poniedziałek, 23 Wrzesień, 2019
pluken
Home / Wojsko / Lato 2014 roku na Donbasie: wspomnienia ukraińskiego oficera
Fot. facebook.com/kiril.snigur?fb
Fot. facebook.com/kiril.snigur?fb

Lato 2014 roku na Donbasie: wspomnienia ukraińskiego oficera

Share Button

Rozmowa z kpt. Kirilem Snigurem, oficerem LITPOLUKRBIG, o jego wspomnieniach z walk na Donbasie w 2014 roku.

Jak zapamiętał Pan początek wojny na Donbasie?

Prawdziwy początek wojny to był maj 2014 roku, gdy wyjechałem do strefy ATO razem z moją brygadą, 60 Brygadą Zmechanizowaną, gdzie byłem na stanowisku dowódcy plutonu. Ten pierwszy okres wojny dla mnie trwał około trzech miesięcy. W tym czasie często zmienialiśmy pozycje, przemieszczając się toczyliśmy walki w obwodzie ługańskim. 9 maja nasz pociąg przemieszczający się w stronę Ługańska został zatrzymany przez grupę osób w cywilnych ubraniach, w tym także uzbrojonych w broń, głównie myśliwską, by nie dopuścić do naszego wjazdu w ten rejon. Wówczas, wezwał nas dowódca naszego batalionu i powiedział, że te działania, to już nie są ćwiczenia, a realne starcie z przeciwnikiem, z ludźmi, którzy są nastawieni prorosyjsko i wrogo do wojska ukraińskiego. Zrozumieliśmy to dokładnie, gdy zginął pierwszy żołnierz z naszej jednostki.

Jaki był stosunek do Was ze strony lokalnych mieszkańców? Czy były widoczne silne nastroje prorosyjskie?

Trzeba tu jednak dodać, że gdy przemieszczaliśmy się przez tereny wiejskie w obwodzie ługańskim, wielokrotnie mieszkańcy, zwłaszcza starsi witali nas i zapraszali do swoich domów. Wielu ludzi jednak ulegało rosyjskiej propagandzie w mediach. Dlatego zrozumiałą jest zdystansowana czy wręcz wroga reakcja, jako że wielu ludzi nie miało wcześniej jakiejkolwiek styczności z ukraińską armią – na Donbasie nie stacjonowały przed ATO żadne jednostki wojskowe. Zdarzało się też, że mieszkańcy ostrzegali nas o zaminowanych mostach, wielu z nich było realnie pro ukraińskimi i udzielało nam pomocy, mimo obaw o własne bezpieczeństwo. Z kolei nie można było wówczas liczyć na wsparcie lokalnej Milicji czy innych struktur MSW, które rozpadły się na początku kryzysu. Jednak bywały i takie sytuacje, że lokalni mieszkańcy za pieniądze informowali przeciwnika o naszych pozycjach.

Każda z brygad miała swoje strefy działania: nasza jednostka po zabezpieczeniu danego obszaru przemieszczała się naprzód, pozostawiając zajęte pozycje batalionom obrony terytorialnej. Nieraz zdarzało się, że nasze pozycje były w okrążeniu i dostawy żywności czy amunicji wymagały walk. Zwykle w ciągu dnia panował spokój, większość starć toczyła się nocami, gdy lokalni bojownicy prowadzili ostrzały, początkowo z lekkiej broni strzeleckiej. Rozkazy wskazywały, że na ostrzał możemy odpowiadać w analogiczny sposób.

Jak wyglądały działania w strefie ATO?

Działania, jakie prowadziliśmy w ATO polegały na rozminowaniu oraz przygotowaniu stanowisk dla sprzętu zmechanizowanego. Budowaliśmy także fortyfikacje i systemy ostrzegania dla blok postów, złożone np. z min, które po naruszeniu ich powodowały wystrzeliwanie rakiet sygnalizacyjnych i ostrzegały o zbliżaniu się przeciwnika. Często trzeba było także usuwać blokady, na przykład z powalonych drzew, gdy dochodziło do blokowania naszych kolumn. W jednym z takich wypadków, koło miasta Rubieżne, gdy doszło do zablokowania naszej kolumny, okazało się, że za blokadę tą odpowiadają bojownicy z Czeczenii. Wówczas, pojawił się na miejscu Rosjanin, który przedstawił się jako kapitan GRU i zaproponował pozostawienie sprzętu wojskowego i wycofanie się. My odmówiliśmy i zaczęła się strzelanina z obu stron – kilku czeczeńskich bojowników zginęło, a naszej kolumnie udało się opuścić to miejsce i dojechać do dworca kolejowego w Rubieżnym, gdzie również doszło do starcia z Czeczenami i Rosjanami. W ataku na ten dworzec brał udział także jeden z separatystycznych batalionów ochotniczych, umundurowanych, ale w różnego typu mundury, także z krajów zachodnich – wówczas doszło między nimi do nieporozumienia i bojownicy z Czeczenii zaczęli strzelać do prorosyjskich ochotników myśląc, że są przez nich atakowani. Nasi żołnierze zaczekali, aż Czeczeni zajęli cały dworzec i dopiero wtedy na nich uderzyli z użyciem wozów BMP-2. Po tym starciu zajęliśmy pozycje obronne wokół Rubieżnego. Zaminowaliśmy podejścia i tory, tak, aby nie dopuścić przemieszczania się sił separatystów. Nasze pozycje często były ostrzeliwane m.in. z moździerzy 82mm, a także z granatników i przez snajperów.

Z czasem ukraińskiej armii udało się przejść do ofensywy?

17 czerwca otrzymaliśmy rozkazy zmiany miejsca dyslokacji, na kierunek zbliżony do lotniska w Ługańsku – ok. 5 km od obwodnicy miasta. My – kompania rozpoznania i saperzy, mieliśmy zająć wzgórze znajdujące się w tym rejonie i utrzymać go do przybycia jednostek zmechanizowanych. Nad ranem usłyszeliśmy nadjeżdżający czołg – był to rosyjski T-80, co poznaliśmy po dźwięku turbiny i rosyjskiej fladze. Na szczęście nie zauważył on naszych pozycji. W tym czasie także coraz częściej zaczęło się używanie artylerii, także o kalibrze 122mm – wyrzutni BM-21 GRAD. Nasze pozycje ostrzeliwano z Ługańska, z pozycji położonych obok szpitala dla dzieci. Celowo parkowano GRAD-y obok szpitala, nadal pracującego, tak, by nie można było odpowiedzieć na ogień naszą artylerią. Ostatecznie, ta wyrzutnia została zniszczona przez żołnierzy naszych jednostek rozpoznawczych, którzy zresztą potwierdzili, że pojazd pochodził z Rosji – posiadał nawet rosyjskie znaki rozpoznawcze.

Potem jednak w ten konflikt mocniej zaangażowała się Rosja?

Tak, z czasem coraz więcej sprzętu, w tym artylerii zaczęło docierać z Rosji. Nasze pozycje były ostrzeliwane nie tylko z GRAD-ów, ale także z wyrzutni 220mm typu Tornado. Dlatego trzeba było większość czasu spędzać w przygotowanych wcześniej bunkrach. Przeciwnik stosował także ogień kontrbateryjny w odpowiedzi na nasze ostrzały, dlatego nasza artyleria musiała bardzo szybko, nawet w ciągu kilku minut, zmieniać swoje pozycje. Mimo tego, w lipcu i początkiem sierpnia były cały czas prowadzone działania ofensywne, tak, by otoczyć Ługańsk siłami ukraińskiej armii, w tym głównie 80 Brygady Powietrznodesantowej. To się udało niemal całkowicie w połowie sierpnia: nawet trasa z Ługańska do Rostowa nad Donem byłą przez nas zablokowana.

Pamiętam też wypadek, gdy już na terytorium Ukrainy wchodziły rosyjskie wojska, w tym jedna duża kolumna złożona z czołgów, transporterów opancerzonych, artylerii. Widzieliśmy wówczas nasze wyrzutnie pocisków rakietowych o kalibrze 300mm, przygotowujące się do strzelania na duży dystans, na granicy ich zasięgu, czyli ponad 90 km. Potem dowiedzieliśmy się, że nasi artylerzyści zniszczyli pół tej kolumny, a druga połowa poniosła straty i w panice zawróciła do Rosji. W tym czasie byliśmy praktycznie non stop i w dzień, i w nocy, ostrzeliwani przez rosyjską artylerię.

Podobno ma Pan pseudonim „Polak”. Skąd on się wziął?

Na początku września 2014 roku byłem wysłany ze strefy ATO do Zaporoża. Stąd zadzwoniono do mnie ze sztabu generalnego z propozycją wyjazdu do Akademii Obrony Narodowej w Warszawie, na kurs języka angielskiego. Po zakończeniu tego kursu wróciłem również do strefy ATO. Z kolei wcześniej uczyłem się języka polskiego na kursie na Ukrainie, lecz dopiero ten pobyt w AON pozwolił mi nauczyć się mówić dość dobrze po polsku – i wówczas, w czasie mojego drugiego pobytu w ATO otrzymałem pseudonim „Polak”, jako dobrze znający język polski.

Rozmawiał: Dariusz Materniak

Fot. facebook.com/kiril.snigur?fb

Share Button

Czytaj również

69276941_227476554826287_2972568460657164288_n

Iłowajsk to zbrodnia Rosji, która wymaga ukarania winnych

W tym roku, po raz pierwszy w historii, 29 sierpnia odbywają się uroczystości z okazji …