W stolicy Francji zakończyły się rozmowy przywódców państw w ramach tzw. formatu normandzkiego.
Według prezydenta Ukrainy podczas spotkania uzgodniono kilka istotnych kwestii, w tym m.in. wycofanie lekkiego uzbrojenia o kalibrze poniżej 100 mm. Proces ten ma rozpocząć się w sobotę, 3 października. Wycofane mają być czołgi, artyleria i moździerze. Z kolei misja OBWE ma zyskać dostęp do całości terytorium Donbasu.
„Wojna zakończy się dopiero wtedy, gdy całe terytorium Ukrainy będzie wolne” – powiedział Poroszenko.
W kwestii wyborów ustalono, że powinny one odbyć się zgodnie z ukraińskim prawem, w ciągu 80 dni od przyjęcia odpowiedniej ustawy.
Uzgodniono również, że porozumienie z Mińska ma zostać w pełni wykonane do końca tego roku.
W Pałacu Elizejskim w Paryżu rozpoczęło się spotkanie liderów krajów tzw. formatu normandzkiego: Ukrainy, Niemiec, Francji i Rosji – poinformował rzecznik prezydenta Ukrainy, Światosław Tsegolko.
Podczas spotkania mają zostać omówione kwestie ewentualnych wyborów w Donbasie, wycofania wojsk z linii rozgraniczenia, a także dostępu misji OBWE do terytorium konfliktu.
Przed spotkaniem prezydent Ukrainy spotkał się z prezydentem Francji, Francois Hollande’m. Odbył również rozmowę telefoniczną z kanclerz Niemiec Angelą Merkel.
Na podstawie: president.gov.ua, twitter.com/STsegolko, facebook.com/petroporoshenko
Fot. https://twitter.com/STsegolko
W pierwszej połowie 2015 roku ponad 400 tysięcy obywateli Ukrainy znalazło zatrudnienie w Polsce.
Dokładnie 411 tysięcy osób to rekordowa liczba zatrudnionych pracowników pochodzących z tego kraju, która przewyższa ponad dwukrotnie wskaźniki z poprzedniego roku, który również był rekordowy pod tym względem.
Nasi sąsiedzi zza wschodniej granicy znajdują zatrudnienie głównie w takich sektorach jak gospodarstwo wiejskie, budownictwo i przemysł.
Polscy pracodawcy oczekują dalszego napływu pracowników z Ukrainy, ponieważ widzą w tym jedyny sposób uzupełnienia braków w personelu szczególnie, jeśli chodzi o specjalistów. Zapotrzebowanie w przemyśle to głównie braża samochodowa.
Eksperci również pozytywnie oceniają napływ imigrantów z Ukrainy, ponieważ wzrost ekonomiczny pozwala na zwiększanie zatrudnienia w gospodarce bez zwiększania poziomu bezrobocia.
Prezydent Rosji, Władimir Putin oświadczył, że do rozwiązania kryzysu na Ukrainie jest jeszcze daleko.
„Do rozwiązania jest jeszcze daleko, ale istnieją przesłanki do tego, że kryzys może zostać przezwyciężony i co najważniejsze, że dziś nie ma strzałów. Liczymy, że dialog pomiędzy tymi nieuznawanymi republikami i władzą w Kijowie będzie możliwy” – powiedział prezydent Rosji. Putin dodał, że kiedy ostrzały zakończą się zupełnie, będzie można rozpocząć rozminowywanie terenu.
Sztab ATO ma jednak nieco inne plany dotyczące zakończenia misji na wschodzie kraju. Poinformowano, że operacja na Donbasie uważana będzie za zakończoną jeśli będzie pewność, że życiu i zdrowiu mieszkańców tego terenu nie zagraża żadne niebezpieczeństwo. Ponadto zaznaczono, że pomimo spokoju i osiągnięcia porozumień, zgodnie z obowiązującym prawem, reżim ATO nie będzie przechodził w inną formę zarządzania.
Rozmowa z Oksaną Jakowec, doradcą ministra polityki socjalnej Ukrainy ds. osób wewnętrznie przesiedlonych
Według danych ONZ na Ukrainie na chwilę obecną znajduje się 1,4 miliona osób wewnętrznie przesiedlonych. Mimo, że od początku aktywnej fazy przesiedlenia mieszkańców wschodniej Ukrainy minął ponad rok, dopiero we wrześniu oficjalnie powołani zostali doradcy ministra polityki socjalnej ds. osób wewnętrznie przesiedlonych – po jednym w każdym obwodzie. W Obwodzie Lwowskim stanowisko to otrzymała Oksana Jakowec, która wcześniej prawie 20 lat pracowała w departamencie polityki socjalnej władz obwodowych i stała na czele sztabu operacyjnego ds. spraw zakwaterowania ludzi przyjeżdżających ze wchodu Ukrainy oraz Półwyspu Krymskiego w poszukiwaniu nowego domu. Jakowec wspomina, że przez pierwsze pół roku dzwoniono do niej w dzień i w nocy – zaraz po przybyciu na dworzec we Lwowie wybierano numer jej telefonu komórkowego z prośbą o znalezienie mieszkania. Dziennie odbierała wówczas 200 połączeń. Teraz telefon dzwoni rzadziej, ale Jakowec jest przekonana, że to raczej bezpośredni kontakt, bez biurokratycznej zwłoki, pomógł jej znaleźć miejsce zamieszkania, pracę oraz wsparcie dla przesiedleńców.
Kto był inicjatorem stworzenia stanowiska doradcy ds. osób wewnętrznie przesiedlonych?
Taka potrzeba pojawiła się już dawno – już półtora roku temu pierwsze osoby zostały zmuszone do przesiedlenia. Niestety do dziś nie ma strategii ani żadnego programu jak sobie z nimi radzić. Nasze oczekiwania, że sytuacja ureguluje się w ciągu roku, są nic nie warte. Eksperci prognozują, że ze skutkami przesiedlenia będziemy borykać się jeszcze przez najbliższe 5-7 lat. Dlatego właśnie w Ministerstwie Polityki Socjalnej zadecydowano o pochyleniu się nad tym problemem. Wcześniej monitoring osób przesiedlonych nie był prowadzony w sposób systemowy, czyli nie było możliwości projektowania nowych programów oraz działań. Z inicjatywy Ministerstwa i przy wsparciu ONZ rozpoczęliśmy więc wielkoskalowy monitoring, który będą koordynować doradcy w każdym z obwodów Ukrainy. Projekt będzie realizowany przez osiem miesięcy, podczas których uporządkujemy dane i wniesiemy propozycje rozwiązania sytuacji.
Jeden z ważniejszych aspektów Pani pracyto nawiązanie relacji między przesiedleńcami a władzą. Udostępniła Pani publicznie swój numer telefonu komórkowego, aby każdy chętny mógł zwrócić się do Pani osobiście. Czy radzi sobie Pani z ilością odbieranych połączeń?
Tak, to był mój pomysł aby podać do publicznej wiadomości numer mojego prywatnego telefonu. Do niedawna pracowałam jeszcze z przyjeżdzającymi tutaj osobami jako urzędnik. Teraz powinnam przejść na pozycję de facto społeczną, stać się przekaźnikiem informacji do kręgów władzy. Rozumiem jak ciężko jest prostemu człowiekowi przebić się bezpośrednio do urzędnika, który weźmie na siebie odpowiedzialność za jego problemy, dlatego ten kontakt jest bardzo ważny. Szczerze mówiąc, nie boję się nawałnicy połączeń. Rok temu przeszłam tą drogę i poradziłam sobie.
Ile osób wewnętrznie przesiedlonych przybyło do Obwodu Lwowskiego i z jakich terenów pochodzą?
Ogółem w Obwodzie Lwowskim mamy ponad 11 tysięcy osób wewnętrznie przesiedlonych. To ci, o których wiemy. Trzeba bowiem zaznaczyć, że co najmniej jedna trzecia z nich nie zamierza się rejestrować, gdyż nie przysługuje im żadna pomoc ze strony państwa. 40% tych osób mieszka we Lwowie, pozostali w innych częściach obwodu. Mieszkają głównie w kwaterach prywatnych. W zeszłym roku ok. 30% z nich mieszkało grupami w ośrodkach wypoczynkowych, akademikach i ośrodkach leczniczych. Teraz mamy jednak coraz mniej możliwości, aby zakwaterować tam nowych ludzi. W obwodzie nadal są trzy obiekty, w których można rozmieścić przesiedleńców: w Nowym Rozdole, Starym Samborze oraz rejonie starosamborskim. 97-98% osób przesiedlonych mieszka w mieszkaniach prywatnych, odpłatnie. W zeszłym roku była co prawda możliwość zamieszkania u ludzi, którzy byli gotowi tymczasowo przyjąć przesiedlone rodziny. Jesienią państwo zaczęło nawet wypłacać kompensaty za usługi komunalne – praktycznie wszyscy przesiedleńcy wynajęli do tego czasu miejsce zamieszkania. Pomagaliśmy szukać mieszkań również osobom indywidualnym. Warto zaznaczyć, że na naszych oczach ceny rynkowe nieruchomości wzrosły prawie dwukrotnie. Jeśli przedtem mogliśmy znaleźć mieszkanie za 1500 hrywien, to teraz kosztuje ono 3 tysiące. Nie chodzi nawet o mieszkania w centrum miasta – tam ceny są kilkukrotnie wyższe.
Czy obwód lwowski cieszy się popularnością wśród osób wewnętrznie przesiedlonych?
Oczywiście. Nie mamy co prawda tak wiele osób wewnętrznie przesiedlonych jak w obwodzie charkowskim lub obwodzie zaporoskim, ale ludzie wciąż tu przyjeżdżają. Dla przykładu, w obwodzie iwanofrankiwskim mieszka obecnie ok. 3,5 tysiąca osób przesiedlonych. Ta tendencja jest bardzo interesująca, gdyż wciąż istnieje dużo mitów o wrogich stosunkach między wschodem a zachodem Ukrainy. Opowiem więc ciekawą historię. Dziecko mojej sąsiadki chodzi do przedszkola, a w jego grupie jest 14 dzieci. Gdy włączono do niej chłopca z Doniecka, po dwóch tygodniach grupa zaczęła rozmawiać ze sobą po rosyjsku. Ludzie zachowują się w różny sposób: jedni przyjeżdżają i proszą, by rozmawiać z nimi w języku ukraińskim, a swoje dzieci oddają do ukraińskojęzycznych szkół, a inni nie.
Na jaką pomoc i ulgi mogą liczyć osoby przesiedlone?
Ulg dla osób przesiedlonych nie ma. Nie ma też żadnej pomocy poza wsparciem finansowym w okresie 6 miesięcy, przeznaczonym na wynajem miejsca zamieszkania i opłaty komunalne. To groszowe wsparcie, które nie rozwiązuje problemów. Łącznie kwota pomocy przypadająca na rodzinę nie może przekraczać 2400 hrywien. Poza tym mamy do czynienia z bardzo skomplikowaną sytuacją jeśli chodzi o zatrudnienie. Miejskie oraz obwodowe urzędy pracy proponują co prawda stanowiska pracy, ale ludzie nie są nimi zainteresowani. W większości przypadków praca ta nie odpowiada ani ich kwalifikacjom, ani doświadczeniu. Na proponowanych stanowiskach proponuje się wynagrodzenie w wysokości 1,5-2 tysiące hrywien. Z rozmów z osobami przesiedlonymi wynika, że na Wschodzie mogli oni liczyć na o wiele wyższe wynagrodzenie. Nikt nawet nie mówi o legalnej pracy – szuka się każdego sposobu, aby zarobić. Ten problem pociąga za sobą kolejny: nieoficjalne zatrudnienie staje się bowiem podwójnym złem. Ludzie nie mają pakietu socjalnego ani nie płacą podatków, a my nie mamy później środków, aby wypłacać im świadczenia socjalne.
Czy występują przypadki negatywnego stosunku osób przesiedlonych wobec mieszkańców Lwowa?
Tak, niestety zdarzają się takie sytuacje. Jedna z nich miała miejsce w ubiegłym roku, gdy powieszono rosyjską flagę, na oknach wypisywano prowokujące hasła i w wulgarny sposób zwracano się do mieszkańcach Lwowa. Nie sądzę, że były to działania służb specjalnych – to raczej efekt „zombie”, przez który przeszły osoby przesiedlone. Nie wydaje mi się, aby służby specjalne mogły planować coś poważnego. Ludziom na Wschodzie po prostu przez długi okres czasu wmawiano, że mieszkańcy zachodu Ukrainy są jakby specyficzni, a oni w to uwierzyli. Prowadziliśmy długie rozmowy z takimi osobami, a w przypadku, o którym wspominałam – flagi oraz haseł na szybach – zwróciliśmy się do organów ściągania z prośbą o powstrzymanie. Jest to dość typowa sytuacja, gdy ludzie przez długi okres czasu nie wierzą, że tutaj można w przyjazny sposób odnosić się do tych, którzy zostali przesiedleni. Ludzie ze wschodu myślą, że my tutaj udajemy. Dopiero z czasem zdają sobie sprawę, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Jakie są prognozy co do przyszłości osób wewnętrznie przesiedlonych?
Nastroje są bardzo różne. Jedna trzecia tych osób to mieszkańcy Krymu, którzy nie wrócą do swoich domów dopóki nie zostanie uregulowana sytuacja. Część z nich czas od czasu jeździ na Krym, bo tam zostały ich mieszkania i rodziny. Niemniej jednak z przesiedleńcami ze wschodu jest inaczej. Przypuszczam, że jedna trzecia tam wróci – nawet gdy ich mieszkania będą zniszczone – bo czują się tutaj obco i z trudem przechodzą proces integracji z miejscowym środowiskiem. Kolejna jedna trzecia nigdy do domu już nie wróci – to ci, którzy po przyjeździe tutaj przeżyli szok i sobie z nim poradzili. Nie zamierzają wrócić do poprzedniego stanu.
Czy pracujecie Państwo nad mechanizmami integracji osób przesiedlonych z nowym środowiskiem?
Tak, jesteśmy zainteresowani jak najszybszą integracją ludzi. Dużo pracujemy z organizacjami społecznymi. Przez ostatni okres na terenie obwodu powstał cały szereg organizacji społecznych, które na kształt klubów zainteresowań zrzeszają przesiedleńców i stymulują ich do tworzenia swojej własnej przestrzeni, np. organizowania Dni ulicy jak zwykło się to robić na wschodzie. Niezwykle barwnie wychodzi to u Tatarów Krymskich, którzy organizują dni swojej kultury i robią to z pełnym impetem.
Na ile komfortowo czują się tutaj Tatarzy Krymscy, jeśli weźmiemy pod uwagę ich wyznanie?
We Lwowie mamy dwa w pełni wyposażone meczety. Jeden z nich znajduje się przy Akademii Weterynarii, ponieważ studiuje tam dużo studentów muzułmanów. W ubiegłym roku nie słyszałam żadnych informacji o budowie kolejnego meczetu, ale w tym roku zaczęto o tym mówić dość wyraźnie, więc zapewne już w następnym roku można spodziewać się w tym kierunku jakichś kroków. To chyba dobrze, że ludzie chcą mieć swoją świątynię. Może to jednak wywołać we Lwowie dyskusje, dlatego też takie kroki trzeba podejmować bardzo rozważnie, i przy maksymalnie szerokiej debacie publicznej. Powinno zająć się tym społeczeństwo, ale w żadnym wypadku nie państwo.
30 września Komendant Główny Państwowej Straży Pożarnej Wiesław Leśniakiewicz otrzymał dyplom doktora Honoris Causa lwowskiego Uniwersytetu Bezpieczeństwa Życia.
W ceremonii, która rozpoczęła się od hymnów Polski i Ukrainy wzięli udział rektor uczelni, Mychajło Koziar, członkowie rady naukowej Uniwersytetu, studenci i przedstawiciele PSP z Polski.
„Wręczenie tego dyplomu to jedno z najznamienitszych wydarzeń w historii naszej uczelni, ale także świadectwo rozwoju współpracy” – powiedział rektor, dziękując komendantowi za wkład w rozwój współpracy pomiędzy Polską i Ukrainą w zakresie przedsięwzięć naukowych.
„To wydarzenie jest świadectwem rozwoju współpracy pomiędzy służbami ratownicznymi obu naszych krajów, demonstruje wspólne działania na rzecz integracji światowego systemu bezpieczeństwa i ratownictwa. Współpracujemy już ponad 15 lat, w tym czasie udało się zrealizować wiele wielkich międzynarodowych projektów, które pomogły zdobyć doświadczenia, a także współpracować podczas sytuacji nadzwyczajnych w ramach mechanizmów współpracy transgranicznej i efektywnie radzic sobie z wyzwaniami jakie stają pomiędzy naszymi bratnimi narodami” – powiedział Wiesław Leśniakiewicz.
Polska była piewrszym krajem z którym lwowska uczelnia nawiązała współpracę w zakresie przygotowania personelu do zadań ratowniczych.
Podczas spotkania prezydentów Polski i Ukrainy, które odbyło się w Nowym Jorku podczas 70 sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ mowa była m.in. o trwającym konflikcie na wschodzie Ukrainy. Andrzej Duda i Petro Poroszenko zgodzili się co do tego, że zamrożenie konfliktu w Donbasie to scenariusz niekorzystny z punktu widzenia bezpieczeństwa na kontynencie europejskim.
Niestety, wiele wskazuje na to, że z takim właśnie rozwojem wypadków mamy właśnie do czynienia. Znaczące obniżenie aktywności wojskowej prorosyjskich separatystów wzdłuż linii rozgraniczenia wojsk w Donbasie i podpisanie kolejnych porozumień o wycofaniu broni ze strefy przyfrontowej podpisane podczas spotkania Trójstronnej Grupy Kontaktowej w Mińsku wskazują, że w najbliższym czasie nie należy oczekiwać gwałtowanego zaostrzenia walk w Donbasie ani zakrojonej na szeroką skalę rosyjskiej ofensywy przeciwko Ukrainie. Taka operacja byłaby zresztą dla strony rosyjskiej tyleż ryzykowna w wymiarze międzynarodowym co praktycznie niewykonalna na polu wojskowym, zwłaszcza wobec znaczącego wzrostu potencjał Sił Zbrojnych Ukrainy – nie tylko w Donbasie, ale jako całości.
Faktycznie jednak otwarta wojna z Ukrainą nie jest Moskwie do niczego potrzebna. Wydaje się że Rosja osiągnęła już najważniejsze cele swojej polityki wobec Ukrainy: poprzez stworzenie dwóch pseudorepublik na terytorium Ukrainy zyskała czynnik zdolny do stałego destabilizowania sytuacji na Ukrainie stosunkowo niewielkim nakładem środków: w razie potrzeby eskalacją na niewielką skalę lub nawet samą jej groźbą. Zamrożony konflikt na Donbasie oznacza, że Kijów musi odłożyć na bliżej nieokreślone „później” plany integracji czy nawet bliskiej współpracy z Unią Europejską czy NATO, nawet jeżeli i tak są one perspektywą kolejnych kilku czy nawet kilkunastu lat. Z kolei eskalowanie napięcia przy pomocy marionetkowych państewek będzie pozwalało na wpływanie na nastroje społeczne na Ukrainie i podejmowanie prób manipulowania nimi zgodnie z interesami Federacji Rosyjskiej. Realizacji tych celów będzie służyć zapewne budowa baz wojskowych bezpośrednio przy granicy z Ukrainą (w obwodach woroneskim i biełgorodzkim), które będą stanowić zaplecze logistyczne dla działań rosyjskich jednostek wojskowych na terytorium Ukrainy opanowanym przez separatystów.
Taki stan rzeczy może utrzymywać się przez wiele lat, jako że nie należy oczekiwać, by Ukraina podjęła się przeprowadzenia operacji zbrojnej mającej na celu odzyskanie kontroli nad Donbasem – choć tego obawiają się niektórzy przedstawiciele samozwańczych władz obu republik czy były lider oddziałów terrorystycznych DNR, Igor Girkin, który stwierdził, że wobec ograniczenia rosyjskiej obecności, ukraińska armia może zająć Donieck w dwa dni. Jednak zawieszenie broni wynikające z porozumień z Mińska najpewniej nadal będzie respektowane (jak to miało miejsce dotychczas, czyli przy kilkudziesięciu incydentach zbrojnych każdego dnia) wobec faktu, że strona ukraińska stara się ich trzymać, być może nawet zbyt starannie.
Spadek rosyjskiej aktywności w Donbasie związany jest bezpośrednio z rosyjskim zaangażowaniem w Syrii. Już w czasie walk o Debalcewe w styczniu i lutym 2015 roku okazało się, że armia rosyjska ma poważne problemy logistyczne i kadrowe, które utrudniają jej dalsze zaangażowanie w konflikt na Ukrainie. Tym bardziej zrozumiałym jest, że dla podjęcia szerszych działań w Syrii konieczne byłoby choćby tymczasowe uregulowanie sytuacji w Donbasie.
Rosyjska interwencja w Syrii to krok tyleż dla Moskwy ryzykowny co konieczny. Ryzykowny, gdyż oznacza narażenie się na przypadkowe „zderzenie” z siłami innych państw, które są już na miejscu (m.in. USA, Francji oraz krajów arabskich), oraz groźbę uwikłania się na długie lata w kolejną wojnę partyzancką. Warto pamiętać, że Amerykanie w Wietnamie, ZSRR w Afganistanie i znów USA w Afganistanie też zaczynały od kilkuset „doradców” – w efekcie angażując siły liczące setki tysięcy ludzi i ponosząc straty od kilku do kilkudziesięciu tysięcy zabitych. W przypadku aktualnej rosyjskiej interwencji naiwnością byłoby sądzić, że skończy się ona na nalotach z powietrza – już tylko do tego celu konieczne jest posiadanie na ziemi zespołów sił specjalnych zdolnych skutecznie wskazywać cele dla lotnictwa. Z drugiej jednak strony nie zrobienie niczego z sytuacją na Bliskim Wschodzie oznaczałoby dla Moskwy, że za chwilę grupy bojowników ISIS znajdą się na Północnym Kaukazie i/lub w Azji Środkowej (nie licząc rzecz jasna tych, którzy już tam są), a Rosja straci szansę na wystąpienie w roli globalnego gracza rozdającego przynajmniej część kart w regionie. Na ile wystąpienie w tej roli okaże się być sukcesem – to już zupełnie inna sprawa.
Zdaniem części komentatorów, prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin nie osiągnął podczas wystąpienia na Forum 70 Zgromadzenia Ogólnego ONZ swojego zasadniczego celu, jakim było uznanie Rosji za liczącego się partnera krajów aktualnie zaangażowanych w działania wobec ISIS w Syrii i Iraku, zwłaszcza, że dysonans pomiędzy słowami rosyjskiego prezydenta a rzeczywistością (gdyby odnieść jego słowa nie do sytuacji na Bliskim Wschodzie, lecz na Ukrainie) był aż nadto widoczny. Należy jednak założyć, że stosowana przez Moskwę polityka faktów dokonanych wymusi uregulowanie w ten czy inny sposób rosyjskiej obecności wojskowej na Bliskim Wschodzie (zwłaszcza, jeśli alternatywą będą incydenty zbrojne z udziałem żołnierzy rosyjskich i innych państw). Gdyby doszło do szybkiego rozwiązania konfliktu w Syrii, ryzyko podjęte przez Putina niewątpliwie opłaciłoby się, jednak znacznie bardziej prawdopodobnym jest scenariusz w myśl którego Federacja Rosyjska zostanie na długie lata wciągnięta w wojnę partyzancką, która stopniowo będzie wyczerpywać jej siły (nawet jeśli w międzyczasie dojdzie do zniesienia sankcji nałożonych na Rosję w związku z aneksją Krymu i konfliktem w Donbasie).
Z punktu widzenia Ukrainy rosyjskie zaangażowanie na Bliskim Wschodzie ma swoje dobre i złe strony. Do tych pierwszych należy zaliczyć rzecz jasna tymczasowe uspokojenie sytuacji w Donbasie, co pozwala władzom w Kijowie skupić się na reformach i budowaniu potencjału obronnego państwa na wypadek kolejnej rosyjskiej interwencji zbrojnej. Z drugiej jednak strony pojawiają się zagrożenia w wymiarze politycznym: nawet częściowe uregulowanie sytuacji w Syrii i zatrzymanie napływu uchodźców z Bliskiego Wschodu do krajów Unii Europejskiej dałoby stronie rosyjskiej argumenty pozwalające na wymaganie od krajów zachodnich ustępstw: czy to w zakresie zniesienia sankcji czy też zakulisowej zgody na uznanie status quo ws. Krymu i Donbasu. Taki obrót spraw przekreśliłby szanse na rozwiązanie konfliktu zbrojnego we wschodniej części Ukrainy w dającej się przewidzieć przyszłości i faktycznie usankcjonowałby obecną sytuację – a o to właśnie chodzi Rosji.
Minister spraw wewnętrznych Polski, Grzegorz Schetyna podkreślił w wywiadzie dla polskiej telewizji, że dla Zachodu Ukraina nie jest elementem wymiany za uczestnictwo Rosji w ustabilizowaniu sytuacji w Syrii i nie ma żadnych podstaw by sądzić, że Zachód ma zamiar „handlować Ukrainą” w celu osiągnięcia pokoju na Bliskim Wschodzie.
„Nie ma takich planów, żeby kosztem Ukrainy zająć się uregulowaniem sytuacji w Syrii. Oczywiście zaangażowanie Rosji może doprowadzić do zakończenia tego konfliktu, ale będzie to niezwykle trudne” – powiedział Schetyna.
Zaznaczył jednak, że mimo kryzysu w Syrii nie należy zapominać o trudnej sytuacji na Ukrainie, a Rosja pomimo że może wrócić jako kluczowy gracz na arenę międzynarodową dzięki swojemu zaangażowaniu na Bliskim Wschodzie, powinna także zakończyć swój udział w konflikcie na Ukrainie.
Według byłego amerykańskiego ambasadora Stevena Pifera, Władimir Putin swoimi działaniami w Syrii chce odwrócić uwagę od swojego zaangażowania w konflikt na wschodzie Ukrainy. Pifer jednak uważa, że Zachód nie poświęci interesów Ukrainy przez plan Putina.
„Prezydent Putin postanowił przenieść uwagę z Ukrainy na Syrię. To nie oznacza, że Zachód odpowie na to poświęcając Ukrainę. Trudno byłoby nazwać problemy Ukrainy i Syrii współzależnymi” – powiedział ambasador.
Ponadto jego zdaniem Waszyngton i Kreml zupełnie inaczej patrzą na kwestie rozwiązanie problemu w Syrii. Różnice dotyczą choćby tego co zrobić z Asadem. USA i większość państw Zachodu uważa, że powinien ustąpić. Moskwa chce utrzymać go na stanowisku przynajmniej jeszcze przez jakiś czas.