poniedziałek, 10 Sierpień, 2020
pluken
Home / Komentarze i opinie / Tylko spokój może nas uratować

Tylko spokój może nas uratować

Share Button

Wydarzenia na Ukrainie balansują na granicy niebezpiecznej eskalacji. W tej sytuacji, zarówno władza, jak i opozycja powinny wykazać się zdrowym rozsądkiem i świadomością wielkiej odpowiedzialności jaka na nich spoczywa: za zdrowie i życie uczestników protestu.

Momentem przełomowym dla przebiegu protestów była noc z 29 na 30 listopada br. kiedy oddziały specjalne Milicji dokonały brutalnego rozpędzenia demonstrantów zgromadzonych na Majdanie Niezależności w centrum Kijowa. Ta niesprowokowana niczym napaść zasługuje rzecz jasna na potępienie – swoje oburzenie tą sytuacją wyrazili już prezydenta i premier Ukrainy, a w sprawie toczy się śledztwo. W żywotnym interesie władz Ukrainy, zarówno patrząc z pespektywy sytuacji wewnętrznej jak i pozycji międzynarodowej jest, aby było ono rzetelne, aby jego wyniki nie budziły wątpliwości, a winni zaistniałej sytuacji zostali ukarani.

Inny charakter miały jednak wydarzenia, jakie rozegrały się w niedzielę po południu na ul. Bankowej, przed siedzibą Administracji Prezydenta Ukrainy, gdzie doszło do starć pomiędzy demonstrującymi, a oddziałami specjalnymi Milicji „Berkut”, ochraniającymi budynek. Według protestujących na Euromajdanie, wywołali je wynajęci przez władzę prowokatorzy, którzy rozpoczęli starcia (choć nie można wykluczyć także wariantu, że były to grupy chuliganów, korzystające z okazji do wszczęcia zamieszek), w których ucierpieli zarówno pokojowo nastawieni uczestnicy protestu jak i dziennikarze.

Niezwykle ważne jest, aby do takich sytuacji nie dochodziło w przyszłości – gdyż w opisanych okolicznościach, nietrudno jest o to, aby sytuacja wymknęła się spod kontroli. Widać to doskonale na przykładzie Marszu Niepodległości w Warszawie, gdzie od kilku lat regularnie dochodzi do starć pomiędzy Policją, a momentami trudnymi do zdefiniowania grupami ludzi, działającymi zwykle na marginesie wielotysięcznej demonstracji. Wydaje się, że analogiczna sytuacja miała miejsce w niedzielę, 1.12. w Kijowie. Bardzo często mimowolnymi ofiarami takich starć stają się spokojnie zachowujący się uczestnicy demonstracji lub przypadkowi przechodnie. Dynamika zdarzeń w takim przypadku jest na tyle duża, że interweniujące służby porządkowe mogą nie mieć możliwości odróżnienia agresywnych demonstrantów od nie-agresywnych lub dziennikarzy. Wniosek jest prosty: uczestnicy protestów powinni za wszelką cenę unikać prowokacji i stosować się bezwzględnie do poleceń osób sprawujących nadzór nad przebiegiem zgromadzenia, a władze powinny ograniczyć do minimum możliwość wystąpienia sytuacji w których mogłoby potencjalnie dojść do eskalacji napięcia w tym czy innym punkcie. Dotyczy to także przedstawicieli mediów, którzy często nie zważając na ryzyko, przebywają w miejscach, gdzie jest najbardziej niebezpiecznie – co do zbyt roztropnych posunięć nie należy.

Wydaje się, że w przypadku kryzysu na Ukrainie rozwiązanie siłowe nie jest w niczym interesie. Ani prezydenta Wiktora Janukowycza, który, gdyby zdecydował się na rozpędzenie manifestacji na pewno straciłby władzę wcześniej czy później, ani (co oczywiste) – protestujących, którzy w takim wypadku nie osiągnęliby żadnego ze swoich postulatów. Stłumienie demonstracji przez władze oznaczałoby dla Ukrainy izolację na forum europejskim, a co za tym idzie – konieczność zbliżenia z Rosją i być może wstąpienia do Unii Celnej, czego prezydent Janukowycz stara się za wszelką cenę uniknąć, nie chcąc podzielić losu swojego białoruskiego kolegi.

Wydaje się, że obie strony sporu powinny wykazać się elastycznością. Opozycja postawiła bardzo ostre żądania pod adresem władzy, włącznie z dymisją rządu i prezydenta. Ich wykonanie w całości jest bardzo mało prawdopodobne, a bezkompromisowa postawa jej liderów, w tym zwłaszcza stanowcza odmowa rozmów przy zaproponowanym przez władze „okrągłym stole” nie sprzyja niestety rozwiązaniu obecnego kryzysu. Wola porozumienia, które jest w interesie obu stron, powinna się pojawić po obu stronach, tak, aby można było znaleźć wyjście z obecnej, patowej sytuacji.

Jak wiadomo, prezydent Janukowycz przeprowadził rozmowę z szefem Komisji Europejskiej, Jose Manuelem Barroso na temat możliwości wznowienia rozmów na temat podpisania umowy stowarzyszeniowej. Świadczyć to może o tym, że po stronie ukraińskich władz istotnie jest wola i determinacja doprowadzenia do podpisania porozumienia. Być może do rozmów należałoby zaprosić także przedstawicieli opozycji i protestujących na Euromajdanie (choćby w charakterze obserwatorów). Z kolei opozycja powinna w tej sytuacji udzielić władzom pewnego „kredytu zaufania” – pod określonymi warunkami, tj. podpisania umowy stowarzyszeniowej oraz rzetelnego wyjaśnienia sytuacji, jaka miała miejsce w nocy z 29 na 30 listopada na Majdanie Niezależności. Nie musi to oznaczać rzecz jasna końca manifestacji – mogą, a być może nawet powinny one trwać nadal, z jednej strony jako czynnik kontrolny wobec władz, z drugiej – jako argument w ręku prezydenta Janukowycza, który może wykorzystać w stosunku do Brukseli w negocjacjach dotyczących gwarancji gospodarczych na wypadek konfliktu handlowego z Rosją. Unia Europejska, przy całej swojej nieudolności w prowadzeniu polityki zewnętrznej na wschodzie, nie może bowiem ignorować masowego, proeuropejskiego wystąpienia ukraińskiego społeczeństwa – inaczej byłoby to zaprzeczenie wartościom europejskim, o których tyle mówią liderzy UE.

Politycy w krajach Unii Europejskiej (w tym zwłaszcza niektórzy nader aktywni komentatorzy sytuacji na Ukrainie jakich można znaleźć wśród polskich deputowanych do Parlamentu Europejskiego) oraz wszyscy, którzy domagają się sankcji wobec Ukrainy jako kraju czy prezydenta Janukowycza oraz innych osób z ukraińskiego kierownictwa powinni zrozumieć, że zastosowanie takich środków będzie miało konsekwencje w postaci izolacji Ukrainy na forum międzynarodowym – a jednocześnie, przy braku innych możliwości działania, siła rzeczy popchnie ją w kierunku Rosji. Jest to scenariusz, który nie jest ani w interesie Polski, ani Unii Europejskiej. Nie wspominając o tym, że taki rozwój wypadków mógłby przyczynić się do trudnej do przewidzenia eskalacji napięcia i wybuchu jeszcze bardziej gwałtownych protestów, w których do głosu mogłyby dojść siły radykalne. Skutki takiego rozwoju wypadków byłyby trudne do przewidzenia. Każdy, kto nawołuje do „zdecydowanego” działania wobec władz Ukrainy i neguje możliwość porozumienia z obecnym rządem i prezydentem powinien zastanowić się, czy byłby w stanie wziąć na siebie taką odpowiedzialność?

Dariusz Materniak

Share Button

Czytaj również

Fot. obserwatormiedzynarodowy.pl

Stanisław Żelichowski: geopolityczny wymiar regionu bałtycko-czarnomorskiego – perspektywa Kijowa

Od dawnych czasów potencjał tranzytowy regionu bałtycko-czarnomorskiego, którego Ukraina i Polska stanowią integralną część, był …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.