Tak jak mityczny król Midas zamieniał wszystko, czego dotknął w złoto, tak znaczna część zachodnich ekspertów zajmujących się wojskowością w każdym kolejnym większym konflikcie zbrojnym widzi rzekomy „przełom”, który na zawsze ma zmieniać obraz świata i zjawiska wojny. Do tego czasami dochodzi jeszcze niezdrowa fascynacja rosyjskim militaryzmem.
Zaczęło się od wojny w Zatoce Perskiej w 1991 roku, którą wobec zastosowania na szeroką skalę broni kierowanej i szeregu wysokotechnologicznych wynalazków na skalę wcześniej nienotowaną, nazwano w toku hurraoptymistycznych ocen skuteczności wojsk koalicji walczącej o wyzwolenie Kuwejtu, „pierwszą wojną XXI wieku”. Jednak owa precyzyjna i efektowna „wojna XXI wieku” stanowiła jedynie część konfliktu, i choć zajmowała większość czasu antenowego w CNN i innych stacjach relacjonujących działania wojenne, to cała reszta działań toczyła się w sposób niewiele odbiegający od wcześniejszych konfliktów o podobnym charakterze, co przełożyło się także na straty wśród ludności cywilnej (aspekt rzadko podnoszony, bo mało medialny). W 1999 roku taka sama fala „zachwytu” przetoczyła się przez media w czasie nalotów na Kosowo i Serbię, konfliktu (rzekomo) wygranego bez operacji na lądzie i strat własnych po stronie atakującego. Po raz kolejny z takim zjawiskiem mieliśmy do czynienia w przypadku wojen w Afganistanie i Iraku (2001 i 2003); zwłaszcza w tym drugim przypadku mowa była o „nowym modelu konfliktu zbrojnego”. Rzeczywistość bardzo mocno zweryfikowała jednak te oceny i zarówno w jednym jak i drugim przypadku po trwającym kilka tygodni sukcesie dużej operacji powietrzno-lądowej o mniejszej (Afganistan) lub większej (Irak) skali oznaczała ugrzęźniecie na długie lata w niekończącej się wojnie partyzanckiej przeciwko nielicznym, słabo uzbrojonym, ale skutecznie zadającym straty siłom stabilizacyjnym grupom zbrojnym. Rzecz jasna oficjalne odtrąbienie zwycięstwa w żadnym wypadku nie zakończyło walk.
Po raz kolejny z tym problemem zetknęliśmy się w 2014 roku, kiedy rozpoczął się konflikt we wschodniej Ukrainie, poprzedzony zajęciem Krymu przez Rosję. Także i tym razem bardzo szybko pojawiły się opinie, że oto „wojna hybrydowa” stała się właśnie nowym modelem prowadzenia działań zbrojnych z wykorzystaniem tzw. „zielonych ludzików” – żołnierzy działających bez oznaczeń państwowych. Zwolennicy takiego podejścia zapominają jednak zazwyczaj, że aneksja Krymu miała miejsce w bardzo specyficznej sytuacji: znajdujących się w stanie zmiany i kryzysu struktur państwowych na Ukrainie oraz związanych z tym ograniczonych możliwości reagowania na działania podejmowane przez wojska rosyjskie już stacjonujące na Półwyspie lub przybywające na jego terytorium drogą lotniczą i morską. Faktem jest, że wobec powyższego nie doszło do walk – w innym wypadku trudno przewidzieć jaką cenę musiałaby zapłacić Federacja Rosyjska za (rzekomy) „powrót Krymu do macierzy”.
Także działania wojenne prowadzone później (od początku kwietnia 2014r.) w ukraińskim Donbasie udowodniły, że operacje realizowane z wykorzystaniem nieregularnych grup zbrojnych, stworzonych jako armie sztucznych tworów mających imitować państwa (tzw. republiki ludowe – Doniecka i Ługańska), nawet przy dość szerokim wsparciu jednostek specjalnych i artylerii oraz w niektórych wypadkach lotnictwa, nie są skuteczne w starciu z regularnymi siłami zbrojnymi. Właśnie dlatego w drugiej połowie sierpnia 2014 roku ukraińska armia była bliska zlikwidowania tzw. separatystów w Donbasie i dopiero interwencja rosyjskich sił zbrojnych uratowała ich od totalnej klęski.
Rozwój sytuacji w okresie tzw. zawieszenia broni, które zostało podpisane w Mińsku we wrześniu 2014 roku i formalnie trwa do dzisiaj, wbrew opiniom części zachodnioeuropejskich ekspertów, nie wskazuje na wdrażanych żadnych znaczących zmian czy innowacji. Dotyczy to samych metod prowadzenia walki, takich jak użycie pododdziałów pancernych czy artylerii do powstrzymywania/obezwładniania przeciwnika czy choćby strzelania do próbujących się wycofać oddziałów na pierwszej linii (sposób działania praktykowany w czasach ZSRR przez jednostki NKWD, a według informacji sztabu ATO i mediów zastosowany pod Debalcewem wobec oddziałów separatystów przez jednostkę MSW FR im. Feliksa Dzierżyńskiego). Jeśli więc, jak chce serwis BBC przytaczany przez polski portal informacyjny tvn24.pl „Rosja czas od wojny w Gruzji spędziła na przezbrajaniu, wyposażaniu i szkoleniu na nowo swojej armii, starając się zniwelować dystans dzielący ją od zachodnich nowoczesnych sił zbrojnych” i „teraz rezultaty można zobaczyć na wschodzie Ukrainy” – to rezultaty te można nazwać nie rezultatami, a jedynie opłakanymi skutkami.
Pomimo tego, że ukraińska armia nie dysponuje sprzętem nowocześniejszym od tego, jaki otrzymują od Rosji separatyści lub jaki wykorzystują rosyjscy żołnierze (a często jest to nawet sprzęt starszy lub tego samego typu, ale niezmodernizowany), to walki pod Debalcewem pokazały, że jego dobre opanowanie w połączeniu z dobrym dowodzeniem i determinacją żołnierzy pozwala na powstrzymanie przeciwnika i zadawanie mu poważnych strat. Widać to na przykładzie choćby sprzętu pancernego – chociaż separatyści coraz powszechniej wykorzystują nowocześniejsze (i często zmodernizowane) rosyjskie T-72, to nie są one w stanie złamać oporu ukraińskich pancerniaków na starszych T-64, z których jedynie część to wozy zmodernizowane do standardu T-64 Bułat (przynajmniej taki wniosek można wysnuć na podstawie materiałów foto/wideo jakie docierają za pośrednictwem mediów). Zauważyć można wyraźne zmiany, jakie zaszły w funkcjonowaniu ukraińskiej armii od czasu walk pod Iłowajskiem pod koniec sierpnia 2014 roku – z dość pobieżnej oceny walk pod Debalcewem wynika, że zdecydowanie poprawiło się dowodzenie, łączność oraz rozpoznanie. W tym ostatnim obszarze można wysnuć wniosek, że prawdopodobnie ukraińska armia, zaczęła wykorzystywać bezzałogowe środki rozpoznawcze, efektem czego jest niezwykła skuteczność ukraińskiej artylerii w walkach pod Debalcewem.
Za pewnego rodzaju ewenement można uznać odejście obu stron konfliktu od stosowania w walkach lotnictwa. Wynika to prawdopodobnie głównie z faktu rozbudowania po obu stronach dość głęboko urzutowanego systemu obrony przeciwlotniczej (systemy ukraińskie choć mniej liczne, to jednak nie odbiegają parametrami od większości rosyjskich odpowiedników, zwłaszcza jeśli są to zestawy po modernizacji, jak np. S-300). Tak czy inaczej, obecna sytuacja wyklucza prowadzenie zakrojonych na szeroką skalę operacji lotniczych po obu stronach – ograniczenia o charakterze politycznym dotyczą zwłaszcza strony rosyjskiej, która nawet po przemalowaniu własnych samolotów w barwy tzw. Noworosji nie byłaby w stanie skutecznie ukrywać zaangażowania własnych sił lotniczych w konflikt. Zresztą już teraz kłopotliwych dowodów wskazujących na udział regularnej rosyjskiej armii w działaniach zbrojnych na Donbasie nie brakuje.
Niestety, w miarę upływu czasu i kolejnych wojen niezmienna pozostaje przynajmniej jedna rzecz – tragiczne efekty każdego konfliktu, śmierć i rany wśród żołnierzy i ludności cywilnej oraz zniszczenia na obszarach objętych walkami.
Dariusz Materniak
Portal polsko-ukraiński Portal Polsko-Ukraiński jest portalem internetowym o charakterze analityczno-informacyjnym

