W Ukrainie znów mowa jest o rozpadzie koalicji w Radzie Najwyższej Ukrainy. Tym razem wyjściem zagrozili radyklani deputowani z partii Olega Liaszko – partia zebrała się na nadzwyczajnym zjeździe, na jakim mają być omawiane te kwestie. Mówi się, że o wyjściu z koalicji jest głośno także w „Batkiwszczynie” Julii Tymoszenko. Jednak według ekspertów, mimo wewnętrznych konfliktów, na razie koalicji nic nie zagraża, a stanowisko „buntowników” to jedynie próba politycznego szantażu.
Faktycznie o rozpadzie koalicji mowa była jeszcze zanim została ona sformowana: zgrupowała ono kilka partii o odmiennych punktach widzenia na wiele spraw. Ponadto, jedności nie ma często nawet wewnątrz poszczególnych ugrupowań. Chociaż w skład partii koalicyjnych wchodzi łącznie 303 deputowanych, to większość ustaw jest przyjmowanych mniejszą ilością głosów. Zwykle średnia to ok. 250 głosujących. Około 50 deputowanych nie popiera decyzji rady koalicji o głosowaniu za tą czy inną ustawą. Niektóre zaś są odrzucane gdy ta czy inna frakcja w większości odmawia ich poparcia.
Taka sytuacja jest dość nietypową dla Ukrainy. W poprzednich latach koalicje rządzące były raczej jednorodne i po decyzjach prezydiów w sprawie poparcia tego czy innego projektu zapadały określone, ustalone wcześniej decyzje. Sala plenarna była miejscem dla głosowania, a dyskusje toczyły się zwykle podczas obrad poszczególnych frakcji, gdzie omawiano wszystkie „za” i „przeciw”, wysuwano argumenty, motywujące takie albo inne decyzje. Kiedy zapadała decyzja, kończyło to większość dyskusji.
Wybory parlamentarne w października zeszłego roku zmieniły tą tradycję. Młodzi deputowani, którzy przyszli z zewnątrz, ze środowiska mediów i organizacji pozarządowych od razu zaznaczyli, że nie będą pracować tylko poprzez naciskami przycisków. Koalicyjna dyscyplina to jedno, a prawo do własnej oceny – to co innego. I to właśnie stało się pierwszą przyczyną aktywnych rozmów na temat możliwego rozpadu obecnej koalicji.
Poza tym co jakiś czas ta czy inna frakcja organizuje „bunt na pokładzie” i odmawia kategorycznie głosowania za określoną ustawą. Przykładowo, frakcja „Batkiwszczny” nie głosowała za ustawą budżetową na rok 2015 i za zmianami do ustawodawstwa emerytalnego. „Samopomoc” nie głosowała za zmianami do ustawy o RNBO i nie poparła projektu w sprawie „Prawa do sprawiedliwego sądu”, a także wspólnie z Partią Radykalną była przeciw wyznaczeniu na stanowisko prokuratora generalnego Ukrainy Wiktora Szokina.
Właśnie sprawa Szokina i jego stanowiska była tą granicą, po przekroczeniu której sprzeczności wewnątrz koalicji znacznie się zaostrzyły, a Partia Radykalna Olega Liaszko niemal na serio stwierdziła swoje wyjście z koalicji. Ta sprawa była omawiana wielokrotnie wewnątrz frakcji, jednak nie udało się osiągnąć porozumienia. Temat powróci zapewne podczas nadzwyczajnego zjazdu partii. Jak zaznaczył deputowany Igor Mosijczuk, będą omawiane różne warianty: od wyjścia z koalicji aż do wysunięcia warunków, pod jakimi pozostanie ona w składzie parlamentarnej większości. Być może partia będzie domagać się odejścia szefowej NBU Walerii Gontarowej, a także zmian w rządzie. „Radykałowie” mogą domagać się także odejścia kilku innych ministrów, w tym energetyki i infrastruktury.
Jednak eksperci i politycy innych frakcji koalicyjnych nie są skłonni by uwierzyć w zamiary deputowanych partii Olega Liaszko i nazywają je próbą szantażu i zarobienia politycznej dywidendy przed wyborami do władz lokalnych. Tym bardziej, że Partia Radykalna zrezygnowała już z części stanowisk kierowniczych w komitetach Rady i stanowiska wicepremiera w rządzie.
Rozpad koalicji czy wyjście z niej poszczególnych frakcji miałby wysoce negatywne skutki dla wizerunku tych partii, które zdecydowałyby się na taki krok. Działania destabilizujące Radę Najwyższą zostałyby natychmiast uznane za działania na rzecz interesów Kremla, a z taką opinią nie ma szans na wygranie kolejnych wyborów. Dlatego właśnie poszczególne partie koalicyjne są skłonne do krytykowania tych czy innych decyzji czy osób, ale bez podejmowania radyklanych kroków.
Właśnie dlatego nie ma mowy o rozpadzie koalicji. Potwierdził to m.in. przewodniczący Rady Najwyższej Wołodymyr Grojsman: „koalicji jest nadal żywa. To ma swoje plusy i minusy. Mają miejsce dyskusje w konkretnych sprawach. Ale wydaje mi się, że ten parlament nadal jest i pozostanie dość produktywnym i można oczekiwać uchwalenia trudnych, ale koniecznych postanowień w sprawach ekonomicznych i korupcyjnych” – powiedział. Podobnego zdania jest deputowany z Bloku Petra Poroszenko, Jurij Łucenko: w wywiadzie dla „Ukraińskiej Prawdy” (http://www.pravda.com.ua/articles/2015/03/13/7061346/) stwierdził, że w koalicji regularnie pojawiają się rozbieżności, ale jej członkowie mają świadomość, że jakiekolwiek wewnętrzne konflikty przyniosą jedynie szkody. Według niego, niektóre koalicyjne konflikty były spowodowane postawą rządu. „Rząd przekazywał wadliwe dokumenty i wymagał ich przyjęcia, bo sytuacja tego wymagała. Takie sytuacje tylko zaostrzały spory pomiędzy deputowanymi” – powiedział Łucenko. Obecnie jednak współpraca z rządem przeszła na inny poziom: każdy projekt ustawy przekazany przez rząd jest przedstawiany przez rządową delegację, która wyjaśnia deputowanym, dlaczego ma on taki a nie inny kształt i co gabinet chce nim osiągnąć. Deputowani mają możliwość wnieść swoje poprawki, a podczas ostatecznego omówienia rząd, komitety Rady Najwyższej i liderzy frakcji faktycznie mają równe prawo głosu. Jednak nawet i to nie rozwiązuje wszystkich problemów.
„Czy to otwiera drogę do szybkich reform? Nie. Są dwa problemy. Pierwszy: frakcje koalicji są bardzo różne. Trzeba uczciwie powiedzieć, że wśród pięciu frakcji koalicyjnych zawsze znajdzie się jedna, która zajmie inne stanowisko. Chociaż większość 303 głosów pozwala zwykle jednej z nich wstrzymać się od głosowania i mimo tego przyjąć dany projekt ustawy. Drugi problem to nieuporządkowanie pracy legislacyjnej. Podpisując umowę koalicyjną powiedzieliśmy „A”, aby teraz powiedzieć „B” trzeba sformułować plan reform, złożyć plan ustaw, wyznaczyć odpowiedzialnych za konkretne projekty z każdej frakcji, rządu i Administracji Prezydenta, a następnie rozpocząć systemowe zmiany. Właśnie tym obecnie zajmuje się przewodniczący Rady Grojsman. Rozumiemy, że możemy liczyć tylko na siebie” – zaznaczył Łucenko.
Co do kwestii rozpadu koalicji stwierdził: niedoczekanie. „Nad każdym odpowiedzialnym deputowanym koalicji wisi miecz Damoklesa w postaci historycznej pamięci o tym, że wewnętrzne spory spowodowały katastrofę” – powiedział deputowany.
Nawet jeśli Partia Radyklana wyjdzie z koalicji, to tak naprawdę niczego nie znaczy. Nawet, gdyby wyszły niej także Samopomoc i Batkiwszczyna, to i tak u dwóch największych frakcji – Bloku Petra Poroszenko i Frontu Ludowego jest nadal 228 głosów – a dla sformowania koalicji potrzeba zwykłej większości, czyli 226 deputowanych.
Jedyne co może zagrozić koalicji to dymisja Arsenija Jaceniuka, która może spowodować wyjście z koalicji Frontu Ludowego. O tym jednak nie ma jak na razie mowy. Według ekspertów koalicja, choć podzielona, tak czy inaczej pozostaje zjednoczoną co najmniej do jesieni, gdy trendy będą wyznaczać wybory do władz lokalnych i niewykluczone, że wówczas ktoś z koalicjantów zechce je wygrać z pomocą starej, dobrej opozycyjnej retoryki: krytykować władzę jest łatwiej, niż ją sprawować.
Iryna Hamryszczak
Portal polsko-ukraiński Portal Polsko-Ukraiński jest portalem internetowym o charakterze analityczno-informacyjnym

