poniedziałek, 28 Wrzesień, 2020
pluken
Home / Wywiady / Od skarpetek do dronów – druga armia Ukrainy
11086098_830570763675733_2059132561_o

Od skarpetek do dronów – druga armia Ukrainy

Share Button

volonterObecnie po stronie ukraińskiej walczą dwie armie. Jedna – to ukraińscy żołnierze, którzy toczą walki w strefie ATO, druga – to armia wolontariuszy, którzy od pierwszych dni wojny przekazują żołnierzom to, co jest najbardziej niezbędne. Kiedy rok temu Ukraina stanęła przed problemem wojny, stało się jasne, że kraj nie jest na to gotowy. Ostatnie dziesięciolecia obowiązywała doktryna pokojowa, która nie brała pod uwagę możliwości potencjalnej agresji. Zmniejszenie liczebności armii, zakonserwowane składy uzbrojenia – taką zastał Ukrainę wróg. Dlatego właśnie na początku całe wyposażenie mobilizowanych żołnierzy – od skarpetek do kamizelek kuloodpornych spadło na barki rodziny i znajomych. Nauczeni doświadczeniem Majdanu Ukraińcy byli w stanie zmobilizować się szybko i w ciągu kilku miesięcy powstała licząca kilkaset tysięcy ludzi armia wolontariuszy. Dzisiaj kupują oni nie tylko odzież i jedzenie, ale także samochody, części zamienne, remontują technikę i budują samoloty bezzałogowe.

Rozmowa o życiu i pracy wolontariuszy z Ołeksandrem Mołodym, wolontariuszem lwowskiej grupy „Park” który regularnie wozi niezbędne rzeczy na wschód Ukrainy.

Kiedy wojna się zaczęła, Ukraina nie była gotowa. Dlatego wolontariusze przekazują żołnierzom praktycznie wszystko. Jaka jest teraz ich rola?

Taka sama jak i na początku. Tylko na samym początku wszyscy byli przestraszeni i zagubieni. Nie wiedzieliśmy czego szukać, a żołnierze nie wiedzieli, czego im potrzeba. Teraz podejście z każdej strony jest o wiele bardziej pragmatyczne. Wolontariusze dostarczają wszystkiego co potrzebne: środki medyczne, żywność, ekwipunek, optyka, broń palna, bezpilotowce. Jedyne, czego nie wożą wolontariusze to ciężki sprzęt. Są ci, którzy zajmują się określonymi dziedzinami i ci, którzy współpracują z konkretnymi oddziałami i wożą niemal wszystko – to indywidualna kwestia. Teraz trwa kolejna fala mobilizacji, a wraz z nią kolejni wolontariusze. Zresztą większość tych inicjatyw tak właśnie się zaczynała – najpierw ludzie pomagali swoim krewnym i znajomym, a potem już całym jednostkom. Teraz do strefy ATO jeżdżą setki wolontariuszy, a tych, którzy pracują na zapleczu jest dziesiątki tysięcy.

Jak to się zaczęło u Pana?

Zmobilizowano mojego kolegę, zadzwonił, że nie ma nic. Zebraliśmy dla niego niezbędne rzeczy i zawieźliśmy. Wzięliśmy pięć numerów telefonów od ludzi, którzy byli z nim, a jeszcze 20 chłopaków wzięło kontakt od nas. Następny wyjazd był już większy, i tak dalej. Teraz już nie wiemy dokładnie kto i skąd dzwoni, jako że działalność naszej grupy znacząco się rozrosła. Pomagamy 24, 80 i 128 brygadzie, a od niedawna także 26. Kontaktujemy się także z innymi jednostkami armii.

O co teraz proszą żołnierze?

Przestały być już potrzebne kamizelki kuloodporne i hełmy. Najbardziej potrzebna jest optyka: sprzęt do obserwacji w nocy, termowizory, lornetki, także celowniki. Nadal są też zamówienia na mundury, zwłaszcza po ostatnich walkach – wielu chłopców, którzy byli po Debalcewem wszystko stracili, a nie otrzymali nic na zamianę. Kupujemy głównie mundury z krajów europejskich, o lepszej jakości niż ukraińskie. Były i inne ciekawe zamówienia. Zdarzają się też ciekawe zamówienia, jak choćby pewnego razu domowe jajka, które wieźliśmy 1200 km, na teren, gdzie trwają ostrzały – ale żadne się nie rozbiło (śmiech).

Czy były wypadki, gdy nie udało się dowieźć ładunku?

W ciągu 16 podróży na wschód były dwa takie wypadki, oba w Debalcewie. Pierwszy raz w październiku zeszłego roku, kiedy nie wpuszczono nas za ostatnie blokpost, gdy trwały walki. Drugi raz to 6 lutego, kiedy już trwał szturm Debalcewa. W takich sytuacjach pozostawialiśmy ładunek możliwie najbliżej aby można było go odebrać.

Często Pan jeździ na wschód. Na ile jest to bezpieczne dla wolontariuszy?

Najważniejsze to jeździć szybko i nie zatrzymywać się, aby nie można było skutecznie wycelować. Na szczęcie nigdy nie trafiliśmy pod bezpośredni ostrzał, choć innym to się zdarzało. Oczywiste, że wolontariusze są celem. Były takie wypadki gdy wolontariuszy rozstrzeliwano a potem zabierano im samochody i ładunek, mimo że nie byli uzbrojeni. Bezpiecznych dróg tam nie ma, zawsze jest ryzyko trafienia pod ostrzał czy wjechania na minę.

Jakie są obecnie główne problemy wolontariuszy?

Udało nam się z czasem nauczyć się, gdzie szukać dobrej jakości techniki – przede wszystkim na Zachodzie. Największym problemem rzecz jasna są pieniądze. Wszystko kupujemy za obce waluty, a wobec spadku kursu hrywny jest to coraz trudniejsze. Pieniądze przekazują ci sami ludzie co na początku – biznesmeni, firmy, zwykli ludzie. Ale co oczywiste te źródła nie są niewyczerpane, zwłaszcza wobec sytuacji gospodarczej w kraju.

Pierwszy raz pojechał Pan do strefy ATO ponad 9 miesięcy temu. Co od tego czasu zmieniło się w tych miejscach?

To tak naprawdę nie strefa operacji antyterrorystycznej, ale strefa działań wojennych. Wydaje mi się, że te obszary, które są pod kontrolą ukraińskiej armii nie zmieniły się krytycznie – tam trwa w miarę normalne życie, działają sklepy, kawiarnie czy transport. Na przykład w Słowiańsku, który był wcześniej jednym z głównych ośrodków bojowników przez kilka miesięcy trwały walki, ale zniszczeń w samym mieście praktycznie nie ma. Dzielnice cywilne nie były ostrzeliwane – i tak jest w wielu miastach, choć wielokrotnie widać zniszczone mosty czy budynki na obrzeżach. Co innego miejsca, gdzie trwały lub nadal trwają walki jak Piaski czy Szirokine – tam zniszczenia są większe, nawet w Debalcewie, gdzie przez długi czas trwały walki – ale nawet tam toczy się życie. Te obszary są jednak kontrolowane przez bojowników i nie mamy obecnie dokładnych informacji o sytuacji tam. Ludzie, którym udało się stamtąd wyjechać niechętnie o tym opowiadają. Na przykład w Artemiwsku, gdzie jeździmy przez ostatnie miesiące jest wielu mieszkańców Gorłówki i Makiejewki – miast, które teraz są pod kontrolą terrorystów. Wielu ludzi ucieka z okupowanych terytoriów. Rozmawialiśmy z cywilnymi mieszkańcami – według relacji jednego z nich w Gorłówce pozostało ok. 50 tys. mieszkańców z blisko pół miliona przed wojną. Większość ucieka na Ukrainę i osiedla się w miastach blisko linii frontu, ale część wyjeżdżą w głąb Ukrainy.

Mówi Pan o strefie działań wojennych. Czy to realnie jest wojna?

To taka „dziwna wojna”. Dziwna, bo trwa handel z okupowanymi terytoriami, ruch towarowy nie jest wstrzymany. Wrażenie jest takie, że osobno trwają walki, a osobno wymiana handlowa. Możliwe, że ktoś na tym dobrze zarabia. Ale to nie żadna „wojna XXI wieku”, raczej konflikt przeniesiony z XX wieku. Faktycznie rosyjska armia nie jest dużo nowocześniejsza od naszej. Ma trochę lepszą technikę i większe doświadczenie, ale taktyką i strategią nie odróżnia się od ukraińskiej. Mamy szczęście, że walczymy z nimi, a nie z inną armią, np. z polską, bo szanse byłyby o wiele mniejsze. W ciągu ostatnich lat uzbrojenie na świecie znacząco się zmieniło. Dziś nikt nie walczy „czołg przeciwko czołgowi”, jak w czasie II wojny – jak się obecnie prowadzi wojnę pokazali Amerykanie w Iraku, nawet w sytuacji, gdy wróg przeważał liczebnie. Wojna na Ukrainie to przed wszystkim wojna artylerii, grup dywersyjnych, specnazu. Bezpośrednich starć jest stosunkowo niewiele.

Mówienie o operacji antyterrorystycznej jest mało precyzyjne – to raczej sytuacja blokowania siłami Milicji budynku zajętego przez terrorystów i uwalnianie zakładników. W typowych operacjach antyterrorystycznych nie biorą udziału czołgi, artyleria, nie ma setek kilometrów linii frontu, nie są niszczone miasta. To wojna. Ale wszyscy boją się tak to nazywać, bo trzeba byłoby określić z kim. Można rzecz jasna ogłosić, że to wojna z Rosją, ale Ukraina nie może jej prowadzić i wygrać, jako że Rosja ma większą armię, silniejsze lotnictwo i systemy obrony przeciwlotniczej. Gdyby Rosja zaczęła stosować lotnictwo, sytuacja byłaby o wiele trudniejsza.

ONZ mówi o liczbie zabitych podczas wojny – około sześciu tysięcy. Oficjalna statystyka mówi o blisko 1500 zabitych żołnierzach ukraińskich. Na ile są to realne cyfry?

Myślę, że są one mało precyzyjne. Ale mówić o jakichś innych jest trudno. Oczywiście, gdy wiadomo, że cały dzień pracowały GRADy i SMERCZe czy czołgi i moździerze to nie ma trzech zabitych i kilkunastu rannych, jak to czasem się przedstawia. Ale aby mówić o ofiarach, zwłaszcza w odniesieniu do cywilnych mieszkańców, trzeba mieć dowody. Była np. informacja, że w Debalcewie w piwnicach domów znaleziono 500 zabitych. Ale ja tego nie widziałem i nie chcę zajmować stanowiska, choć myślę, że to może być prawda – miasto zdobywała rosyjska armia, a wiadomo jakie ma metody: najpierw wrzucają do budynku granaty a dopiero potem wchodzą do środka. Jednak nie ma możliwości stwierdzenia, jaka faktycznie była liczba zabitych w Debalcewie czy innych miastach.

Mówimy, że walczą tam wojska rosyjskie. Jednak w zachodnich mediach mowa jest o „prorosyjskich separatystach”. Kto tak naprawdę walczy na wschodzie przeciwko ukraińskiej armii?

Rosyjskie wojska nie stanowią więcej niż jedną trzecią sił przeciwnika. Przeciwko nam walczy około 30 tysięcy ludzi z jakich 7-8 tysięcy to regularna armia rosyjska. Przede wszystkim to elitarne jednostki: specnazu czy artylerii. Trzeba rozumieć, że nie można nauczyć się dobrze obsługiwać artylerii w ciągu kilku dni. Co prawda odpowiednie uzbrojenie jest i u najemników, ale od razu widać kto z niego strzela. Jeśli strzelają profesjonaliści, to często powodują straty po naszej stronie. Ale rosyjscy żołnierze nie idą w pierwszych szeregach do ataku – pierwsi zwykle walczą najemnicy z Ukrainy, Rosji, Białorusi, Mołdawii, są także i Europejczycy i ludzie z krajów arabskich, którzy dostają za to pieniądze – to ich praca. W każdym razie dowodów na rosyjską obecność wojskową w Ukrainie jest wystarczając dużo.

Teraz trwa kolejne zawieszenie broni. Czy to znaczy, że na wschodzie jest spokojnie?

Ukraina wykonała swoje zobowiązania i wycofała ciężką broń. Natomiast bojownicy zmieniają dyslokację swoich sił, przede wszystkim w okolicach Mariupola, Artemiwska i Szczastia, gdzie wojska koncentrują się w grupy uderzeniowe. Bojownicy także budują fortyfikacje – betonowe umocnienia na całej linii frontu. Dzień i noc pracuje technika budowlana. Możliwe że ich celem będzie zajęcie kolejnych terytoriów, miast z dużą liczbą ludności.

Rozmawiała: Mirosława Iwanik

Share Button

Czytaj również

Fot. uk.wikipedia.org

Oksana Jurynets: rosyjska agresja nie zakończy się na Gruzji czy Ukrainie

Z Oksaną Jurynets, deputowaną do Rady Najwyższej Ukrainy VIII kadencji, członkiem ukraińskiej Delegacji Parlamentarnej przy …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.