kosmicznej Antares używanej do zaopatrywania stacji.
Rosja wykorzystuje w Syrii włoskie pojazdy opancerzone, chociaż ich produkcja na terytorium FR jest naruszeniem sankcji UE wobec Moskwy – pisze ukraiński ekspert z Centrum Badań nad Armią i Rozbrojeniem, Mychajło Samus.
Kontrakt na zakup 350 pojazdów opancerzonych IVECO LMV pomiędzy Rosją i Włochami został zawarty w 2011 roku. 10 kompletnych pojazdów przekazano Rosji od razu, pozostałe są produkowane w zakładach w Woroneżu i Nabereżnych Czelnach z gotowych komponentów dostarczanych z Włoch. Pomimo sankcji wprowadzonych przez UE po aneksji Krymu, w 2014 roku do Rosji dostarczono 81 kompletów części do produkcji pojazdów, w 2015 roku – 93 komplety.
W 2015 i 2016 roku wyprodukowanych ma zostać łącznie 356 pojazdów, a trafić mają one do 91 centralnej bazy rezerwy techniki samochodowej w Kamieniu Szachtyńskim w obwodzie rostowskim, niedaleko granicy z Ukrainą.
Również węgierskie Ministerstwo Obrony planuje zakup w Rosji 30 śmigłowców wielozadaniowych Mi-8/17. Kontrakt ma być tematem rozmów pomiędzy prezydentem Rosji i premierem Węgier podczas wizyty tego ostatniego w Moskwie, zaplanowanej na 17 lutego. Wartość kontraktu to ok. 400 mln $. Równocześnie, cały czas wraca kwestia budowy przez rosyjskie firmy elektrowni atomowej na Węgrzech, mimo że jest on sprzeczny z prawem UE.
Spotkanie głowy Kościoła katolickiego i Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej miało miejsce 12 lutego na lotnisku w stolicy Kuby, Hawanie. Po rozmowie w cztery oczy, która trwała dwie godziny, duchowni podpisali wspólną deklarację, w której m.in. określono trwającą na Donbasie rosyjską agresję mianem „konfliktu na Ukrianie”.
„Ubolewamy z powodu konfliktu na Ukrainie, który przyniósł wiele ofiar i doprowadził do poważnego kryzysu humanitarnego i ekonomicznego. Wzywamy wszystkie strony konfliktu do rozsądku, solidarności i działania na rzecz budowania pokoju” – napisano w deklaracji.
W deklaracji zwrócono także uwagę na zasadność dialogu pomiędzy odłamami prawosławia na Ukrainie w ramach istniejących norm kanonicznych, jak również działań na rzecz pokoju pomiędzy wyznawcami innych religii.
Komentując wspólną deklarację, zwierzchnik Kościoła greckokatolickiego na Ukrainie arcybiskup Swiatosław Szewczuk powiedział, że wierni Kościoła greckokatolickiego na Ukrainie są rozczarowani wspólną deklaracją papieża Franciszka i patriarchy moskiewskiego i całej Rusi Cyryla. Wielu czuje, że Watykan ich zdradził, wobec „półprawd” jakie znalazły się w cytowanym wyżej dokumencie, zwłaszcza w punkcie dotyczącym kondliktu na Donbasie.
Dzisiaj nieprzyjaciele Ukrainy wykorzystują tragedie z przeszłości, by pogłębić rozdźwięk w relacjach z Polską – uważą polska pisarka i tłumaczka, profesor Uniwersytetu Warszawskiego i Akademii Kijewo-Mohylańskiej, Ola Hnatiuk.
„Rosyjskie wpływy zawsze były silne, ale teraz okazuje się, na ile silne są rosyjskie służby specjalne i jak działają w Europie. Wzrósł także wpływ rosyjskiego kapitału” – uważa pisarka.
Ola Hnatiuk stwierdziła również, że pierwsze próby podważenia polsko-ukraińskich nieporozumień pojawiły się już w 2004 roku. „Wówczas wśród Polaków była wielka sympatia do Ukrainy. Ale wówczas widziałam, jak codziennie, gdy tylko udało się opublikować na stronie internetowej jakiś ciekawy artykuł o akcji na rzecz pojednania polsko-ukraińskiego, zaraz w komentarzach pojawiały się trole” – relacjonuje O. Hnatiuk.
Rosyjska propaganda, jaka działa w tym obszarze, najczęściej akcentuje kwestie Zbrodni Wołyńskiej. Pisarka jest przekonana, że w odpowiednich rosyjskich służbach zostało postawione zadanie skoncentrowania szczególnej uwagi na tej kwestii. Trzeba zauważyć, że kiedykolwiek jest mowa o porozumieniu, zaraz pojawia się temat Wołynia, choć nie brakowało w historii także innych krwawych czystek.
Zdaniem Oli Hnatiuk błędem była polityka Baracka Obamy, zakładająca zbliżenie z Rosją, co w swoich działaniach naśladowały także polskie władze: „Czemu taka polityka była błędna? Wówczas, w 2008 roku ta zmiana zbiegła się w czasie z wejściem Polski do strefy Schengen i wprowadzeniem reżimu wizowego dla obywateli Ukrainy. Stało się to bez woli samych Polaków, ale spowodowało w konsekwencje utrudnienie kontaktów i zmarnowanie części kapitału zaufania zgromadzonego przez poprzednie lata. Jej zdaniem, podstawą dla działania powinny być wspólne działania na rzecz upamiętniania ofiar, tak, by zrozumienie znaczenia i skali tej tragedii także na Ukrainie uniemożliwiło dalsze manipulacje.
Strona ukraińska zaproponowała mechanizm wprowadzenia kontroli nad odcinkiem granicy rosyjsko-ukraińskiej w Donbasie. Główną rolę w jego funkcjonowaniu miałaby odgrywać OBWE.
„Jeśli zobowiązalismy się by przeprowadzić wybory, nie inicjować działań bojowych, choćby nie wiem jak chcielibyśmy odebrać naszą ziemię – wykonamy te zobowiązania. Pozostaje jednak otwartym pytanie, jak wykonywać porozumienia z Mińska” – powiedzał Wadim Prystajko, szef aparatu MSZ Ukrainy, który odpowiada za rozmowy w ramach formatu normandzkiego.
Zgodnie z zapisami porozumienia z Mińska, w tym także tzw. Mińsk-2, podpisanego równo rok temu (12.02.2015r.) w ramach procesu pokojowego mają być m.in. przeprowadzone wybory i przywrócona kontrola strony ukraińskiej nad granicą w Donbasie. Propozycja strony ukraińskiej zakłada przekazanie kontroli nad granicą przedstawicielom misji OBWE, która aktualnie nadzoruje wstrzymanie ognia w Donbasie.
W ocenie przedstawiciela MSZ Rosja nie wykonuje dotąd postanowień porozumień z Mińska.
Na podstawie: pravda.com.ua, eurointegration.com.ua
W Kijowie i Dniepropietrowsku odbyły się robocze spotkania dotyczące prac nad satelitami i rakietami nośnymi. Strona polska widzi duży potencjał współpracy z Ukrainą w tym obszarze – powiedział szef Polskiej Agencji Kosmicznej, Marek Banaszkiewicz.
„Ukraina i Polska mają znaczne osiągnięcia w zakresie obróbki danych w zakresie badań Ziemi z przestrzeni kosmicznej, ale nas interesuje także technologia budowy pojazdów kosmicznych mających zastosowanie w badaniach tego rodzaju” – powiedział M. Banaszkiewicz podczas spotkania w Kijowie.
W jego opinii, połączenie potencjału i dotychczasowych osiągnięć Ukrainy z możliwościami jakie posiada Polska mogłoby dać znaczący potencjał rynkowy.
Z kolei podczas spotkania w Dniepropietrowsku omówiono kwestie związane z możliwościami współpracy w sferze budowy rakiet nośnych.
Ukraina, we współpracy z Brazylią i USA realizuje aktualnie projekt polegający na budowie rakiet nośnych Zenit (na zdj.), odpalanych z morskich platform startowych.
Funkcjonowanie rosyjskiej propagandy w mediach krajów Unii Europejskiej (w tym rzecz jasna w Polsce) nie jest niczym nowym ani zaskakującym. Jednak w ciągu ostatnich kilku miesięcy, a zwłaszcza w ciągu dwóch-trzech minionych tygodni można zaobserwować intensyfikację propagandowej ofensywy Kremla – i jak zwykle nie jest to przypadek.
W odniesieniu do krajów Europy Zachodniej rosyjska propaganda używa ciągle tego samego narzędzia, które, o zgrozo, niezmiennie okazuje się być skutecznym. Podobnie jak w czasie Zimnej Wojny osią znacznej części produkowanych z inicjatywy Moskwy treści jest sianie obaw o możliwy konflikt pomiędzy Rosją (wcześniej ZSRR) a NATO. Informacje takie, ostrzegające przed rzekomą eskalacją konfliktu na linii Rosja-Zachód pojawiają się regularnie w zachodnioeuropejskich mediach, a działania w postaci ćwiczeń wojskowych, testów „nowych” typów uzbrojenia (w tym zwłaszcza rakiet balistycznych zdolnych do przenoszenia broni atomowej) mają za zadanie wpłynąć na postawę opinii publicznej. Nie bez znaczenia są także wypowiedzi rosyjskich „ekspertów”, aktualnie przebywających w Europie Zachodniej, w niektórych wypadkach rzekomo „na wygnaniu” (choć nie jest tajemnicą, że rosyjscy dysydenci dzielą się na dwie zasadnicze grupy: tych, którzy w ten czy inny sposób pracują dla rosyjskich władz i tych, którzy już nie żyją, vide: A. Litwinienko).
Co istotne, te działania trafiają na podatny grunt w wielu państwa Unii Europejskiej położonych na zachód od Odry. Wynika to zarówno z realnych obaw (jak np. w przypadku Niemiec) jak i z braku percepcji jakiegokolwiek zagrożenia ze strony Rosji lub braku jakiegokolwiek rozumienia sytuacji w Europie Środkowej i Wschodniej (Francja, Hiszpania, itd.). Co więcej, rosyjska machina propagandowa działa na zasadzie kija i marchewki: w zamian za odejście od polityki sankcji wobec Rosji obiecuje korzystne relacje gospodarcze czy wsparcie w rozwiązywaniu problemów takich jak masowe nielegalne migracje do UE czy wspólna walka z ISIS w Syrii.
Aktywność tego rodzaju nie omija rzecz jasna Polski. Sytuacja w naszym kraju jest o tyle bardziej skomplikowana, że wobec doświadczeń historycznych poziom niechęci do Rosji, niezależnie od formy państwowości pozostaje jednym z największych w Europie. Nie przeszkadza to jednak w stosowaniu równie sprawdzonej co w poprzednim omawianym wypadku taktyki polegającej na budowaniu niechęci do państw sąsiednich, będących w podobnej sytuacji geopolitycznej. Jest to tym łatwiejsze, że w historii relacji z każdym dwóch z zagrożonych przez Federację Rosyjską sąsiadów: Litwą i Ukrainą miały miejsce trudne i tragiczne momenty, także w ciągu ostatniego stulecia.
Właśnie dzięki temu rosyjska propaganda trafia na podatny grunt: przedstawianie Litwy jako kraju rządzonego przez skrajnych nacjonalistów, uciskających polską mniejszość narodową oraz Ukrainy opanowanej przez „banderowców ziejących nienawiścią do wszystkiego co polskie” to tyleż stereotypowy co nieprawdziwy obraz, jaki pokutuje w świadomości wielu Polaków, niektórych zmieniając mimowolnie w „prorosyjskie zombie”, głuche na jakiekolwiek argumenty. Nie brak więc ludzi skłonnych bez żadnej próby weryfikacji uwierzyć i poprzeć totalnie fantastyczne informacje, jak np. o rzekomym wezwaniu przez prezydenta RP Andrzeja Dudę do „walki o odzyskane byłych ziem polskich” (informacja taka pojawiła się w listopadzie 2015 roku w rosyjskich mediach związanych z prorosyjskimi separatystami w Donbasie i niemal od razu spotkała się z lawiną pozytywnych komentarzy w Polsce http://rusnext.ru/news/1445372067). O ile podobne działania mogą wydawać się być „szytymi grubymi nićmi”, to nie można przechodzić wobec nich obojętnie ani lekceważyć, zwłaszcza, że często wywołują rezonans po drugiej stronie granicy i mogą mieć realny wpływ na relacje z krajami sąsiednimi.
Co ciekawe, w ciągu ostatnich miesięcy nastąpił swoisty „wysyp” rzekomo „niezależnych” mediów, przedstawiających alternatywny punkt widzenia na dane wydarzenia. Dziwnym trafem, znaczna część z przedstawianych tam opinii jest przypadkowo zbieżna z aktualnym stanowiskiem oficjalnych czynników Federacji Rosyjskiej lub przynajmniej wpisuje się w retorykę propagandową. Nie zawsze jednak tego rodzaju „media” są w stanie działać zgodnie z założeniami i ich autorom zdarzają się wpadki, jak choćby redaktorowi „Niezależnego Dziennika Politycznego” (http://dziennik-polityczny.com/), który twierdzi w artykule z 8 lutego br., iż „NATO zastraszaje obywateli Polski”, a „Amerykańczycy zastraszają imperialną polityką Rosji” (patrz: zdjęcie będące zapisem ekranu z artykułem, jako że tytuł został po kilku godzinach zmieniony).
Propagandowa ofensywa to na ten moment jedyna, na jaką może pozwolić sobie Federacja Rosyjska. Konflikt zbrojny na Donbasie pokazał, iż pomimo szeregu zmian, jakie zaszły w strukturach rosyjskiej armii, nadal nie jest ona w stanie realizować skutecznie operacji w większej skali, nawet przeciwko słabszemu przeciwnikowi, a funkcjonowanie systemów dowodzenia, rozpoznania czy logistyki pozostawia wiele do życzenia. Tym samym, jakikolwiek konflikt pomiędzy Rosją a NATO zakończyłby się dla Moskwy katastrofą, z czego zresztą rosyjskie kierownictwo doskonale zdaje sobie sprawę. Wobec tego, jedynym dostępnym rozwiązaniem jest sięganie po metody niestandardowe, w tym walkę w sferze informacyjnej – a współczesne media, w tym zwłaszcza internetowe, dają szerokie możliwości działania w obszarze walki „o serca i umysły” widzów i czytelników. To jeszcze jeden argument, który nie pozwala lekceważyć działań strony rosyjskiej.
Pozostaje zadań pytanie jaki jest cel działań realizowanych przez Rosję? Wydaje się, iż wobec braku realnych możliwości nacisku wprost środkami politycznymi, militarnymi czy gospodarczymi, wykorzystuje ona jedyną dostępną opcję dla „zmiękczenia” nałożonych sankcji i powrotu do „business as usual”. Należy oczekiwać, że działania te, mimo oficjalnych deklaracji zachodnich polityków, przyniosą oczekiwane rezultaty – Zachód nie chce i nie może dopuścić do poważnego kryzysu wewnątrz Rosji, który mógłby skutkować ewentualnym konfliktem wewnętrznym i/lub rozpadem państwa. Niestety, jak zwykle w takich wypadkach, odbędzie się to kosztem krajów Europy Środkowej i Wschodniej – w tym zwłaszcza Ukrainy.
Z początkiem lutego znacznego rozgłosu nabrały wzmianki o potrzebie jak najszybszej deokupacji Krymu oraz reintegracji okupowanych terytoriów, przy czym z treści komunikatów informacyjnych, które pojawiły się w mediach lokalnych, pojawić mogło się uporczywe wrażenie, że deokupacja dotyczy wyłącznie Krymu (jak wynika to z rezolucji Parlamentu Europejskiego, przyjętej po zakończeniu misji Zgromadzenia Ogólnego Rady Europy, która badała stan przestrzegania praw człowieka na Półwyspie), z kolei odpowiednio reintegracji podlegają tylko okupowane terytoria Obwodów Donieckiego i Ługańskiego. Nie jest to jednak prawdą.
Należy zauważyć, że po pierwszej wzmiance o „deokupacji”, dokonanej przez Prezydenta P. Poroszenkę w styczniu, retoryka ta na chwilę została zapomniana. Jej uaktualnienia dokonał Minister Spraw Zagranicznych P. Klimkin, obiecując włączyć „deokupację Krymu” do porządku dziennego obrad formatu normandzkiego, przy czym podkreślając, że proces miński pozostanie osobnym kierunkiem negocjacji. Co ciekawe, apelowanie do międzynarodowych partnerów w sprawie nacisku na Rosję zbiegło się z kryzysem rządowym na Ukrainie i zostało zaburzone przez dymisję Ministra Gospodarki, Litwina A. Abromawicziusa, której towarzyszył głośny skandal korupcyjny, w centrum którego znalazł się „szary kardynał” Bloku Petra Poroszenki, wieloletni przyjaciel Prezydenta – Ihor Kononenko. Skandal ten wywołał na tyle wielki rozgłos, że nawet ambasadorowie krajów donatorów Ukrainy wystosowali wspólny list, w którym wskazali na niedopuszczalność spowolnienia reform na Ukrainie przez mechanizmy kontroli korupcyjnej oraz nadzór nad działalnością ministrów, którzy przypomina „schematy Janukowycza”. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Danii poszło jeszcze dalej i zagroziło odwołaniem sankcji nałożonych na Rosję w związku z niewykonaniem planu reform przez Ukrainę. Nic dziwnego, że w tych warunkach kolejna osoba ściśle związana z Poroszenką, a więc Minister Spraw Zagranicznych Ukrainy, wyciągnął z kieszeni ową deokupację, aby ponownie przesunąć punkt zainteresowania międzynarodowych partnerów z walki z korupcją wewnątrz Ukrainy na wyzwania zewnętrzne. Niestety, tak jak przewidywano, deokupacji użyto do manipulowania opinią publiczną, nie wypełniając jej treści. Czym jednak w rzeczywistości mogą być wspomniane deokupacja i reintegracja?
Konieczne jest przede wszystkim zrozumienie terminologii. Popularny obecnie termin deokupacja oznacza wprowadzenie status quo w stosunku do granic terytoriów. W naszym przypadku [Ukrainy] mówimy w ogólnym zarysie o powrocie Krymu oraz okupowanych terytoriów Obwodów Donieckiego i Ługańskiego do Ukrainy, a dokładniej – wycofanie obcych sił wojskowych z terytorium Ukrainy, doprowadzenie zdemilitaryzowanych granic Ukrainy z Rosją do stanu na dzień 1 marca 2014 roku, poszanowanie integralności terytorialnej. Termin ten jest powszechnie stosowany w Gruzji w stosunku do planów powrotu okupowanych terytoriów – Abchazji i Osetii Południowej. Formalnie istnieje kilka opcji realizacji deokupacji, w zależności od wybranych środków oraz poziomu sprzeciwu na terytoriach, które podlegają podobnej procedurze. Co do Krymu, wobec którego stosowane są sankcje międzynarodowe, ale mającego wsparcie Rosji, istnieje wiele zastrzeżeń. Ponadto Rosja szantażuje społeczność międzynarodową tym, że umieści na Półwyspie broń jądrową i utrzymuje renomę Floty Czarnomorskiej Federacji Rosyjskiej jako państwową dumę każdego rosyjskiego obywatela. Krym ma strategiczne znaczenie dla Moskwy, również ze względu na zwiększone prawdopodobieństwo konfrontacji Rosji z Turcją. Siłowa deokupacja półwyspu de facto jest uniemożliwiona (chyba, że sojusznicy z NATO wesprą Ukrainę w postaci desantu, jak to miało miejsce w epizodzie wojny rosyjsko-tureckiej w 1854 roku). Pokojowa deokupacja to z kolei nacisk polityczny, społeczny i ekonomiczny na Rosję, na dużą skalę i w wykonaniu międzynarodowej społeczności, poparty aktywną pozycją i określonym planem działań Ukrainy. Na razie nie ma ani pierwszego, ani – zwłaszcza – drugiego.
W odniesieniu do reintegracji, jest to kolejny logiczny etap następujący po deokupacji, a nie równoległe działanie. Deokupacji wymaga nie tylko Krym, ale i Donbas. Reintegracja oznacza dosłownie zestaw środków politycznych, społecznych i ekonomicznych dla celów przywrócenia pokojowego życia na ponownie dołączonych obszarach. Istotną kwestią jest tutaj polityka pojednania narodowego jako kluczowego narzędzia reintegracji. Mieszkańcy okupowanych terytoriów, bombardowani przez rosyjską propagandę popartą agresywną anty-ukraińską retoryką lokalnych separatystów, potrzebują intensywnej terapii psychologicznej. Sposobem nie jest jednak narzucenie nowych idoli, niszczenie pomników i oskarżenia o kolaborację, co ostatecznie oddali pojednanie, a „mądra”, wyważona polityka informacyjna oparta na konsensusie, wspólnej wizji strategicznego rozwoju państwa, którą co prawda trzeba jeszcze odnaleźć w ogólnonarodowym dialogu.
Obecnie deokupacja oraz reintegracja są raczej obiektem politycznych manipulacji polityków oraz badań historyków i politologów, aniżeli realną polityką państwa, która miałaby charakter stosowany. Czy ten zlepek słów stanie się przyszłością Ukrainy – pokaże czas. Póki co ukraińskie społeczeństwo nie demonstruje gotowości do szerszej dyskusji na ten temat, skupiając się na kwestiach bardziej naglących, takich jak reformy i zwalczanie korupcji. Możliwe jest, że w warunkach niestabilności politycznej, czyli oczekiwanego rozpadu koalicji parlamentarnej i ogłoszenia przedwczesnych wyborów parlamentarnych, kwestia „deokupacji” i „reintegracji” stanie się narzędziem spekulacji (tak jak to stało się ze „szczególnym statusem Donbasu”) i będzie powodem do ogłoszenia kolejnej „zdrady”. W powodzenie procesu pragmatycznej realizacji treści tychże słów na wskazanych terytoriach póki co nie bardzo się więc wierzy.
Służba Bezpieczeństwa Ukrainy ujawniła dane dotyczące współpracy rosyjskich oficerów z terrorystami z DNR i ŁNR. Byli oni pracownikami Centrum ds. kontroli i koordynacji monitorującego zawieszenie broni w Donbasie, wzdłuż linii rozgraniczenia ustalonej porozumieniami z Mińska.
Według oświadczenia szefa SBU Wasyla Hrycaka, rosyjscy oficerowie, korzystając z mandatu Misji brali udział w ćwiczeniach bojowników nielegalnych grup zbrojnych DNR i ŁNR, w tym również jako instruktorzy. Zajmowali się także dostarczaniem podręczników i innej literatury wojskowej z Rosji na terytorium Ukrainy pozostające pod okupacją DNR/ŁNR, w tym dotyczącej kwestii niszczenia obiektów, walki w mieście oraz szkolenia obsługi artylerii rakietowej typu GRAD i URAGAN.