„Obyś żył w ciekawych czasach” – głosi chińskie przekleństwo. Furda tam Chińczycy, czasy są jednak ciekawe, a wbrew temu, czego chcieliby lekkoduszni ignoranci będą jeszcze ciekawsze.
Od ponad miesiąca jeżdżę po Polsce w ramach promocji „Krwi i Ziemi”. Kilkanaście miast i miasteczek, spotkania z salami wypełnionymi po brzegi i takie, gdzie przychodzi po kilka osób. Rzecz szalenie pouczająca, jeszcze bardziej dołująca i na maksa wkurwiająca. Choć o te dwie ostatnie rzeczy trudno mieć pretensje do ludzi, których spotykam.
Polacy chcą dowiedzieć się, czym jest konflikt ukraińsko – rosyjski, skąd wziął się Majdan, kim są i jak myślą Ukraińcy. Pytają o Mariupol i Charków, dowiadują się o klęsce w Iłowiajsku, odpuszczeniu Debalcewe i nieschwytanych snajperach – mordercach z Majdanu, czy bombach spadających na Kramatorsk. Wypytują, kiedy znikną z Ukrainy pomniki Bandery i czym jest „Prawy Sektor”. Chcą posłuchać i rozmawiać o tym, co się dzieje za naszą wschodnią granicą. Są w większości zatrwożeni, maja obawy co do przyszłości. Część chce się oczywiście kłócić, a i to ma jakąś wartość.
Niestety, momentami spotkania dają mi też namacalny dowód, że prawda ginie pierwsza. W pytaniach i dyskusjach powtarzają się co raz tezy z publicystycznych „dyskusji” i trollskich nawalanek internetowych. Część osób z pełnym przekonaniem powiela i uwiarygodnia fantastyczne teorie, jak choćby ta, że malezyjskiego Boeinga zestrzelił ukraiński myśliwiec. Nie mam pretensji do ludzi, że powtarzają rzeczy niestworzone. Ktoś im to podał jako prawdę, nikt nie zdementował. (No, chyba że słyszę o wszechświatowym spisku żydostwa, zawiązanym w celu rozkrojenia Ukrainy, wtedy mam pretensje do inteligencji moich rozmówców, a nawet zastanawiam się, czy w okolicy nie szukają uciekinierów z Tworek / Kobierzyna).
To jednak margines. Zauważyłem przy tym, że stosunkowo mało jest ludzi jednoznacznie negatywnie nastawionych do pomocy Ukrainie. Wszyscy wiedzą, kto w tym kryzysie pełni rolę agresora. Jeśli już pojawiają się głosy krytyki, to raczej uzasadniane jest to słabością naszego państwa i idącym za tym strachem przed zemstą Rosji. Cóż, przyglądając się kolejnym woltom miłościwie nam panujących, trudno się dziwić. Pamiętając o Smoleńsku zrozumieć to tym łatwiej.
Nasz kraj dryfuje sobie osamotniony przez sąsiadów, nieaspirujący do jakiejkolwiek roli w tym, co dzieje się nad Dnieprem. Nasze porozumienia (Trójkąt Weimarski, Grupa Wyszehradzka) to martwe twory. Ze stolicami państw bałtyckich nie potrafimy się porozumieć. Jeśli już cokolwiek się dzieje, to raczej na zasadzie „gdzie konie kują i żaba nogę podstawi”. Ludziom brak konkretnych sygnałów ze strony naszych władz, polityka jest niespójna i prowadzona ad hoc. Polacy to widzą i wcale ich to nie uspokaja.
Inną sprawą, która pojawia się zawsze, jest temat szczególnie bolesny. Gdy rozpoczyna się dyskusja na temat wołyńskiego ludobójstwa, gdy pojawiają się zarzuty, że dzisiejszy ukraiński nacjonalizm jest w prostej linii kontynuacją najkrwawszej wersji tego sprzed lat, opartego na szowinistycznych teoriach Doncowa i działalności Szuchewycza.
Zawsze przy tej okazji pojawiają się emocje. Miesza się wszystko. Komuś udało się wmówić niemałej części Polaków, że na Ukrainie grasują bandy potomków Kłaczkiwskiego, którzy gdy tylko skończą z rosyjskojęzyczną mniejszością, przyjdą zrobić nam powtórkę z Huty Pieniackiej. Co więcej, że wszyscy Ukraińcy to banderowcy, więc pomoc komukolwiek na wschodzie to „hodowanie wroga”. Szczególnie przykro słyszeć to z ust ludzi, którzy autentycznie się boją, bo mają w rodzinie ofiary ludobójstwa, lub co gorsza sami je pamiętają.
Czyja to wina? Oczywiście że trolli internetowych, że agentury, że V Kolumny Rosyjskiej, ludzi o złych intencjach i wszelkich środowisk pseudokresowych. Ale też dziwnych tworów, które opłacają w Internecie reklamy takich stron jak „Poparcie dla Akcji Wisła” lub przedstawiają Andrzeja Dudę jako potomka banderowca.
To wina jawnej agentury, jak ludzie z partii „Zmiana”. Wreszcie osób z autorytetem, jak choćby pewien duchowny, gotowych w każdym Ukraińcu odnaleźć cień uzbrojonego w widły krwiożerczego chłopa. I zgraja tych, którzy z różnorakich pobudek owemu duchownemu suflują, utwierdzając go w przekonaniu, że czyni dobrze.
To także wina naszych władz, z ich zachowawczo – milczącą polityką, obliczoną na przeczekanie. Tych samych władz, które przed dwoma laty nie potrafiły uznać 11 lipca za Dzień Pamięci Męczeństwa Kresowian, a zbrodni wołyńskiej za ludobójstwo, czym na własne życzenie pozbawiły się moralnego prawa do pouczania strony ukraińskiej i wymagania czegokolwiek. Władz, które od samego początku kryzysu, nie zabrały w tej sprawie głosu bodaj ani raz, pogłębiając jednocześnie atmosferę niepewności i podziału w Polsce. Dały tym samym Ukrainie przyzwolenie na milczenie z jednej, a bezrefleksyjną gloryfikację UPA et cohortes z drugiej.
To wreszcie wina samych Ukraińców, z których część (w tym władze) toleruje szowinistyczne (ale nie antypolskie) wybryki, nie sprzeciwia się pojawiającym się tu i ówdzie incydentów, które od razu urastają w publicystyce i propagandzie przeciwników Kijowa do rangi „strasznej normy”.
To wina władz Ukrainy, które najwyraźniej z racji użyteczności niektórej symboliki nacjonalistycznej w wojnie propagandowej z Rosją, nie chcą wchodzić w niuanse i zrazić sobie części i tak już zmęczonego już kryzysem społeczeństwa.
Nie ma przy tym wątpliwości, że jest na Ukrainie część osób, która jest w stanie uzasadniać ludobójstwo wołyńskie w ten czy inny sposób. Najczęściej, wojną polsko – ukraińską. Gorzej, gdy słyszy się o całkowitym zaprzeczaniu tragedii, lub wręcz uzasadnia ją tak, jak zrobił to w wywiadzie z Wojciechem Jankowskim ukraiński intelektualista Taras Prochaśko. Ten uzasadnia to, tłumacząc hekatombę Polaków koniecznością walki o państwo ukraińskie, i przekonuje, że każdy zachowałby się tak samo:
„Teraz możliwa jest budowa państwa bez mordów na ludności cywilnej, w tamtych czasach tak nie było. Gdyby w tamtych czasach było zagrożenie dla państwa polskiego, to zastosowywano by takie same metody.”
Trudno to nawet komentować. Z takimi elitami ukraińskimi nie ma o czym rozmawiać. Pozostaje mieć nadzieję, że jest to przypadek odosobniony, a po moich doświadczeniach śmiem twierdzić, że na szczęście tak.
Czy ukraiński nacjonalizm jest zagrożeniem dla Polski? Obecnie nie. Dziś ostrze radykalnej Ukrainy, skupionej w ochotniczych batalionach i grupach partyzanckich, w ludziach o wojowniczych nastrojach, gotowych na wszystko, skierowane jest jednoznacznie na wschód. Na Rosję. UPA jest obecna w głowach części bojców jako mityczna formacja narodowo – wyzwoleńcza, walcząca ze Związkiem Sowieckim. Dziś Bandera i Szuchewycz, a za nimi czerwono-czarny sztandar to symbole oporu wobec agresora. A ten jest jeden.
Ukraiński nacjonalizm w nowym, nieznanym wydaniu będzie zagrożeniem dla Polski, ale i reszty Europy dopiero wtedy, gdy Ukraina upadnie. Gdy ziści się tzw. „worst case scenario”. Gdy okaże się, że forsowany przez Putina i jego siepaczy projekt „Noworosja” wejdzie w życie przy bierności sztabu w Kijowie i przy bierności świata zachodniego. Po trupach żołnierzy i ochotników.
Projekt ów (Noworosja) zakłada, że od dzisiejszej Ukrainy odcięty zostanie jej wschód i południe. „Od Odessy do Donbasa będzie Rosja nasza” – mówił Ramzan Kadyrow, prokremlowski kacyk z Groznego. Jego słowa wciąż są aktualne. Nie bez powodu trwa ciągła destabilizacja w Charkowie, Mariupolu, wreszcie Odessie. Wyrąbanie drogi na Krym, zajęcie Odessy i połączenie się Rosji z Nadniestrzem przez pas „Noworosji” – bandyckiego quasipaństwa – to realne zagrożenie dla Ukrainy.
Obgryziona i upodlona Ukraina, której rząd zapewne długo by się nie utrzymał, zmieniłaby się kraj upadły. Trudno przewidzieć konsekwencje takiego rozwoju sytuacji, ale szacując liczbę ludzi pod bronią, ilość różnorakich frakcji politycznych, grup zbrojnych, wreszcie agentów wpływu, zdrajców i zwykłych bandytów, można przypuszczać, że na długi czas nasz wschodni sąsiad pogrążyłby się w chaosie, o jakim trudno dziś nawet pomyśleć.
To taka, a nie dzisiejsza, lub ewentualnie zwycięska Ukraina będzie zagrożeniem dla Polski. Już teraz do naszego kraju przybywa wiele osób uciekających przed poborem do wojska. Będzie ich zapewne jeszcze więcej, wszak jesteśmy „najsilniejszym i najpewniejszym” państwem w okolicy (jakkolwiek to brzmi).
Ale to nie koniec zagrożeń. Gdyby cała Ukraina stała się areną takiego kryzysu, pretensje (słuszne) będą kierowane również do nas, Europy Zachodniej. Ludzie, którzy jeszcze przed chwilą aspirowali do naszego porządku świata i pod flagami Unii Europejskiej szli pod kule, są za to właśnie bezwzględnie karani. Dzieje się to przy kompletnej bierności Warszawy, Brukseli, Berlina, Paryża etc. Gdy upadną na całej linii, zapewne nam tego nie zapomną. Jak taka sytuacja rozjuszyłaby Rosję, trudno nawet przewidywać. Zresztą ten tekst i tak jest już na to za długi.
Cóż więc robić? Wszelkimi siłami wpływać na proces zmian na Ukrainie. Na lustrację i dekomunizację w najważniejszych, kluczowych obszarach. Szkolić sprawdzonych uprzednio wojskowych. Wysyłać broń i chwalić się tym wszem i wobec.
A w sferze ideologiczno – historycznej? Naciskać i domagać się dialogu. Mówić, że to dla nas ważne. Mówiąc brzydko, korzystać z kija i marchewki. Wreszcie korzystać z rozwiązań wypracowanych przez inne narody – spotykać ze sobą młodych i starych, świadków historii i historyków, angażować społeczeństwo obywatelskie.
I nie dawać się rozgrywać przez rosyjską propagandę, która z Wołynia uczyniła sobie młot, którym wbija klin między nas i Ukrainę przy obustronnym milczeniu obu krajów. Przy tym wszystkim ganić trolli i piętnować V kolumnę. W przeciwnym razie może być tylko gorzej.
Foto pochodzi z książki „Krew i Ziemia”. Jego autorem jest Krzysztof Lubos, a przedstawia wyposażenie jednego z batalionów ochotniczych, operujących na wschodzie Ukrainy.
Wojciech Mucha
Źródło: Wojciech Mucha – subiektywny dziennik i nocnik
https://www.facebook.com/muchamikroblog/posts/818411014905522:0
Portal polsko-ukraiński Portal Polsko-Ukraiński jest portalem internetowym o charakterze analityczno-informacyjnym

