środa, 12 Sierpień, 2020
pluken
Home / Komentarze i opinie / To jest szczyt na miarę naszych możliwości, czyli jak Unia przegrywa Ukrainę

To jest szczyt na miarę naszych możliwości, czyli jak Unia przegrywa Ukrainę

Share Button

Szczyt Partnerstwa Wschodniego w Wilnie niewątpliwie potwierdził jedno: Unia Europejska nie potrafi skutecznie i szybko podejmować działań w przestrzeni międzynarodowej.

Zgodnie z przewidywaniami, podczas spotkania nie udało się podpisać umowy stowarzyszeniowej z Ukrainą. Odpowiedź na pytanie dlaczego tak się stało wydaje się być dość złożona, bo jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, na taki efekt wpływ miało kilka czynników.

Pierwszym i najważniejszym powodem nie była, jak chce twierdzić część komentatorów sprawa pozostającej w więzieniu byłej premier Julii Tymoszenko. Co prawda ukraińskie władze, w tym zwłaszcza prezydent Wiktor Janukowycz obawiają się (do pewnego stopnia obawy te są irracjonalne) byłej szefowej rządu i partii „Batkiwszczyna”, jednak jak wiadomo ze źródeł nieoficjalnych, podczas rozmów na szczycie Unia Europejska zgodziła się na podpisanie porozumienia bez wypuszczenia byłej premier – a umowa i tak nie została podpisana.

Zasadniczym czynnikiem, jak wpłynął na decyzję władz Ukrainy o wstrzymaniu procesu przygotowań do podpisania umowy z UE (decyzja rządu Mykoły Azarowa z 21.11.2013r.) i w konsekwencji do niepodpisania umowy przez prezydenta Wiktora Janukowycza podczas szczytu w Wilnie były naciski ze strony Rosji i możliwe skutki wojny handlowej, która mogłaby doprowadzić ukraińską gospodarkę do bankructwa – zdaniem ekspertów nawet w ciągu kilku miesięcy. Unijni politycy, powtarzając jak mantrę wywody o długofalowych korzyściach z podpisania umowy o stowarzyszeniu i wolnym handlu nie chcą lub nie potrafią zrozumieć, że obietnica długookresowych profitów nie jest żadnym argumentem w wypadku, gdy nie ma jakichkolwiek gwarancji pomocy w krótkim okresie czasu – a tego właśnie zabrakło ze strony europejskiej. Ukraina nie żądała (znów, jak chciałaby część komentatorów w UE) „zapłaty” za integrację europejską – pieniądze nie miały przecież trafić do kieszeni prezydenta Janukowycza, zwłaszcza, że Ukraina zwróciła się z prośbą o udzielenie kredytów przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy i inne instytucje. Chodziło o jasną deklarację pomocy finansowej na wypadek konfliktu handlowego z Rosją. Być może gdyby deklaracja taka padła i gdyby stał za nią jakikolwiek autorytet organizacji prowadzącej konsekwentną politykę, umowa mogłaby zostać podpisana.

Nie od dzisiaj jednak wiadomo, że struktury unijne są dramatycznie nieskuteczne jeśli idzie o podejmowanie jakichkolwiek działań w sferze międzynarodowej. Doskonałym przykładem tego problemu są dwa kraje Partnerstwa Wschodniego – Białoruś i Armenia, a poruszania problematyki których unijni politycy starali się w Wilnie skrzętnie unikać (na szczęście dla nich, uwaga mediów tym razem zogniskowała się na Ukrainie). Białoruś od kilku lat pozostaje w faktycznej izolacji na forum międzynarodowym i popada w coraz większą zależność, a sankcje nałożone na przedstawicieli jej władz nic nie pomagają, a jeszcze bardziej spychają ten kraj na margines, tj. w strefę wpływów Rosji. Swoją drogą zapewne taki sam efekt miałoby nałożenie podobnych obostrzeń na przedstawicieli władz Ukrainy, czego zresztą domaga się część protestujących (co jednak można rozumieć, ze względu na wielkie rozczarowanie jakie panuje na Ukrainie w związku z wynikiem rozmów w Wilnie). Co do Armenii – widać tu jeszcze bardziej jaskrawo brak możliwości reakcji ze strony Brukseli. Armenia również pod naciskiem Moskwy wycofała się z rozmów z UE praktycznie na finiszu rozmów ws. parafowania umowy stowarzyszeniowej. Oba te kraje znajdują się od wielu lat pod bardzo silnym wpływem Rosji. Co robi w tej sprawie Bruksela? Niewiele, poza wydawaniem kolejnych deklaracji wzywających Moskwę do zmiany polityki. Efekty – jak widać.

Sygnały płynące ze strony władz Ukrainy były wyraźne – potrzebujemy gwarancji, w tym także finansowych, na wypadek konfliktu handlowego z Rosją, który mógłby mieć dramatyczne skutki dla naszej gospodarki lub przynajmniej jasnej deklaracji pomocy na taką ewentualność. O trudnej sytuacji, w jakiej znalazła się Ukraina – faktycznie sam na sam z przeciwnikiem w postaci Federacji Rosyjskiej prezydent Wiktor Janukowycz wspomniał także podczas czwartkowego spotkania z kanclerz Angelą Merkel. Jak widać niestety, nie przekonało to ani niemieckiej kanclerz, ani innych przywódców UE. Słowa, jakie padły następnego dnia o tym, że Ukraina podpisze umowę „kiedy będzie miała wystarczającą śmiałość” lepiej pozostawić bez komentarza. Unia Europejska wymagała bowiem od Ukrainy pójścia na samotną wojnę z Rosją bez wymiernych gwarancji pomocy (może poza słowami otuchy i o potrzebie budowania wartości europejskich). Czy jakikolwiek odpowiedzialny rząd zgodziłby się na takie postawienie sprawy? Mocno wątpliwe.

Do takiego, a nie innego wyniku szczytu Partnerstwa Wschodniego w Wilnie przyczyniło się też kilka innych, „życzliwych” państw. W pierwszej kolejności, parafrazując słowa pewnego francuskiego prezydenta – Francja, nowy osioł trojański Europy! Jak stwierdził w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej” Carl Bildt, minister spraw zagranicznych Szwecji, to właśnie Paryż zablokował możliwość przyjęcia deklaracji o perspektywie członkostwa dla Ukrainy. Taki dokument, nawet jeśli nie miałby decydującego znacznie, to mógłby wiele zmienić w negocjacjach w Wilnie. Siłą rzeczy w tym miejscu trzeba zadać pytanie – czyją politykę realizują władzę w Paryżu? Swoją własną, czy Władimira Putina? A może to kwestie tożsame? Jeśli tak, to może Francja powinna przemyśleć kwestię członkostwa w UE na rzecz stania się kolejnym podmiotem Federacji Rosyjskiej? To trudne, ale możliwe do zrobienia.

Drugi czynnik to kraje, jakie podpisały porozumienie ws. budowy gazociągu „South Stream”, który omija Ukrainę i znacząco obniża jej możliwości oddziaływania na Rosję. Jak w tej sytuacji mieć pretensje do władz Ukrainy, w sprawie deklaracji o możliwym wyjściu z Europejskiej Wspólnoty Energetycznej? Jaki sens ma członkostwo w porozumieniu, którego członkowie nie są lojalni wobec pozostałych? Wydaje się, że przeczy to jakiejkolwiek wspólnocie już z samej definicji.

Ostatnia kwestia to całkowita nieobecność USA. Chyba dawno już nie zdarzyło się, aby Waszyngton w tak ostentacyjny sposób milcząco godził się na wszystko, co robi Moskwa w Europie Wschodniej. Odwołanie wizyty w Kijowie przez sekretarza stanu Johna Kerry’ego to przejaw nie tylko nieodpowiedzialności, ale i być może deklaracja, że USA nie zamierza więcej odgrywać roli czynnika politycznego w Europie. Nasuwa się w tym miejscu pytanie, na co jeszcze pozwoli prezydent Obama Władimirowi Putinowi. Pytanie, na które powinna odpowiedzieć sobie także Polska, wszakże USA pozostają (ponoć) naszym sojusznikiem, którego znaczenie jest szczególne z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa, także militarnego.

O Ukrainę faktycznie toczy się rywalizacja pomiędzy UE a Rosją, a Unia Europejska jak na razie nie robi nic, aby tę rywalizację wygrać. Szczyt Partnerstwa Wschodniego jest kolejnym dowodem braku zdecydowania unijnych przywódców co do celów polityki unijnej na wschodzie lub po prostu sabotowania wysiłków jednych krajów przez inne, posiadające być może „wyjątkowo bliskie” relacje z Moskwą (niewykluczone, że bliższe nawet niż z Brukselą). Tym razem, pomimo woli politycznej ukraińskich władz i silnego wsparcia ze strony społeczeństwa Ukrainy, Bruksela nie potrafiła wyraźnie zadeklarować wsparcia dla Ukrainy. Tym samym coraz bardziej zbliża się do popełnienia błędu o skutkach trudnych do przewidzenia.

Dariusz Materniak

Share Button

Czytaj również

Fot. obserwatormiedzynarodowy.pl

Stanisław Żelichowski: geopolityczny wymiar regionu bałtycko-czarnomorskiego – perspektywa Kijowa

Od dawnych czasów potencjał tranzytowy regionu bałtycko-czarnomorskiego, którego Ukraina i Polska stanowią integralną część, był …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.