czwartek, 13 Sierpień, 2020
pluken
Home / Wywiady / Wybory na Ukrainie: zmiany na papierze i kasza gryczana jako najlepsza waluta
o.neberykut

Wybory na Ukrainie: zmiany na papierze i kasza gryczana jako najlepsza waluta

Share Button

o.neberykut25 października na Ukrainie odbędą się wybory do rad lokalnych. Chociaż oficjalny wyścig przedwyborczy rozpocznie się dopiero 21 września, w praktyce już w ubiegłym tygodniu w terenie zaktywizowała się większość partii i kandydatów na stanowisko gospodarzy miast. Wywiad z Oleksandrem Neberykutem, analitykiem obywatelskiej sieci OPORA, na temat wyzwań związanych z najbliższymi wyborami, nieczystych zagrań, których warto się spodziewać oraz trudności, z jakimi mogą zetknąć się młode partie.

– O ustawie o wyborach lokalnych dyskutowano na Ukrainie przez niemal rok. Miała ona być wyrazem rewolucyjnego podejścia do wyboru lokalnych deputowanych ludowych i merów, ale tak się nie stało. Co tak naprawdę uległo zmianie?

– Kardynalnych zmian, nowych zasad gry, których tak spodziewali się eksperci i których wymagało społeczeństwo, nie będzie. Najważniejszy jest fakt, że Rada Najwyższa nie odważyła się przeprowadzić wyborów według list otwartych. W rzeczywistości otrzymaliśmy różne systemy wyborcze dla miast, powiatów i obwodów oraz dla wsi/osiedli typu miejskiego. W przypadku tych ostatnich zachowany został system większościowy. Wybierać będziemy niekoniecznie przedstawicieli partii, a osoby znane i cieszące się autorytetem w społeczeństwie. Natomiast na najwyższych szczeblach otrzymaliśmy system proporcjonalny, który został jednak nieco skorygowany. Wyborcy będą widzieć nie tylko nazwę partii, ale również kandydatów, którzy znaleźli się na liście w każdym z okręgów. Nie są to całkowicie otwarte listy, ale to jest jakiś mechanizm oddziaływania na partie polityczne. Można powiedzieć, że jest to swego rodzaju sposób lustracji. Jeśli partia, z którą sympatyzuje wyborca, proponuje mu kandydata, którego ten uważa za niegodnego, może to stać się powodem, aby nie oddać głosu na tę właśnie partię. Zmniejsza to szansę, że do rady dostaną się „koty w worku”.

Niestety oczekiwania ekspertów oraz społeczeństwa w sprawie zakazu telewizyjnej reklamy politycznej nie zostały spełnione. Gdyby ta norma została uchwalona, przybliżylibyśmy się do standardów europejskich jeśli chodzi o prowadzenie kampanii wyborczej. Została ona jednak wpisana do jednego z alternatywnych projektów ustawy, który nie został przyjęty w wyniku interesów grup lobbingowych. Wielu czynnych przedstawicieli władzy oraz deputowani ludowi mają do swojej dyspozycji ogromne zasoby medialne, dzięki czemu mogą uzyskać z jednej strony istotną przewagę nad konkurentami, a z drugiej znaczące zyski w trakcie kampanii wyborczej. Eksperci oczekiwali, że to prawo nie zostanie przyjęte. Z kolei wśród polityków było to niepopularne, aby publicznie twierdzić, iż to zły zapis, więc później po prostu go nie przegłosowano.

Do pozytywnych stron nowej ustawy można zaliczyć to, że merów dużych miast (od 90 tysięcy mieszkańców) wybierać będziemy bezwzględną większością głosów. Oznacza to, że w wielu miastach odbędą się dwie tury wyborów. Kandydat musi zdobyć w pierwszej turze 50% + 1 głos by zwyciężyć, inaczej odbędzie się druga tura rywalizacji. Myślę, że to dobrze, bo zawsze istniał problem legitymizacji gospodarzy miast. W praktyce w większości przypadków gospodarz miasta miał poparcie nie więcej niż jednej trzeciej wyborców.

– Z jakimi problemami zetkniemy się podczas wyborów lokalnych?

– Pierwszy i chyba najważniejszy problem to brak przejrzystości w finansowaniu kampanii wyborczych. Mimo, że oficjalnie kampania rozpoczyna się 21 września, polityczne billboardy już dawno wiszą. Oczywiste, że pieniądze na nie wydane nie pochodzą z funduszy przedwyborczych, bo na razie żadnej kampanii jeszcze nie ma, oficjalnie zarejestrowanych kandydatów też nie ma, a więc nie ma i samych funduszy. Tego, co wisi, nie można nawet uznać za agitację. Nie znamy  pochodzenia środków, z których to sfinansowano. Można przypuścić, że taka sytuacja będzie miała miejsce w ciągu całej kampanii wyborczej. Oczywiście komitety wyborcze wykażą jakieś wydatki, ale w jakim stopniu będą one odpowiadać rzeczywistym wydatkom na kampanię – trudno powiedzieć. Nie warto szczególnie liczyć na pełną przejrzystość procesu.

Wysokość funduszy wyborczych dla kandydatów na stanowisko deputowanych ludowych oraz gospodarzy miast w stolicach obwodów będą się znacznie różnić. Dla przykładu, w zeszłorocznych wyborach na mera miasta Czerniowce oficjalne koszty głównych konkurentów nie przekroczyły 200 tysięcy hrywien. We Lwowie, gdzie wyborców jest trzykrotnie więcej, zadeklarowane wydatki kandydatów na stanowisko gospodarza miasta mogą sięgnąć nawet pół miliona hrywien. Nieoficjalne wydatki będą kilkukrotnie wyższe i mogą sięgnąć 2-3 milionów hrywien. Za kampanię reklamową w postaci billboardów i citylightów kandydaci we Lwowie już płacą około 100 tysięcy hrywien miesięcznie. Ukryta agitacja w środkach masowego przekazu kosztuje jeszcze drożej, a te wydatki nigdzie nie są deklarowane.

Drugi poważny problem to fakt, że wciąż mamy nieuregulowane kwestie agitacji wyborczej przez urzędników. Agitacja jest zabroniona w godzinach pracy. Ale jeśli urzędnik jest kandydatem, to bardzo trudno wyznaczyć granicę i stwierdzić dokładnie, czy zajmuje się on kampanią wyborczą czy też nie. Na przykład jeśli szef administracji obwodowej zdecyduje się zebrać wyborców w którejś z gmin obwodu w celu poinformowania ich o aktualnych osiągnięciach władzy w zakresie rozwiązywania problemów tejże gminy i nie będzie bezpośrednio nawoływał do głosowania „za lub przeciw”, wtedy będzie wykonywał tylko swoje obowiązki służbowe. Nie jest to wyraźnie określone w ustawie, tak jak i wcześniej nie było. Tak więc będziemy mieli najwyraźniej sytuację, w której urzędnicy będą prowadzać agitację, a przy tym nikt ich nie oskarży o naruszenie prawa.

Wyzwaniem związanym z nową ustawą jest stopień jej skomplikowania. Wielu polityków i osób publicznych nie do końca zrozumiało wszystkie jej mechanizmy. Większość z nich jest de facto ta sama, ale z pewnymi poprawkami. Dla wyborców szczególnych trudności nie powinna ona przynieść. Problemy mogą pojawić się na etapie liczenia głosów. Prawdopodobnie jeszcze wiele razy trzeba będzie tłumaczyć jak podliczać głosy w wielomandatowych okręgach, gdzie mamy pewne fragmenty list otwartych.

– Wiele osób twierdziło, że ustawa przybliży ukraińskie praktyki wyborcze do standardów europejskich. Czy udało się to osiągnąć?

– Nie sądzę, by w ustawie znalazło się to, co przybliżyłoby nas do europejskich standardów demokratycznych w zakresie organizacji wyborów. Mówiąc o podstawowych standardach – wolne, równe i konkurencyjne wybory – to one są rzecz jasna realizowane. Wszystko zostało odpowiednio skodyfikowane. W praktyce mamy jednak pewne problemy, na przykład w zakresie przejrzystości finansowania, dostępu do mediów itd. Nowa ustawa nie oddala nas od praktyk światowych. Przeciwnie, raczej jest próbą zakonserwowania sytuacji.

Wiele osób uważa, że nastąpiły zmiany jeśli chodzi o parytet płci, ową liczbę kobiet na listach wyborczych, która musi wynosić co najmniej 30%. Jednak w rzeczywistości, jeśli przeanalizujemy wyniki wyborów z 2010r. do rad wszystkich szczebli, od wsi po obwody, zobaczymy, że liczba kobiet, która uzyskała mandat, wynosiła 47%. Ciekawe statystyki znajdziemy również na poziomie obwodów. Najmniejszy odsetek kobiet zasiadł w radach obwodów zachodnich – Zakarpackim, Lwowskim, Tarnopolskim, Iwano-Frankowskim – około 35%. Natomiast w południowej i wschodniej Ukrainie odsetek ten wyniósł 55%. W ustawie wszystko poprawnie zapisano, ale w rzeczywistości nigdy nie mieliśmy z tym problemów.

– Po raz pierwszy ustawa przewiduje możliwość odwołania deputowanego ludowego. Czy może to stanowić realny mechanizm wpływu wyborców na kandydatów?

– Na temat mandatu imperatywnego, czyli możliwości odwołania deputowanych ludowych lub gospodarzy miast i wsi, mówiono wiele, aczkolwiek ten zapis nigdy nie został zaakceptowany. Eksperci nie nalegali na jego wprowadzenie, to były inicjatywy raczej partii politycznych. Właściwie jest to sowiecka praktyka, która co prawda istniała, ale nigdy nie funkcjonowała. W krajach demokratycznych jest nieco inaczej. Głosujący delegują swoje uprawnienia merowi lub deputowanemu ludowemu i to on wykonuje swoje obowiązki przez całą kadencję. Jego działalność poddają ocenie dopiero podczas kolejnych wyborów. Każdy polityk jest zainteresowany utrzymaniem się na więcej niż jedną kadencję, stale więc monitoruje jak oceniają jego pracę wyborcy. Na Zachodzie to działa. U nas jest nieco inaczej. Istnieje wielka nieufność do władzy. Naród jest zdania, że możliwość odwołania deputowanego poprawi jakość polityki. Sama procedura jest bardzo skomplikowana – trzeba zebrać więcej podpisów, niż uzbierał wybrany w wyborach kandydat. W radach niższego szczebla, wiejskich/osiedlach typu miejskiego, gdzie osoby samodzielnie wystartują w wyborach, procedura miałaby szanse działać. Ale jeśli chodzi o miasta, gminy czy obwody głosy wyborców miały być tylko rekomendacją dla partii i to ona podejmowałaby ostateczną decyzję. Jednocześnie ryzyko takich innowacji, moim zdaniem, jest znacznie większe. Jest to realna możliwość, aby ukarać deputowanego ludowego jeśli sprzeciwi się on partyjnej większości i będzie zbyt niezależny.

– W tym roku po raz pierwszy mamy tak wysoki próg wyborczy do rad lokalnych – 5%. Dotychczas obowiązywał on tylko w wyborach do Rady Najwyższej. Czy nie ogranicza on małych partii, z mniejszymi poparciem? Czy taki próg wyborczy nie ustaliły dla swoich celów siły parlamentarne, które są bardziej rozpoznawalne?

– Jest to kwestia dyskusyjna. Z jednej strony ten próg naprawdę dyskryminuje partie małe. Jeśli mówimy o wyborach w 2010r., które odbyły się częściowo według ordynacji proporcjonalnej, a częściowo według większościowej, do władzy na wszystkich szczeblach dostało się ponad 100 różnych partii politycznych. Teraz ta sytuacja już się nie powtórzy. Weźmy dla przykładu Lwów. Gdyby w 2010r. próg wyborczy wyniósł 5%, to do rady miejskiej dostałyby się tylko 3 partie – Swoboda, Front Zmian i Partia Regionów. W rzeczywistości tych partii było aż 12 (licząc również przynależność partyjną deputowanych z okręgów większościowych). Myślę, że w radach będziemy mieli 3-5 partii, nie więcej. Dla małych i nowych partii będzie to trudna sytuacja, ponieważ nie będą one w stanie konkurować z tymi ugrupowaniami, które już od dawna są na topie.

Z drugiej strony będzie to dla tych partii dobra motywacja, aby nie działać na zasadzie tymczasowości, ale rozwijać się i pracować w długiej perspektywie. Mogą wtedy zademonstrować naprawdę nową jakość polityczną.

Musimy rozumieć logikę tak wysokiego progu wyborczego. Po raz pierwszy został on wprowadzony w powojennych Niemczech jako zabezpieczenie przed partiami ekstremistycznymi i ich liderami. Należy wziąć pod uwagę fakt, że w kraju trwa wojna i rosyjskie służby bezpieczeństwa są zainteresowane destabilizacją sytuacji. Wybory to sprzyjająca okazja do prowokacji. Tak wysoki próg to szansa, aby nie dopuścić do przenikania do władzy ludzi, którzy mogą być zagrożeniem dla demokracji.

– Ustawa o wyborach została przyjęta dopiero w lipcu, a oprawki wnoszono jeszcze przed oczekiwaniem na podpis Prezydenta. Gracze dowiedzieli się więc o zasadach gry trzy miesiące przed wyborami. Jak miało to wpływ na kampanię wyborczą?

– Jest to zła praktyka, ale niestety typowa dla Ukrainy. Zawsze mieliśmy z tym problemy. Według rekomendacji Komisji Weneckiej ustawę wyborczą należy przyjąć nie później niż rok przed wyborami. Tylko, że tym razem istniały obiektywne przyczyny opóźnienia. Radę wybrano w październiku 2014r., a wybory miały odbyć się już rok później. Z pewnością nie udałoby się więc opracować ustawy wcześniej niż w terminie rok przed wyborami. Prognozowano, że zostanie ona przegłosowana w kwietniu, ale w rzeczywistości przyjęcie ustawy opóźniło się aż do lipca. Wywołało to pewne niejasności, znalazły się partie, które nie wiedziały jakie działania podjąć. W regionach już w czerwcu rozpoczęto realizację projektów z myślą o wyborach lokalnych. Ale kiedy stało się jasne, że próg wyborczy będzie wynosił 5% i nie będzie można zawiązywać bloków wyborczych, niektórzy zaprzestali prowadzenia kampanii. To znacznie ograniczyło pole manewru dla nowych liderów i partii politycznych. Dlatego też niektórzy zeszli ze świecznika, a jeszcze inni kontynuują kampanię na zasadzie inercji, czekając już na kolejne wybory.

– W wyborach parlamentarnych pojawiło się zapotrzebowanie na nowe partie polityczne. Na co obecnie liczy społeczeństwo? Czy powinniśmy oczekiwać wysokiej frekwencji?

– Ukraiński wyborca ​​nadal jest nastawiony sceptycznie. Zagłosuje na partię A, bo wszystkie pozostałe ugrupowania podobają mu się jeszcze mniej. W swojej wrogości do konkretnych partii wyborca jest zwykle spójny i aktywny, bardziej niż w swojej przychylności do którejś z nich. Mimo wszystko nie ma podstaw aby liczyć na wysoką aktywność elektoratu. Ukraińscy wyborcy głosują zdyscyplinowanie tylko wtedy, gdy wybory decydują o losie kraju. Formowanie organów samorządu terytorialnego, zdaniem wyborców, do takich przypadków niestety nie należy.

Po rewolucji godności dla społeczeństwa najważniejszą kwestią pozostaje zmiana systemowa oraz otwarta i uczciwa polityka, zarówno na szczeblu centralnym jak i lokalnym. Te partie i kandydaci, którzy potrafią sprostać tym oczekiwaniom, mogą liczyć na poparcie większości wyborców. Jednak naiwna wiara wyborców w natychmiastowe pozytywne zmiany na wszystkich szczeblach oraz w całkowitą lustrację wszystkich  skorumpowanych urzędników i polityków tworzy podatny grunt dla zwycięstwa populistów i demagogów.

– Ukraina stoi na progu decentralizacji. Już wkrótce lokalne władze będą cieszyć się znacznie większymi uprawnieniami. Czy to zaostrzy kampanię wyborczą?

Wydaje mi się, że na razie nie kandydaci nie postrzegają decentralizacji jako dodatkowej motywacji. Decentralizacja nie podnosi tak naprawdę stawki, bo reforma jeszcze nie została sfinalizowana i wszyscy rozumieją, że te wybory są w pewnym stopniu przejściowe. Były nadzieje, że reforma zostanie przeprowadzona jeszcze przed wyborami, ale obiektywnie rzecz biorąc było to bardzo trudne. Dlatego podjęto decyzję, że następne wybory będzie można przeprowadzić na przykład po 2 latach od jej wejścia w życie. Wszyscy gracze rozumieją, że teraz niczym szczególnie nie ryzykują. Ale kiedy zostanie przeprowadzona decentralizacja, stawka faktycznie wzrośnie.

– W zeszłym miesiącu odbyły się wybory deputowanego ludowego do Rady Najwyższej w Czernihowie. Nawet już po rewolucji, w czasie wojny i w warunkach zwiększonej odpowiedzialności za przekupywanie wyborców zobaczyliśmy stare metody: listy do wypłaty pieniędzy, rozdawanie kaszy gryczanej. Dlaczego system się nie zmienia?

– Zmieniło się to, że organy ścigania publicznie przyznają, iż takie zdarzenia miały miejsce. Już więcej nie udają, że nic się nie dzieje, i że nikt nic nie widzi. A jednak z jakiegoś powodu system nie działa. Wybory w Czernihowie były bardzo specyficzne. Być może gdyby w tym miejscu znaleźli się inni ludzie to system by działał. Dlaczego? Dla zespołu prezydenta Petra Poroszenki i Ministra Spraw Wewnętrznych Arsena Awakowa kary za rozdawanie kaszy gryczanej byłyby dość ryzykowne. A tym właśnie zajmował się oponent kandydata z obozu władzy, Giennadij Korban. Poza tym można było narazić się na zarzut wykorzystania zasobów administracyjnych. Myślę, że to dlatego służby ścigania nie odważyły się pociągnąć winnych do odpowiedzialności.

Jednocześnie problem polega na tym, że żadna z osób, które złapano na przekupstwie podczas ostatnich wyborów, nie poniosła kary. Otworzono dużo spraw kryminalnych, ale część z nich potem została umorzona, a jeszcze inna część zakończyła się tym, że nikogo nie ukarano. Dotyczy to nie tylko przekupstwa, ale również naruszeń proceduralnych podczas wyborów. Problem tkwi nie w tym, że brakuje bazy dowodowej, ale w tym, że nie ma powszechnego zrozumienia w społeczeństwie na ile ważne jest, aby doprowadzać takie sprawy do końca. Inaczej tworzy się poczucie bezkarności.

– Czy watro postrzegać Czernihów jako trening przed wyborami lokalnymi? Należy spodziewać się, że w październiku dojdzie do takich samych naruszeń?

– Myślę, że te wybory nie będą aż tak brudne jak to miało miejsce w 2010r. Wszystko będzie zależeć od konkretnych kandydatów. Naprawdę oczekujemy, że mogą wystąpić sytuacje z wykorzystaniem siły. Nie chodzi o bezpośrednie ataki na lokale wyborcze, a raczej o to, że kandydaci będą starać się zapewnić porządek przy pomocy swoich ludzi. Pewne partie mają bowiem za plecami własne ugrupowania zbrojne. Obserwowaliśmy to w Czernihowie, gdzie wysportowane osoby, należące do organizacji „Sicz”, zjawiały się w lokalu wyborczym z każdego powodu. Mamy nadzieję, że głównymi graczami będą partie parlamentarne, a ich koalicja w Radzie Najwyższej powstrzyma je od bezprawia na poziomie lokalnym. Jeśli chodzi o system większościowy na poziomie wsi i osiedli typu miejskiego to cena nie jest tak duża, aby prowokować chaos. Myślę, że nikt nie będzie stosować jawnych technologii fałszowania wyborów, zasobów administracyjnych lub otwartego przekupstwa wyborców. Mamy to już za sobą.

– Jak przeprowadzone zostaną wybory na terenach okupowanych?

– Rada Najwyższa powinna jasno określić, gdzie wybory zostaną przeprowadzone, a gdzie nie. Najprawdopodobniej wybory nie odbędą się na terenach, które nie są pod kontrolą Ukrainy. Można określić ich granice na podstawie porozumień z Mińska. Wyborów może też nie być na terytoriach przylegających do linii rozgraniczenia, które niby są kontrolowane przez Ukrainę, ale de facto nie są pod kontrolną oficjalnej władzy. Decyzja polityczna jest następująca: jeśli sytuacja się ustabilizuje, wybory przeprowadzone zostaną w 2017r. Prawdopodobnie na terenach frontu frekwencja będzie bardzo niska, jak miało to miejsce w poprzednich wyborach, aczkolwiek wyborcy dostaną jednak prawo wyboru władz lokalnych. Innej opcji nie ma. Trwa wojna i zagwarantowanie bezpieczeństwa nie wszędzie jest niemożliwe.

Pozostaje jeszcze pytanie o prawo do głosowania dla uchodźców. Na podstawie obowiązujących przepisów głosować będą mogli tylko ci, którzy są oficjalne zameldowani. A nie jest ich tak dużo. Dlatego ta sprawa wymaga podjęcia dodatkowych decyzji.

– Na ile  te wybory będą interesujące dla wspólnoty międzynarodowej? Ilu spodziewamy się zagranicznych obserwatorów?

– Wybory lokalne na Ukrainie, ale i nie tylko u nas, zwykle nie cieszą się dużym zainteresowaniem ze strony społeczności międzynarodowej. One będą miały dla Ukrainy konsekwencje tylko wewnątrzpolityczne, a wpływ ich rezultatów na politykę będzie minimalny. Wszyscy to rozumieją. Istnieją jednak obawy, że wybory mogą stać się kolejnym powodem dla rosyjskich grup terrorystycznych do eskalacji działań wojennych na wschodzie Ukrainy. Ponadto, wybory lokalne są potężnym czynnikiem niestabilności politycznej, co utrudnia ruch Ukrainy na drodze reform oraz konsekwentnej realizacji zobowiązań międzynarodowych. W tym kontekście kontrola wyborów na Ukrainie będzie bardzo szczegółowa. Tradycyjnie już kilkuset międzynarodowych obserwatorów (w 2010r. było ich około 500) będzie dokładnie monitorować przebieg wyborów, żeby ocenić stopnień progresu lub regresu w zakresie wdrożenia demokratycznych standardów wyborczych.

 

Rozmawiała: Myrosława Iwanyk

Tłumaczenie: Nataliia Sokolova

 

Share Button

Czytaj również

Fot. uk.wikipedia.org

Oksana Jurynets: rosyjska agresja nie zakończy się na Gruzji czy Ukrainie

Z Oksaną Jurynets, deputowaną do Rady Najwyższej Ukrainy VIII kadencji, członkiem ukraińskiej Delegacji Parlamentarnej przy …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.