niedziela, 12 Lipiec, 2020
pluken
Home / Wywiady / „W Polsce to nie demokracja jest zagrożona, tylko dziennikarska obiektywność”
adam_lelonek_foto2_polukr_net

„W Polsce to nie demokracja jest zagrożona, tylko dziennikarska obiektywność”

Share Button
adam_lelonek_foto2_polukr_net
Fot. Andrij Polikowskij

W 2015 roku do władzy w Polsce doszła partia Prawo i Sprawiedliwość, która zastąpiła rządzącą dwie kadencje Platformę Obywatelską. Tylko trzy miesiące u władzy Jarosława Kaczyńskiego wywołały kilka głośnych skandali, które szeroko komentowane były nie tylko w polskich, ale i europejskich mediach. Ich echa dotarły również na Ukrainę. O to, jakie są argumenty PiS, o uzurpację władzy, zagrożenia dla wolności słowa i „orbanizację” polskich decydentów ZAXID.NET zapytał eksperta Fundacji Kazimierza Pułaskiego i wykładowcę akademickiego doktora Adama Lelonka.  

 

Nie tak dawno w Polsce zmieniła się władza. Platforma Obywatelska ustąpiła miejsce partii Prawo i Sprawiedliwość, która otrzymała większość miejsc w Sejmie. Faktycznie obecnie PiS zmonopolizował władzę ustawodawczą i wykonawczą. Niektórzy uważają taką sytuację za niebezpieczną z punktu widzenia możliwej uzurpacji władzy.

Od 2010 roku taka sama sytuacja była z rządami Platformy Obywatelskiej. Różnica polegała na tym, iż Platforma była w koalicji ze znacznie mniejszym ugrupowaniem, tj. Polskim Stronnictwem Ludowym (PSL), jednak nie było żadnych kolizji między nimi o realizację swoich celów politycznych. Innymi słowy skoro przez ostatnie 5 lat nie istniało takie zagrożenie, to dlaczego miałoby ono istnieć teraz? Określenie wyników demokratycznie przeprowadzonych wyborów prezydenckich i parlamentarnych, gdzie większość polskiego społeczeństwa wyraziła swoją wolę, a jednocześnie ocenę poprzedniej ekipy powinno się raczej nazywać uzyskaniem mandatu społecznego, a nie monopolu. Śledząc przekaz części polskich mediów z mainstreamu, wspierających bezkrytycznie przez ostatnie 10 lat Platformę Obywatelską, forsuje także na Ukrainie przekaz o „uzurpacji władzy” w Polsce. Dla każdego, kto chociaż trochę interesuje się polityką, takie sformułowania są co najmniej śmieszne. Jak można uzurpować sobie władzę poprzez realizację demokratycznych procedur?

Dlaczego śmieszne? Pierwsze działania nowej władzy spowodowały poważną falę krytyki nie tylko ze strony politycznych oponentów, ale także ze strony polityków UE. Wyrażają oni zaniepokojenie zwłaszcza działaniami wokół Trybunału Konstytucyjnego. Po zwycięstwie w wyborach parlamentarnych PiS wprowadził do Trybunału pięciu nowych sędziów. Pojawiają się opinie, że odbywa się zamach na niezależność polskiego Trybunału Konstytucyjnego.

Tu trzeba sobie powiedzieć jasno – stroną, przez którą powstało obecne zamieszanie z Trybunałem Konstytucyjnym, jest poprzedni rząd, który złamał procedury przed końcem swojej kadencji, już po przegranej w wyborach prezydenckich Bronisława Komorowskiego. Polska Konstytucja jest tak zaprojektowana, aby skład Trybunału zmieniał się wraz z kolejnymi kadencjami Sejmu, czyli aby zapewniona była rotacja składu sędziowskiego. Ma to jednak jeden słaby punkt: te procedury nie są skuteczne, kiedy jedno ugrupowanie rządzi więcej niż jedna kadencja, gdyż jest w stanie obsadzić przyjazna sobie większość. I tak właśnie się stało za rządów PO. Spodziewając się porażki w nadchodzących wyborach parlamentarnych, a po przegranych wyborach prezydenckich, poprzedni Sejm, w którym większość miała Platforma Obywatelska, wybrał dwóch sędziów więcej, niż powinien, aby nie dopuścić do tego, aby zostali wybrani przez nowy skład posłów. W ten sposób poprzednia władza chciała mieć pewność, iż będzie mieć 14 na 15 sędziów. Nikt nie wspomina teraz o tych ostatnich miesiącach kadencji poprzedniej władzy, kiedy bardzo szybko Sejm zajął się skracaniem kadencji dwóch sędziów Trybunału, aby zamienić ich ludźmi przychylnymi PO – demokracji nikt wtedy na ulicach nie bronił, a był to jawny na nią zamach, jeśli stosować retorykę obecnej opozycji z Platformy, Nowoczesnej Ryszarda Petru oraz dziennikarzy Gazety Wyborczej i niemieckiego Newsweeka. Nikt nie komentuje obecnie już tego, iż najprawdopodobniej było to przygotowanie pod scenariusz, w którym PiS wygrywa wybory, ale nie mając większości parlamentarnej nie może powołać rządu większościowego i dzięki przychylnemu Trybunałowi Konstytucyjnemu można byłoby skutecznie doprowadzić nie tylko do nowych wyborów, ale także np. stwierdzenia, iż istnieje przeszkoda w pełnieniu przez Andrzeja Dudę funkcji prezydenta i odwołania go z urzędu lub zastąpienia go marszałkiem Sejmu. Nowo wybrany prezydent apelował do PO, aby nie zmieniała tak ważnych przepisów, na koniec kadencji, jednak zostało to całkowicie zignorowane.

Gdyby PO nie złamała procedur i tak posiadałaby 12 na 15 sędziów. Dodając do tego fakt, iż kadencja w Trybunale trwa 9 lat, a kadencja Sejmu 4 lata, PO mogłaby być spokojna o zachowanie większości aż do 2019 roku. Co ciekawe, w 2006 roku PiS wybrał 4 swoich sędziów. Biorąc pod uwagę powyższe informacje, PO przegłosowała 2 dodatkowych sędziów, którzy powinni być wybrani przez nowy Sejm, a chodzi właśnie o 2 sędziów wybranych wcześniej przez PiS. Inny był wybrany przez przedstawicieli poprzednich koalicjantów PiSu z lat 2005-2007, czyli Ligę Polskich Rodzin i Samoobronę. Mówiąc wprost – PiS anulując całkowicie decyzję PO o nominacji 5 sędziów (3 legalnie i 2 nielegalnie) i wybierając swoich 3 zachował status quo, które funkcjonowało przez ostatnie 9 lat, czyli PO pozostało 66% głosów, zamiast niemal 100%. To właśnie z anulowaniem przez PiS wyboru PO jest problem w mediach. Jak skomentował go prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców Cezary Kaźmierczak: „PO wcześniej dokonała nielegalnego wyboru 2 sędziów TK, 3 zostało wybranych legalnie. Dokonała tego też tak, żeby nie było wiadomo którzy to są Ci dwaj, a którzy trzej. PiS miał do wyboru dwie drogi: (a) udawać, że tego nie widzi; (b) pójść po bandzie i przywrócić stan sprzed wyboru”. Na inny aspekt zwraca z kolei uwagę były polski dyplomata Witold Jurasz, którego wypowiedź, jako jedną z najpełniejszych, wypada zacytować w całości:

1. Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że wybór 3 sędziów był prawidłowy, a 2 nieprawidłowy. Tym samym, jak rozumiem spośród 5 wybranych przez PO sędziów 2 sędziami nie będzie (zostali wybrani z pogwałceniem Konstytucji i nie zostali zaprzysiężeni), a 3 ma być sędziami (tyle, że Prezydent Duda ich nie zaprzysiągł).
2. Tym samym, trzymając się logiki Trybunału, spośród 5 sędziów wybranych przez PiS 2 jest sędziami (zostali wybrani zgodnie z Konstytucją i zostali zaprzysiężeni), a 3 nie powinno było zostać w ogóle wybranych (bo ich miejsce, wg tej logiki, zajmują trzej sędziowie wybrani przez poprzedni Sejm, ale nie zaprzysiężeni).
3. Mamy zatem 10 „starych” sędziów, 2 nowych, odnośnie których nie ma sporu, 3 wybranych przez PO (ale kontestowanych przez PiS) i 3 wybranych przez PiS (ale kontestowanych przez PO). Prezes Rzepliński stwierdza, że mamy 18 (10+2+3+3) sędziów. Czyli matematyka nam się zgadza (zakładając, że podzielam logikę TK).
4. Jak rozumiem mamy więc 12 sędziów, co do których nie ma sporu.
5. Prezes Rzepliński tymczasem uważa, że tylko 10 sędziów może orzekać.
6. Innymi słowy prezes Trybunału, wbrew wyrokom Trybunału, podważa nie tylko wybór 3 sędziów przez obecny Sejm, ale i 2, co do których nie ma sporu.
7. Dla mnie sprawa jest prosta. Prezes Trybunału albo nie umie się precyzyjnie wyrażać, albo bierze udział w grze politycznej. I jedno i drugie go kompromituje.
8. TK będzie wydawał wyroki w składzie 10-osobowym.
9. Rząd nie będzie ich publikował.
10. Powyższe będzie miało reperkusje poza granicami RP.
11. Polska znajduje się w kryzysie. O winie polityków mówią wszyscy. Warto mówić o winie również prezesa Trybunału.
12. Nie mam pomysłu, jak z tego wybrnąć. Skłaniam się do pomysłu Kukiz’15 o wyborze wszystkich członków TK na nowo większością, która wymuszałaby kompromis PiS, PO, Kukiz 15 i Nowoczesnej. Być może konieczne jest zwrócenie się o pośrednictwo do Kościoła”.

Dobrze. To zrozumiałe, że przedstawiciele Platformy Obywatelskiej będą krytykować Prawo i Sprawiedliwość zawsze, bo to ich przeciwnicy polityczni. Ale skandal rozwija się daleko poza granicami Polski. Przy tym politycy Unii Europejskiej podtrzymują retorykę PO, a PiS krytykują.

Odnośnie „obaw” polityków unijnych ważne jest zrozumienie pewnych rzeczy. Po pierwsze ci, którzy krzyczą najgłośniej, są politykami pochodzącymi z Niemiec. Władze niemieckie z kolei odcięły się od tego zagadnienia. Ciekawy zabieg, pokazujący jak wielopłaszczyznowa jest realizacja swoich interesów. Mówię o interesach niemieckich, gdyż rząd Platformy bardzo skutecznie realizował niemiecką politykę, która nie zawsze zgadzała się z naszymi interesami. Po następne, na co zwraca uwagę wielu polskich ekspertów, dziennikarzy i polityków, nie powiązanych z PO – skąd ci politycy czerpią wiedzę o sytuacji w Polsce? Dlaczego nie protestowali wcześniej, kiedy poprzednia władza wysyłała służby, aby zabierali dziennikarzom komputery z materiałami kompromitującymi polityków partii rządzącej? Kiedy kibice na meczach byli skazywani na więzienie za transparenty antyrządowe? Niestety, ale wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia ze zorganizowaną akcją informacyjną o charakterze antyrządowym, w której biorą udział największe polskie media, czołowi politycy i dziennikarze, którzy wiedzą, że za nowej władzy utracą swoje dotychczasowe wpływy i pozycję. W mediach w tych atakach przoduje Gazeta Wyborcza i Newsweek, a spośród polityków Radek Sikorski, były minister spraw zagranicznych, którego żona pracuje w The Washington Post, a którzy wysyłają przez swoich znajomych dziennikarzy w USA jednostronny i zmanipulowany przekaz na temat sytuacji w Polsce. A jeszcze tak na koniec dodałbym od siebie do ukraińskich dziennikarzy i ekspertów, którzy próbują zrozumieć co się w Polsce dzieje, cytat Zbigniewa Herberta, jednego z najwybitniejszych polskich poetów: „wielkie nazwiska uprawdopodobniają największe idiotyzmy, gdyż tłum ma naiwną pewność, że wielcy ludzie bredzić nie mogą”.

Wspomnienie o dziennikarzach to kolejna kwestia. Jeszcze jeden skandal powiązany jest ze zmianami, które wprowadziła nowa władza wobec mediów publicznych. Odbyła się zmiana kierownictwa, a także dziennikarzy pracujących w radiu i telewizji. Stanowiska objęły osoby powiązane z nową partią rządzącą. Rola państwa jako odpowiedzialnego za niezależność mediów została ograniczona, a funkcje te zostały przekazane ministrowi skarbu, który będzie podejmował decyzje jednoosobowo. To przypomina atak na wolność słowa.

Po pierwsze trzeba podkreślić, iż chodzi o media publiczne. Dokładnie telewizję i radio. Ich popularność w ostatnim czasie spadała tak czy inaczej, ponieważ zajmowały się one realizacją jednego, konkretnego przekazu, a dokładnie – prorządowego za obu kadencji PO, tj. przez ostatnie 8 lat. Zmiany wprowadzone przez PiS w mediach oczywiście można oceniać różnie, jednak trzeba obiektywnie stwierdzić, iż do obiektywności polskim mediom publicznym zaczęło być bardzo daleko, a nominacje kierownicze i etaty były w wielu wypadkach z klucza politycznego. Mówi o tym zresztą wiele dziennikarzy. Za rządów Platformy, wielu z tych, którzy nie zgadzali się z „linią partii”, zostało po prostu wyrzuconych. Dość zresztą wspomnieć, że już po wyborach, w listopadzie, czas antenowy przeznaczony dla Ryszarda Petru, lidera partii Nowoczesna na antenie informacyjnej stacji TVP Info był dwukrotnie większy niż dla prezydenta Polski! Według oficjalnych danych, we wszystkich stacjach publicznych (TVP1, TVP2, TVP INFO i TVP Regionalna) w listopadzie prezydent i urzędnicy jego kancelarii pojawiali się przez 7 godz., 17 min i 33 sek, a Petru i przedstawiciele jego partii byli na antenie przez 6 godz., 46 min i 24 sek. Obiektywniejszą relację z wizyty Andrzeja Dudy w Chinach, która nawiasem mówiąc była bardzo udana, przygotowała komunistyczna, rządowa telewizja z ChRL, podczas gdy polskie media pokazały przez kilka sekund jak Duda ślizgał się na lodzie na Chińskim Murze. Takich przykładów można by było mnożyć. Związane było to z upolitycznieniem kierownictwa telewizji publicznej i podziałem stanowisk według klucza partyjnego pomiędzy ludzi związanych z PO, Polskim Stronnictwem Ludowym i Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Jako ciekawostkę podać można, iż odwołanie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, organu, który ma stać na straży wolności słowa w Polsce, zajęło byłemu prezydentowi Komorowskiemu zaledwie 65 dni od objęcia urzędu w 2010 roku. Oczywiście żadnych protestów z Brukseli, Berlina czy naszych mainstreamowych dziennikarzy nie było.

Głównym zarzutem wobec zmian wprowadzanych obecnie przez PiS jest to, iż nie są to fundamentalne reformy, ale zmiany osobowe. Tylko że jak podkreśla sam rząd, to dopiero początek zmian, a kontynuacja prac ma rozpocząć się w marcu. Obiektywnie trzeba przyznać, że zmiany osobowe w postaci dopuszczenia do głosu w mediach opłacanych z pieniędzy podatników dziennikarzy innych, niż popierających Platformę – nikomu nie zaszkodzi, tym bardziej, że miliony osób, mających inne poglądy, nie miała przez ostatnie lata praktycznie żadnej reprezentacji w publicznej telewizji. Co więcej, wiele nominacji PiSu, czy to w telewizji publicznej czy w Polskim Radiu, ocenianych jest w środowisku eksperckim bardzo pozytywnie. Dla opozycji działania nowego rządu to „zamach na wolność słowa”, a dla PiSu – „przywracanie mediów publicznych Polakom”. Popadanie w skrajności czy przyjmowanie tylko jednego punktu widzenia przez analityków czy komentatorów jest poważnym błędem i ostatecznie prowadzi do wypaczania sensu przekazu informacyjnego.

W Polsce przyjęta została ustawa o podsłuchach. Była ona przygotowywana jeszcze przez poprzednią ekipę rządzącą, ale wówczas PiS krytykował tą inicjatywę, a teraz nie zrobił nic, by ją zablokować. Obecnie policja i służby specjalne otrzymały szerokie możliwości kontroli nad obywatelami w Internecie. To przypomina ograniczanie swobód obywatelskich. To kolejna sprawa, na którą europejscy politycy nie mogli nie zareagować.

Ja nie jestem ekspertem od tych kwestii, ale mogę powołać się na ludzi, którzy nimi są. Jak mówi dr Łukasz Kister, ekspert ds. bezpieczeństwa, ta ustawa nie ma nic wspólnego z zabieraniem Polakom prawa do prywatności, a wręcz przeciwnie: „to jest pierwsza ustawa w demokratycznej Polsce, która wskazuje na jakiekolwiek standardy kontroli nad wszelkimi działaniami służb, związanymi z dostępem do danych telekomunikacyjnych. Tam nie ma mowy o żadnym nagrywaniu naszych rozmów. Zarzuty, że w tej ustawie znajduje się prawo do permanentnej inwigilacji, nagrywania rozmów, podsłuchiwania nas przez 18 miesięcy są kłamstwem. To nie ma nic wspólnego z treścią zawartą w ustawie”. Jak dodaje, posłowie opozycji w tej sprawie zwyczajnie kłamią i jak dodaje: „szczególnie kłamią ci, którzy kilka lat temu przegłosowali właśnie tego rodzaju ustawę i Trybunał Konstytucyjny, ten Trybunał, o który tak walczyli, ustawę tą uznał za niezgodną z konstytucją. Prawo i Sprawiedliwość, obecny rząd, nie miał innego wyboru jak przygotować tego rodzaju ustawę, uchwalić ją jak najszybciej, aby w lutym nie sparaliżować działania służb, w szczególności służb policyjnych, które wykorzystują dostęp do danych telekomunikacyjnych, bo tu nie mówimy w głównej mierze o podsłuchach, mówimy tu o dostępie do danych telekomunikacyjnych”.

Zwraca on też uwagę, iż w Polsce obowiązują niezmiennie regulacje takie same, jak we wszystkich demokratycznych państwach na świecie – możliwość podsłuchiwania warunkowana jest decyzją sądu. W ustawie natomiast chodzi o inne dane, jak na przykład: lokalizacja telefonu, bilingi i czynności wykonywane przez operatorów telekomunikacyjnych. Te rzeczy są ważne z punktu widzenia walki z przestępczością internetową, pedofilią, zapobieganiu zamachom terrorystycznym i szeregiem innych czynności. Podkreśla on, że nie może być tak, że przestępcy mogą korzystać z nowoczesnej technologii, a policja nie. Co ważne, a na co zwraca uwagę dr Kister, wielu komentatorów, polityków i dziennikarzy wykorzystuje tą sytuację i forsuje narrację, że służby są patologiczne i będą nadużywać swojej władzy, gdzie tak naprawdę ich działalność jest regulowana przez prawo. Szczególnie zwracają uwagę jego słowa, że „każda instytucja jest grzeszna grzechami ludzi, którzy ją tworzą – tak jest z mediami, tak jest także ze służbami”. Tak skomentował inwigilowanie dziennikarzy za poprzedniego rządu Platformy, piszących o głośnej u nas aferze podsłuchowej, kompromitującej wielu polityków PO. Jego zdaniem osoby, które nie prowadzą działalności przestępczej czy niezgodnej z prawem nie powinny obawiać się działań jakiejkolwiek służby, bo one są powołane po to, aby wykrywać i zapobiegać różnym niebezpiecznym dla państwa działaniom. Tym bardziej, że nowa ustawa nie likwiduje kontroli sądowej nad działaniami operacyjnymi policji. Ja od siebie dodam tylko, że oskarżenia kierowane pod adresem obecnego rządu przez polityków PO o zamach na wolność obywateli mogą bawić w sposób szczególny. Według oficjalnych bowiem danych, w 2010 roku co trzydziesty Polak był inwigilowany, a Polska stała się liderem w Europie pod względem ilości podsłuchów – w latach 2013-2014 służby sięgnęły po dane ponad 2 milionów ludzi rocznie. A w tych statystykach nie jest uwzględnione odczytywanie SMS-ów. Dodam też, że obecny rząd rozpoczął największą operację antykorupcyjną w historii III Rzeczpospolitej – pod obserwację trafiło 500 odchodzących polityków i urzędników. Ale o tych przedsięwzięciach już nie jest tak głośno, a zdecydowanie są one nie na rękę obecnej opozycji.

Jarosław Kaczyński nieraz twierdził, że polska polityka wewnętrza powinna być zbliżona do węgierskiej. Węgry pod rządami Wiktora Orbana stały się prorosyjską wyspą w UE. Takie zmiany w Polsce powodują zaniepokojenie także wśród ukraińskich elit. Na ile realną jest „orbanizacja” polskiej władzy i czego powinna oczekiwać ukraińska władza od polityki zagranicznej PiSu?

No i znowu. Taką wersję forsują dla zagranicznego audytorium nasze mainstreamowe media, wspierane w tej niedorzecznej narracji przez polityków obecnej opozycji. Jest to spójne z przekazem informacyjnym, atakującym nasz obecny rząd i oskarżającym go o „orbanizację”, „faszyzm”, „antyeuropejskość” i „niszczenie dorobku w polityce zagranicznej”. Część naukowców, oczywiście tych związanych z PO, twierdzi nawet, że PiS tak naprawdę dąży do przystąpienia do Unii Eurazjatyckiej, a sama struktura Prawa i Sprawiedliwości przypomina strukturę Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Ja może powiem brutalnie, że to są po prostu fantastyczne bzdury. Opozycja i mainstream oskarżają bowiem PiS jednocześnie o szkodzenie relacjom polsko-rosyjskim i parciem wręcz do wojny, a także o działanie na korzyść Rosji. To po prostu absurd. Wiele rzeczy można o tym rządzie powiedzieć, ale na pewno nie to, że wspiera rosyjskie interesy. Podobnie jest z rzekomym eurosceptyzmem tego rządu, co zostało już kilkukrotnie zdementowane nie tylko słowami, ale i realnymi działaniami premier Beaty Szydło.

Odnośnie Ukrainy, to nic w polskiej polityce wobec waszego państwa się nie zmienia i ogólnie, nie o zmiany w polityce wschodniej Warszawy tu chodzi. Jako ciekawostkę dla ukraińskich czytelników, dodać mogę, że te ataki na rząd przybrały już tak karykaturalną formę, iż jedna z publicystek Gazety Wyborczej napisała, że „Polska staje się Ukrainą Europy”. Nikt chyba do końca nie wie, co miałoby to znaczyć, ale dziennikarze polskiego mainstreamu specjalizują się w takich „dramatycznych” zabiegach erystycznych. Moja odpowiedź na to jest taka, że jak się już mamy bawić w tak puste metafory, to Wyborcza jest Komsomolską Prawdą polskich mediów od co najmniej 10 lat. Na co zaczęto zwracać w końcu nad Wisłą uwagę po zmianie władzy? A chociażby na to, iż 50% polskiego długu jest w rękach zagranicznych, a 30% jest denominowane w walutach obcych. Mamy prawie 1 bilion złotych długu. Od 1990 roku Polska ma wzrost PKB na poziomie 500%, czym PO się chwaliła, jednak nie wspominała już o tym, że w tym samym czasie wzrost zadłużenia to 1100%. Zadłużenie banków w tym samym okresie wzrosło z 4,5 miliarda do prawie 180 miliardów PLN, czyli 4000%. Jak były polski rząd otwierał nowe linie kredytowe w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, a Polacy zadłużali się w zagranicznych bankach – wtedy pozycja naszego kraju była silna a ratingi dobre? Tu sięgamy prawdziwego sedna problemu.

Jak mówił nowy polski wicepremier i minister rozwoju Mateusz Morawiecki: „Mówimy o tym, jak dużo dostajemy z UE, a tymczasem okazuje się, że wejście do Unii sprawiło, że staliśmy się fantastycznym rynkiem ekspansji dla firm zachodnich”. W innej wypowiedzi stwierdził z kolei, że „Uzależnialiśmy się od zagranicy. Ona tego kapitału nie dawała nam charytatywnie. Brała i bierze daninę. Dziś to ponad 90 mld zł rocznie. Około 30 mld zł to dywidendy wypłacane zagranicznym właścicielom. Kolejne 15-20 mld to reinwestowane u nas zyski, 18 mld to odsetki od kredytów, 20 mld zł to odsetki od obligacji skarbu państwa”. To 5,3% polskiego PKB, czyli więcej niż nasze roczne wydatki na służbę zdrowia.

Do tego dodać można informacje z raportu Global Financial Integrity, według którego Polska jest w grupie 20 najbardziej wyzyskiwanych państw świata – zagraniczne koncerny wyprowadzają z Polski aż 5% PKB rocznie w niezapłaconych podatkach, w czym przodują oczywiście firmy z Niemiec. Działania polskiego rządu, zmierzające do ograniczenia tych zjawisk i tendencji w sposób oczywisty naruszają interesy wielu korporacji transnarodowych, a zatem i państw, z których pochodzą. Osłabienie rządu PiSu czy uniemożliwienie mu skutecznego działania pozwoli zachować obecny status quo, bardzo korzystny dla innych państw. To bezpośrednio wiąże się z aspektem energetycznym i geopolitycznym, na co zwraca uwagę polski ekspert ds. energetycznych Piotr Maciążek – sytuacja dla Polski jest niebezpieczna, gdyż „z jednej strony polski rząd będzie konfrontował się z Rosją (Gazprom), z drugiej strony z Brukselą (renegocjacja ustaleń klimatycznych). Na domiar złego spór klimatyczno-gazowy szykuje się także na płaszczyźnie relacji z Niemcami, które chętnie wyeksportowałyby swoje zielone rozwiązania technologiczne do Polski (Energiewende)”. Polska próbując realizować swoje interesy kosztem mocarstw europejskich, a także międzynarodowych grup interesów świata finansów, naraża się na ataki i krytykę z różnych stron. Rolą ekspertów i dziennikarzy jest podejmowanie prób zrozumienia i opisania tych różnych tendencji i szerokiego kontekstu, aby unikać uproszczeń czy mniej lub bardziej świadomego udziału w działaniach przypominających bardziej zaplanowane operacje informacyjne, niż rzetelne dziennikarstwo czy analitykę.

Rozmawiał Roman Rak.

Wywiad ukazał się na portalu ZAXID.NET – czytaj tutaj.

Share Button

Czytaj również

Fot. uk.wikipedia.org

Oksana Jurynets: rosyjska agresja nie zakończy się na Gruzji czy Ukrainie

Z Oksaną Jurynets, deputowaną do Rady Najwyższej Ukrainy VIII kadencji, członkiem ukraińskiej Delegacji Parlamentarnej przy …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.