sobota, 13 czerwiec, 2026
pluken
Home / polukr (page 321)

polukr

Ministerstwo Obrony: trwają rozmowy ws. wcielenia „Prawego Sektora” do Sił Zbrojnych

Share Button

mil.gov.uaKijów, 30 kwietnia, UNN. Według przedstawicieli resortu obrony Ukrainy aktualnie trwają rozmowy na temat włączenia jednostek „Prawego Sektora” w podporządkowanie Siłom Zbrojnym Ukrainy. Poinformował o tym minister obrony, Stepan Połtorak.

Według oceny wojskowych, dowództwo formacji wyraża zainteresowanie takiem rozwiązaniem. Trwają rozmowy, do jakiej konkretnie formacji mają trafić żołnierze „PS”. „Konflikt z przedstawicielami Prawego Sektora faktycznie został wymyślony, jest kwestia rozwiązania spraw organizacyjnych” – powiedział S. Połtorak.

Wcześniej 29 kwietnia część mediów podała informacje, jakoby obóz „Prawego Sektora” w obwodzie Dniepropietrowskim miał zostać otoczony przez oddziały Sił Zbrojnych.

Ministerstwo Obrony dąży do podporządkowania wszystkim formacji ochotniczych dowództwu własnego lub ewentualnie Gwardii Narodowej lub MSW. Proces ten zbliża się ku końcowi.

Na podstawie: unn.com.ua

http://www.unn.com.ua/uk/news/1461602-minoboroni-vedutsya-peregovori-schodo-vkhodzhennya-pravogo-sektoru-v-odin-iz-pidrozdiliv-zsu

Share Button

Warto pomagać Ukrainie

Share Button

IMG_5930Czy Zachód powinien udzielać wsparcia dyplomatycznego i ekonomicznego Ukrainie oraz czy zaangażowanie w sytuację na wschodzie leży w polskim interesie – na te i inne pytania odpowiadali prelegenci debaty „Czy warto pomagać Ukrainie?, która odbyła się dzisiaj w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.

Kwestia Ukrainy zniknęła już z czołówek europejskich mediów, ale zagrożenie ze strony Rosji istnieje nadal – mówił prof. Bohdan Hud, Dyrektor Instytutu Integracji Europejskiej Uniwersytetu Lwowskiego. Jego zdaniem Ukraina potrzebuje pomocy finansowej aby się reformować i jednocześnie walczyć z rosyjską agresją, jednak to od samych Ukraińców zależą zmiany w kraju. Społeczeństwo dojrzało do tych zmian, ale elity polityczne chyba jeszcze nie – przyznał.

Europa jako główne zagrożenie postrzega migracje z Afryki Północnej, ale jak pokazuje historia, prawdziwe zagrożenie dla Starego Kontynentu nadchodziło zawsze ze wschodu – stwierdził prof. Jan Pisuliński, historyk z Uniwersytetu Rzeszowskiego. Według niego wsparcie dla Ukrainy to nie tyle zwykła pomoc zagraniczna, co inwestycja w przyszłość Polski i Unii Europejskiej – dodał wskazując na przykład pomocy udzielanej Polsce przez Niemcy przed naszym przystąpieniem do NATO i UE.

Polska doskonale nadaje się do reformowania ukraińskiej armii – oznajmił z kolei gen. Tomasz Bąk, przytaczając współpracę polskich i ukraińskich wojskowych podczas szeregu misji zagranicznych. W jego opinii Ukraina nie potrzebuje dostaw broni, ale właśnie profesjonalnego szkolenia wojskowych. W Polsce jest dużo doświadczonych osób, które odeszły już z wojska, a mogłyby sprawować funkcje doradcze dla ukraińskiej armii – podkreślił.

Organizatorem debaty był Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej w Rzeszowie.

Share Button

Odessa: SBU zatrzymała 12 osób podejrzanych o udział w grupie terrorystycznej

Share Button

bronKijów, 29 kwietnia, UNN. W Odessie trwa operacja antyterrorystyczna, w ramach której do tej pory zatrzymano 12 osób – poinformowała sekretarz prasowy SBU, Olena Gitlanska.

12 zatrzymanych miało należeć do separatystycznej organizacji, działającej na rzecz destabilizacji sytuacji w mieście.

Zatrzymania mają najprawdopodobniej związek z przypadającą 2 maja rocznicą zamieszek w Odessie, w wyniku których rok temu zginęło ponad 50 osób. W związku z tym oczekiwane są prowokacje środowisk prorosyjskich.

Także w Charkowie, Zaporożu i Chmielnickim w ostatnich dniach prowadzono podobne działania, w wyniku których skonfiskowano broń i amunicję.

Na podstawie: unn.com.ua
Fot. https://twitter.com/forest_brother/status/593407602660245504/photo/1

http://www.unn.com.ua/uk/news/1461271-v-odesi-rozpochalasya-antiteroristichna-spetsoperatsiya-12-osib-zatrimano-sbu

Share Button

Pożary w okolicach Czarnobyla opanowane

Share Button

czarnobylKijów, 29 kwietnia, UNN. Według przedstawicieli ukraińskich władz większość pożarów, jakie wybuchły w okolicach nieczynnej elektrowni atomowej w Czarnobylu została już opanowana.

Według specjalistów, poziom promieniowania w rejonie elektrowni nie odbiega od normy.

Łącznie pożary objęły obszar ok. 400 ha. Kilkadziesiąt osób z miejscowości położonych wokół elektrowni zostało ewakuowanych.

Według ministra spraw wewnętrznych Arsena Awakowa istnieją podejrzenia, że pożar mógł zostać wywołany celowo. „To instrument wojny hybrydowej, jaką toczy z nami Rosja” – powiedział Awakow.

Na podstawie: unn.com.ua

Fot. https://twitter.com/tweetsNV/status/593327989561098240

http://www.unn.com.ua/uk/news/1461254-a-yatsenyuk-zayaviv-scho-pozhezha-bilya-chaes-lokalizovana-o-12-45-radiatsiyniy-fon-u-normi-dopovneno

Share Button

Snajperzy w batalionach ochotniczych

Share Button

snajperLos ukraińskich batalionów ochotniczych jest przesądzony – wszystkie wejdą w podporządkowanie Ministerstwu Obrony Ukrainy, Gwardii Narodowej lub MSW. Wśród wielu z tych, kto „nie wąchał prochu” panuje czasem przekonanie, że bataliony ochotnicze to swego rodzaju prywatne armie, coś na kształt armii Nestora Machna z lat 1918-1920. Byłego gubernatora obwodu dniepropietrowskiego, Ihora Kołomojskiego, uznaje się za jednego z głównych dysponentów takich właśnie organizacji. Właśnie on wniósł szczególnie duży wkład finansowych w wyposażenia batalionów ochotniczych wiosną zeszłego roku, gdy ukraińska armia nie była jeszcze gotowa do walki. Faktycznie wiele ochotniczych formacji, słabo uzbrojonych, ale głęboko nastawionych patriotycznie było w stanie zapobiec rozszerzeniu się separatyzmu na południu i wschodzie Ukrainy.

Warto zauważyć, że Ihor Kołomojski nie tylko wyposażył i finansował bataliony ochotnicze „Dnipro”, ale także stworzył efektywny system pracujący na rzecz zwolnienia jeńców i zabezpieczenia tyłowego. Batalion „Dnipro-1” na czele z Jurijem Bezerom już w drugim miesiącu swojego istnienia przeszedł pod komendę Ministerstwa Obrony Ukrainy. Obecnie ten proces przeszła większość z jednostek ochotniczych – pewne kontrowersje nadal dotyczą batalionów „Prawy Sektor”, „OUN” i „Sicz”.

Ochotnicy wykorzystują przede wszystkim własną broń, a także tą, jaką zdobyli na przeciwniku. Wiele zależy także od pomocy wolontariuszy. Brakuje nadal przede wszystkim karabinów maszynowych oraz sprzętu do obserwacji w nocy.

Obecnie, gdy ukraińska armia stała się zorganizowaną i silną, wiele jednostek ochotniczych zostało wycofanych z pierwszej linii i skierowanych do służby na tyłach. Trwają także szkolenia żołnierzy – ochotników, w tym zakresie taktyki snajperskiej. Prowadzą je ukraińscy instruktorzy, posiadający doświadczenia z wojny na Bałkanach i z Afganistanu. Wykorzystują oni głównie broń myśliwską kalibru 7,62×63 (.30-06). Sprzęt optyczny pozwala im na strzelania na dystansie 600-700 metrów.

W ciągu ostatniego roku wielu żołnierzy zyskało znaczne doświadczenie bojowe – wielu z nich walczyło o donieckie lotnisko przeciwko rosyjskiemu specnazowi i grupom separatystów. Niemal co drugi był co najmniej raz rannym. Mimo zawieszenia broni nadal ponoszą straty – tydzień temu zginął snajper batalionu „Karpacka Sicz”, ps. „Pionier” (na zdj.).

Marian Niszczuk

Share Button

Wolontariusze „Lwowskiego Rycerza”: Proponowano nam zakup silników czołgowych

Share Button

lvivskij licarGrupa wolonterska „Lwowski Rycerz” jest jedną z dziesiątków, jakie pracują na rzecz pomocy ukraińskiej armii. Od początku swojej pracy – od połowy lipca 2014 roku – działa w celu zabezpieczenia potrzeb wojskowych w zakresie termowizorów, noktowizorów, celowników i innego podobnego sprzętu. Dobra odzież jest potrzebna, jednak za jej pomocą nie uda się wygrać wojny. O tych i innych kwestiach rozmawiamy z dwoma koordynatorami grupy: Andrijem Saliukiem, który do Majdanu był bardziej znany z działalności na rzecz ochrony pamiątek architektury we Lwowie oraz Iwanem Radkowcem, wcześniej znawcy miasta i przewodnika.

Wolontariusz „Lwowskiego Rycerza” niedawno powrócili ze strefy ATO. Jak wygląda tam teraz sytuacja?

Andrij Saliuk: Można powiedzieć, że aktualnie ma miejsce pasywna faza działań bojowych. Cały czas działają snajperzy terrorystów. Nie ma masowych, a tylko pojedyncze ostrzały artyleryjskie. Ale nie znaczy to, że tam zapanował spokój. W ostatnim czasie zaktywizowały się grupy dywersyjne terrorystów. Z kolei strona ukraińska trzyma się ustaleń porozumienia z Mińska, jednocześnie starając się wzmocnić pozycje na wypadek ataku. Chcieliśmy się dowiedzieć, jak działa pomoc ze strony wolontariuszy. Z relacji naszych kolegów wynika, że jej stan jest nienajgorszy: wojskowi otrzymują na bieżąco żywność, odzież i podstawowe wyposażenie. Większość z tego dostarcza Ministerstwo Obrony Ukrainy, ale część to także „domowe” produkty – i to już zasługa wolontariuszy.

Iwan Radkowec:  Wolontariusze dostarczają także czasem dość dziwne – wydawać by się mogło na pierwszy rzut oka rzeczy – jak np. naczynia jednorazowego użytku. Może się to wydawać śmieszne, ale w warunkach polowych, gdy nieraz nie ma czasu, albo nawet wody do mycia, to dość ważna kwestia.

Andrij Saliuk: Inne kwestie jakimi zajmują się wolontariusze to odzież. I tutaj trudno nie widzieć rezultatów. W codziennej służbie ukraińscy wojskowi trochę przypominają partyzantów: każdy w innym mundurze, ktoś w niemieckim, ktoś we francuskim lub brytyjskim. Ale te mundury są bardzo dobre  jakościowo i lepsze, niż te, które dostają z magazynów ukraińskiej armii. Przydziałowych mundurów używa się zwykle do celów służbowych i na paradach. Inne rzeczy, jakie zapewniają wolontariusze to np. śpiwory. Są także przedmioty, które szybko się zużywają i trzeba je dostarczać na bieżąco.

Waszym zdaniem, jakie są najpoważniejsze problem i potrzeby ukraińskich wojskowych?

Iwan Radkowec: Jedna z kluczowych potrzeb – to technika inżynieryjna, jako że trzeba budować linie umocnień. Niestety, w Ukrainie praktycznie nie ma już jednostek, które są nazywane wojskami inżynieryjnymi. A cywilna i wojskowa technika różni się między sobą. I tu także potrzeba będzie pomoc wolontariuszy – aby zapewnić część sprzętu, przywrócić dawne nawyki i stworzyć nowe rozwiązania. To nie jest jednak tylko i wyłącznie sprawa wolontariuszy – tym powinno zajmować się państwo. Potrzebne jest także śledztwo w sprawie co stało się z częścią sprzętu, który być może uda się zwrócić.

Faktycznie więc budujemy nową granicę na linii frontu?

Andrij Saliuk: Nie. Budujemy umocnienia. To mają być pozycje, jakie pozwolą zatrzymać napaść i być może przejść do ofensywy. Nie może być takiej sytuacji, że umocnienia istnieją na mapie, ale realnie ich nie ma, czy są, ale niezbyt dobrej jakości. Od tego zależy bezpieczeństwo państwa. O budowaniu granicy będzie można mówić, gdy już wyrzucimy okupantów z obszarów, które zajęli. I to faktycznie powinna być nowa granica – nie drut kolczasty czy mur, ale zwykła granica, zgodnie z wszelkimi standardami światowymi.

Iwan Radkowec: W wojsku także powinny zajść zmiany jeśli idzie o korpus oficerski. Trzeba przestać ponownie wzywać do armii emerytowanych generałów, a zamiast tego awansować oficerów, którzy mają doświadczenie zdobyte na wojnie. Generałowie, którzy przez lata ZSRR i niezależności pełnili funkcje niewiele wiedzą. Ludzie, którzy walczyli na froncie mogą pracować skutecznie.

Grupa „Lwowski Rycerz” zaczęła działać w lipcu zeszłego roku. Dlaczego zajęliście się właśnie techniką wojskową? Czy macie takie doświadczenie, które wam to ułatwia?

Andrij Saliuk: Faktycznie działamy już ponad rok. Wszystko zaczęło się od Służby Granicznej. Do naszego biura, gdzie w czasie wojny był punkt zbierania pomocy dla Majdanu przyszli nieznajomi ludzie – jak się okazało ze Służby Granicznej i poprosili nas o pomoc. Wyjeżdżali właśnie na wschód, ale brakowało im wielu rzeczy: mundurów, śpiworów i innego wyposażenia. Myślę, że słyszeli o naszej działalności w trakcie Majdanu. Przekazaliśmy im wiele rzeczy: odzież, skarpetki, grzejniki i inny sprzęt. Ale wtedy właśnie zrozumieliśmy, że skarpetkami nie da się wygrać wojny, że potrzebne jest wojskowe wyposażenie. I od tego momentu zaczęliśmy kupować i przekazywać takie rzeczy.

Do Majdanu przez wiele zajmowaliśmy się ochroną dziedzictwa kulturalnego – dlatego byliśmy zaznajomieni z termowizorami, który wykorzystuje się do prac przy restauracji zabytków. Gdy zaproponowaliśmy pierwsze termowizory, żołnierze nie chcieli z początku ich zabierać, jako że nie wiedzieli jak je obsługiwać. Z chęcią przyjmowali za to sprzęt noktowizyjny, które były wcześniej na ich uzbrojeniu, przynajmniej formalnie – były one w złym stanie, bardzo słabej jakości, ale przynajmniej mniej więcej było wiadomo jak działają. Z czasem, nauczyliśmy ich także korzystać z termowizji.

Dlaczego technika? Nam z Iwanem te sprawy nie są obce. Jeszcze w czasach studenckich stałem na czele organizacji studenckiej na Politechnice Lwowskiej i z tego okresu mam wiele kontaktów z dobrymi fachowcami, którzy mogą pomóc. Ale główna przyczyna jest inna. Wtedy praktycznie nikt z wolontariuszy nie zajmował się tymi sprawami. Wszyscy pomagali dostarczając żywność, ekwipunek, odzież, bo to były najpotrzebniejsze potrzeby. Zaczęliśmy od termowizorów i noktowizorów, dalej były już celowniki, lornetki, samochody i karetki pogotowia.

Iwan Radkowec: Faktycznie my uzupełnialiśmy braki, jakie występowały w tamtym czasie. Nie  było sensu dublować pracy innych wolontariuszy i zaczynać się zajmować tym, co robi ktoś inny i na czym dobrze się zna. W ciągu wielu miesięcy pracy przekonaliśmy się, że jest sens rozwijać się w swoim kierunku – i stać się niemal fachowcem w tej dziedzinie. Podobnie ludzie, którzy zajmowali się odzieżą czy innym sprzętem – dobrze, jeśli robią to dalej i zdobywają doświadczenia. Gdy przychodzą do nas żołnierze, którzy proszą nas o mundury, kierujemy ich do innych grup wolonterskich, np. do „Dopomożi frontu”, bo oni znają się na tym lepiej niż my.

Andrij Saliuk: Można na przykładzie wyjaśnić, dlaczego specjalizacja jest tak ważna. Jeśli wolontariusze nie znają się na temacie, którym się zajmują, może im się wydawać, że im droższa dana rzecz, tym lepsza. Ale nie zawsze tak jest. Była sytuacja, kiedy wolontariusze z Kijowa zebrali 20 tysięcy dolarów na bardzo dobry dalmierz. Realnie jednak lepiej było kupić nie jeden taki, który faktycznie nie jest potrzebny nikomu w strefie ATO, ale za te same pieniądze – nawet 40 sztuk o słabszych parametrach, które można wysłać do strefy ATO i dzięki temu ratować życie żołnierzy.

Jakie z zdań w ciągu ostatniego roku było najtrudniejszym?

Andrij Saliuk: Były problemy z szynami montażowymi dla karabinów AK. Długo nie mogliśmy znaleźć tego, co było realnie potrzebne. Ale potem nasi wolontariusze dokładnie przestudiowali problem i stworzyli własny, analogiczny sprzęt. Teraz z dumą możemy powiedzieć, że oficerowie w strefie ATO twierdzą, że jest to jedna z najlepszych rzeczy jakie otrzymali.

Iwan Radkowec: Inny wypadek: o ile w wojsku na uzbrojeniu są bardzo stare celowniki, to część z nich potrzebuje do pracy w nocy elementów, które były produkowane 30 lat temu. Zrozumiałym jest, że teraz już takich się nie wyrabia. Przestudiowaliśmy wiele rozwiązań i zawsze udawało się nam znaleźć wyjście z sytuacji.

A czy były „dziwne” prośby?

Andrij Saliuk: Niedawno zwrócił się do nas człowiek, który chciał sprzedać dwa nowe silniki czołgowe. Ale to nie nasza działka – największe, czym się zajmujemy to samochody.

Wiadomo już, że wielu rzeczy brakuje ukraińskim wojskowym – jak na przykład termowizorów. Tak jest też z innym wyposażeniem – czy coś się zmieniło w ostatnim okresie czasu?

Iwan Radkowec: Wszystkie akty prawne dotyczące armii zostały napisane w czasach pokoju i zatwierdzone wiele lat temu. Dlatego nikt nie przewidywał, że wojskowi powinni mieć po kilka kompletów wyposażenia.

Andrij Saliuk: Nie chodzi o to, aby spisanie ze stanu mundurów czy wyposażenia w czasie wojny było czymś innym niż w czasie pokoju. Nie może dochodzić do takiej sytuacji, że demobilizowanemu żołnierzowi każą płacić za sprzęt utracony w czasie walk. Co więcej – braki w wyposażeniu są nadal faktem – na przykład nadal lornetki są przewidziane jedynie dla oficerów, a snajperom nadal wydaje się celowniki optyczne z lat 60. XX wieku. Kiedy pokazaliśmy je kolegom zza granicy, oni byli nimi zainteresowani jako przedmiotami do wojskowego antykwariatu.

Ilu jednostkom pomaga aktualnie „Lwowski Rycerz” i jak wybieracie komu pomagać?

Andrij Saliuk: Pracowaliśmy z wieloma jednostkami: Służby Granicznej, Armii, a także oddziałami ochotniczymi. Komu dokładnie – można zobaczyć na fladze, jaka wisi w naszym biurze – są tam naszywki części z tych oddziałów, jakim przekazaliśmy pomoc. Od pewnego czasu prosimy o naszywki i przyczepiamy je tutaj. Faktycznie z każdym, komu pomagamy długo rozmawiamy i dokładnie dowiadujemy się co jest mu potrzebne. Techniki teraz wykorzystuje się dużo, a ludzie, którzy wcześniej nie mieli z nią styczności nie zawsze wiedzą, co jest dla nich najpotrzebniejsze. To paradoks, ale czasami wolontariusze wiedzą to lepiej, niż sami wojskowi.

Iwan Radkowec: Nie my szukamy komu pomóc, ale to ludzie nas znajdują. Na przykład, nasz kolega z grupy wolonterskiej „Park, Saszko Mołodyj, który często jeździ na wschód. Po którejś kolejnej podróży przyszedł do nas z informacją, że jednemu z oddziałów potrzebne są lornetki. Następnego razu za jego pośrednictwem przekazaliśmy co trzeba. Chłopcy wzięli od niego kontakt do nas. I potem skontaktowali się już bezpośrednio z nami, pytając o inne rzeczy. W ten sam sposób współdziałamy z inicjatywą „Dopomożi frontu”: oni wysyłają do nas ludzi zainteresowanych techniką, a my do nich tych, którzy poszukują odzieży i tym podobnych rzeczy.

Przez większość czasu zajmujecie się wyposażeniem. Ale w zeszłym miesiącu wydaliście także „Śpiewnik Lwowskiego Rycerza”. Co Was do tego skłoniło?

Andrij Saliuk: Takie działania są potrzebne, aby podtrzymać na duchu naszych żołnierzy – w dobrej kondycji duchowej i fizycznej, podnieść ich ducha bojowego.

Wspominaliście także, że samodzielnie stworzyliście zamiennik szyny montażowej. Czy także inne rzeczy wolontariusze wyrabiają samodzielnie?

Andrij Saliuk: Jest taka anegdota: wiecie dlaczego na Ukrainie nie ma jeszcze bomby atomowej? Bo jeszcze nie zamawiano u wolontariuszy. O ile wiemy, wolontariusze jeszcze nie budują czołgów, ale pojazdy opancerzone i samoloty bezzałogowe – tak. Nie są w stanie produkować własnej optyki, ale składać własną z dostępnych części. Mundury szyją samodzielnie od pierwszych miesięcy wojny. Jest wiele innych przykładów, części z nich opatentowano. Takich ośrodków, gdzie ludzie tworzą własne projekty na Ukrainie jest tysiące.

Czy władze państwowe pomagają wolontariuszom?

Andrij Saliuk: Możliwe, że komuś pomagają. Wiemy, że w niektórzy miastach jest pomoc ze strony władz lokalnych. Na przykład w Odessie organizacje wolonterskiej nie muszą płacić za wynajem pomieszczeń i mają zapewnioną ochronę ze strony władz miasta. Ale państwo raczej stwarza problemy. Największym jest obecnie ustawa ws. opodatkowania pomocy. Teoretycznie można go legalnie ominąć, ale jak na razie nikt nie wie jak to zrobić.

Ile według waszej oceny może potrwać wojna?

Trudno powiedzieć. Wszystko zależy i od generałów i od polityków, którzy niewiele się zmienili. Mamy informacje, że po stronie wroga przygotowaniami zajmują się instruktorzy z Rosji i Bliskiego Wschodu. Konflikt może trwać bardzo długo. Ale warto pamiętać: wojna dotyczy każdego, a zwycięstwo również zależy od każdego.

Rozmawiała Mirosława Iwanik.

 

W lecie 2014 roku do Lwowa powrócił Lwowski Rycerz. Jego historia to ponad 100 lat. W 1916 roku Lwów stał przed niebezpieczeństwem rosyjskiej agresji i wtedy, dla celów zbiórki pomocy na potrzeby wojska we Lwowie ustawiono drewnianą figurę Lwowskiego Rycerza. Każdy, kto przekazywał coś dla wzmocnienia obrony miasta, miał prawo przybić do tarczy rycerza metalową płytkę, aby wzmocnić drewnianego rycerza metalową zbroją.

Obecnie postać rycerza to postać Św. Jurija. Każdy, kto przekazuje na rzecz wojska nie mniej niż 100 hrywien ma prawo wzmocnić tarczę symboliczną metalową tarczą z wygrawerowanym symbolem Ukrainy – trójzębem. Drugą taką samą płytkę otrzymuje jako podarunek na pamiątkę.

Biuro „Lwowskiego Rycerza” znajduje się na ulicy Kopernika 40a we Lwowie.

Share Button

Mykoła Sungurowski: Zaostrzenie sytuacji w Donbasie będzie, pytanie jedynie kiedy

Share Button

centrumrazunkowaEskalacja konfliktu w Donbasie tradycyjnie ma miejsce w okolicach pewnych dat: w czasie Dnia Jedności lub Dnia Niezależności Ukrainy. Nic dziwnego, że kluczowym dla dalszych losów zawieszenia broni jest data 9 maja – dzień zakończenia II wojny światowej. Wokół tego dnia, zdaniem wielu analityków, należy oczekiwać zaostrzenia sytuacji lub nawet kolejnego natarcia separatystów. Jednak prognozowanie sytuacji na wschodzie Ukrainy to nadal wróżenie z fusów – nikt do końca nie wie, jakie plany ma Władimir Putin i jakimi kryteriami będzie się kierował oraz jakie podejmie decyzje.

O sytuacji na wschodzie i możliwych wariantach rozwoju sytuacji mówi dyrektor programów wojskowych Centrum Razumkowa, Mykoła Sungurowski.

Istnieją obawy, że w okolicach 8-9 maja dojdzie do kolejnej eskalacji walk w Donbasie. Na ile te obawy są uzasadnione?

Trudno powiedzieć. Może stać się to zarówno przed majowymi świętami jak i po nich. Wszystko zależy od tego, czy Władimir Putin będzie chciał jeszcze bardziej popsuć stosunki z tymi krajami, których przywódcy zapowiedzieli swój przyjazd na obchody 9 maja. Nie ma wątpliwości, że będą miały miejsce akcje dywersyjne, które zresztą trwają już od dłuższego czasu. Należy prognozować wszelkie scenariusze i na nie się przygotowywać. Jedno jest pewne: jeśli nie dojdzie do eskalacji przed świętami, będzie to wkrótce po nich. Ugrupowania terrorystyczne gromadzą broń i inny sprzęt, a tego nie robi się tak po prostu, bez powodu.

Jak można ocenić to, co dzieje się teraz w Donbasie?

Teraz cały czas trwają ostrzały i działają grupy dywersyjne. Ma to na celu rozpoznanie naszej obrony, odbywa się poszukiwanie słabych punktów. To także potwierdza, że uderzenie jest niemal pewne – i będzie ono miało miejsce na kilku kierunkach na raz, aby rozbić nasze siły.

O jakich kierunkach mowa?

Trudno ocenić, który z nich będzie głównym. Moim zdaniem, najbardziej prawdopodobnym jest atak pod Ługańskiem oraz spod Doniecka, a także spod Mariupola – aby stworzyć jeden duży kocioł.

Były już informacje, że sytuacja w Ługańsku i wokół niego zaostrza się…

Takie wiadomości o niczym nie mówią. Może to być manewr odwracający uwagę od sytuacji na innych kierunkach, gdzie ma nastąpić uderzenie. Gdzie dokładnie to będzie – to pytanie do wojskowego wywiadu, ale nie sądzę, by dziś ktoś mógł na takie pytanie odpowiedzieć.

Były także doniesienia mówiące, że front może powstać na całej linii granicy rosyjsko-ukraińskiej.

Nie jest to wykluczone. Jeżeli istotnie zacznie się natarcie, będzie chodziło o stworzenie jak najszerszej możliwości wtargnięcia na terytorium Ukrainy, aby znów posadzić naszych liderów politycznych za stół rozmów i wymusić jeszcze większe ustępstwa. Jednoznacznie można stwierdzić, że chodzi o rozszerzenie terenów podległych DNR i ŁNR oraz stworzenie korytarza lądowego na Krym.

Czego tak naprawdę chce Putin na Donbasie? Jaki jest jego cel?

Putin chce legalizacji obu republik, ale – co ważne – w składzie Ukrainy. Włączenie tych obwodów do składu Rosji nie jest mu do niczego potrzebne. Chodzi, aby pozostały one w składzie Ukrainy, ale przy takim statusie, aby mogły zawetować eurointegracyjny kurs całej Ukrainy. Cel Putina jest jasny – nie pozwolić na oderwanie Ukrainy od Rosji i pozostawić ją w swojej strefie wpływu. Jeśli mowa o celach regionalnych, to chodzi też o wpływanie na politykę UE w regionie i uzyskanie pewnych ustępstw, w tym także włączenie Rosji jako czynnika w rozwiązywaniu tego konfliktu. Globalnie Rosja chce zwiększyć swoje znaczenie w sektorze międzynarodowego bezpieczeństwa i zyskać prawo do takich działań, jakie już realizuje. Jak na razie efekty są wręcz odwrotne, ale wydaje się, że nie wszystko stracone. Trwa praca na poszczególnymi krajami czy politykami, sojusznikami takimi jak kraje BRICS czy krajami, które tradycyjnie wspierają Rosję. Dlatego ta polityka będzie trwać.

Jakie są szanse na osiągnięcie tych celów?

Jeżeli już teraz z nich zrezygnuje, będzie to oznaczało kapitulację. Ale do tego nie dojdzie. Bo inaczej straciłby swoje oblicze, przede wszystkim w samej Rosji.

Ale jeśli będzie kontynuować nacisk na Ukrainę, efekt będzie ten sam…

To może być chyba bardziej pytanie do lekarzy, niż do analityków – co kieruje przywódcą Rosji.

Czy te instrumenty, jakie stosuje Ukraina i świat cywilizowany mogą zmusić Putina do odstąpienia z Donbasu?

Ogólnie rzecz biorąc, tak. Teraz mamy do czynienia z próbą odpowiedni hybrydowej na wojnę hybrydową. Dlatego trzeba wykorzystywać tutaj metody polityczne, wojskowe, ekonomiczne, antypropagandę – i to wszystko razem. To, że rozważana jest sprawa przekazania Ukrainie tzw. broni śmiercionośnej – może przedłużyć czas zawieszenia broni, a także sprzyjać rozwiązaniu konfliktu metodami politycznymi. Putinowi nie jest potrzebna po prostu ofensywa – jemu potrzeba sukcesu. A to może osiągnąć wtedy, gdy będzie miał zdecydowaną przewagę w sile żywej i technice. Przewagę w liczbie żołnierzy możemy częściowo niwelować – poprzez mobilizację i rotacje żołnierzy, co zresztą odbywa się przez cały czas. Ale kwestie dotyczące sprzętu są trudniejsze – mało prawdopodobne, abyśmy byli w stanie tylko własnymi siłami zniwelować przewagę Rosji. Gdybyśmy otrzymali pomoc wojskową ze strony Zachody, sprzyjałoby to trwałości porozumienia pokojowego, jako że Putin byłby zmuszony zebrać więcej sił – a jego środki są ograniczone, choć rzecz jasna stara się stworzyć inne wrażenie.

Jak na razie jednak nie ma mowy o przekazaniu broni śmiercionośnej Ukrainie.

Jak na razie tak. Celem polityki Putina przed początkiem konfliktu w Donbasie było przekonać wszystkich, że Rosja ma nieograniczone środki dla rozwiązania tego konfliktu drogą zbrojną. Wielu w to uwierzyło. Dlatego jednym z argumentów przeciwko przekazaniu broni Ukrainie jest ten, który mówi, że zwiększy to liczbę ofiar. Faktycznie jednak jest na odwrót – bo nowoczesna broń pomoże zmniejszyć liczbę zabitych po naszej stronie.

Rosja ma jeszcze jeden argument: broń jądrową.

To tylko szantaż. Nie wierzę, że Moskwa byłaby do tego zdolna. Chociaż, jak już mówiłem, być może to pytanie do lekarzy.

 

Rozmawiała: Iryna Hamryszczak

 

 

 

Share Button

Alim Alijew: Ukrainie potrzebna jest strategia wobec Krymu

Share Button

Rok temu Lwów stał się jednym z pierwszych ukraińskich miast, które stały się domem dla krymskich Tatarów, którzy uciekali od „zielonych ludzików” i nowej okupacyjnej władzy na Krymie. Właśnie oni byli w marcu 2014 roku pierwszymi w nowoczesnej historii Ukrainy wymuszonymi przesiedleńcami. Dokładną liczbę, tych, którzy zostali zmuszeni opuścić rodzinny Krym trudno określić, ale Medżlis narodu krymskotatarskiego mówi o ok. 10 tysiącach osób.

Rozmowa z działaczem społecznym, współzałożycielem inicjatywy Krym SOS Alim Alijewem o tym, jakim był ten rok i o aktualnych problemach uchodźców, a także braku ukraińskiej strategii wobec Krymu.

Minął rok od agresji na Krym. Jakim był ten rok dla was?

To był chyba najtrudniejszy rok dla krymskich Tatarów od czasu deportacji (18-20 maja 1944 roku – red.). Po aneksji Półwyspu władza rozpoczęła naciski na proukraińskich aktywistów i potem wzięła się za największą grupę etniczną, jaka jest dość monolityczną – czyli właśnie Tatarów. Wówczas rozpoczęły się represje, które trwają do dzisiaj. Według naszych szacunków zmusiły one do wyjazdu ok. 10 tysięcy ludzi, ale blisko 300 tysięcy pozostało na miejscu i żyją w warunkach okupacji. W podobnych warunkach żyje także duża grupa zamieszkujących tam Ukraińców, a nawet etnicznych Rosjan – pozostali na Krymie, ale nie uznają nowej władzy. Dla tych Tatarów, którzy pozostali na Półwyspie, poza trudnymi warunkami politycznymi problemem  jest także sytuacja ekonomiczna. Mały i średni biznes turystyczny, który był dla wielu podstawą życia, obecnie jest faktycznie zniszczony. Problemy mają także intelektualiści – nauczyciele czy lekarze, którym na początku podniesiono pensje, obecnie zarabiają mniej. Są problemy z dostawami żywności czy w ogóle z pieniędzmi – takie są realia dzisiejszego Krymu.

Kiedy wyjechało najwięcej ludzi i czy ten proces trwa nadal?

Pierwsza fala wyjazdów miała miejsce na wiosnę i była największą. Ludzie zaczęli wyjeżdżać jeszcze przed pseudoreferendum i proces ten trwał do końca maja. Głównie kierunki tych wyjazdów to Kijów, Lwów i Chersoń. Kolejna wielka fala migracji i wyjazdów to wrzesień. Tu można mówić już o bezpośrednim związku pomiędzy represjami a wyjazdami. W domach Tatarów, którzy praktykują islam rozpoczęły się przeszukania i rewizje, co wyjaśniano działaniami antyterrorystycznymi. Ludzi zatrzymywano na ulicach. Obecnie ten proces wyjazdów nieco przyhamował – zresztą sami jesteśmy przeciwko takim masowym wyjazdom: Krym to nasz dom i bardzo ważne, aby Tatarzy nadal tam zamieszkiwali, są jednak ludzie, którzy zostali zmuszeni do wyjazdu: głównie działacze polityczni, społeczni, dla których pozostawanie na miejscu jest niebezpieczne. Dotyczy to także studentów, którzy powinni mieć możliwość edukacji w ukraińskich i europejskich uczelniach, aby mogli powrócić na Krym jako nowa elita i móc działać na rzecz zmian.

Jeśli mowa jest o marcu zeszłego roku, to przede wszystkim wyjeżdżały kobiety i dzieci. Mężczyźni zwykle zostawali i obserwowali sytuację. Ale kiedy stało się jasne, że to potrwa dłużej także oni dołączali do rodzin. Obecnie najwięcej przesiedlonych Tatarów zamieszkuje w Kijowie – jakieś 5-6 tysięcy, we Lwowie – blisko 2 tysiące i w Chersoniu ok. 1,5 tysiąca. Najwięcej uchodźców pozostało w stolicy, gdzie najłatwiej jest o mieszkanie i pracę. Co do Lwowa – to bardzo komfortowe środowisko dla działania i zaraz na początku okupacji Lwów zaprosił Tatarów do siebie, a Lwowianie zapewnili tymczasowe warunki do zamieszkania. Chersoń z kolei jest najbliżej do Półwyspu.

Wiemy również, że część osób wyjechała do innych krajów, ale brak jest dokładnych statystyk. Możemy mówić o kilkudziesięciu osobach jakie wyjechały do Polski, Niemiec, Belgii. Niektórzy próbowali do Turcji, ale tam są trudne do przejścia procedury imigracyjne.

Jakie są główne problemy uchodźców?

Aktualnie to te same problemy jak i rok temu – mieszkanie i praca. Niestety, wielu ludziom nie udaje się znaleźć pracy, tym  bardziej zgodnej z ich zawodem. Ciekawe, że przyczyną tych problemów często jest nastawienie miejscowych mieszkańców, którzy niekoniecznie chcą przyjmować uchodźców do pracy czy wynajmować im mieszkania. Problem ten wiąże się także z falą uchodźstwa ze wschodniej Ukrainy, która rozpoczęła się w czasie nasilenia ATO, kiedy do Lwowa niemal co dzień przywożono ciała poległych. W mediach pojawiały się wówczas informacje o zagrożeniach ze strony uchodźców ze wschodu, którzy mieli zachowywać się niczym barbarzyńcy, nie rozumiejący języka, itp. Kiedy zaczęto sprawdzać te informacje okazało się, że poza kilkoma wypadkami nic nie potwierdza, a jak się okazało – część z nich była rozpowszechniana z niedawno zarejestrowanych kont internetowych – co pozwala podejrzewać, że stały za tym rosyjskie trolle.

Zrozumieliśmy przez te miesiące, że najlepszym sposobem walki informacyjnej ze stereotypami jest osobisty kontakt. Kiedy Lwowianie i przesiedleńcy z Krymu wspólnie organizują jakieś wydarzenia lub spotykają się na nich i poznają się – to bardzo pomaga zmieniać postawy. Dlatego zaczęliśmy organizować takie wydarzenia – spotkania i wykłady poświęcone historii i kulturze narodu krymskotatarskiego. Teraz możemy mówić o tym, że udało nam się częściowo zmienić nastawienie.

Dla krymskich Tatarów ważne jest także coś jeszcze – zachowanie naszej mentalności. Chodzi o język, religię i kulturę, problemy, z jakimi niekoniecznie borykają się inni uchodźcy. Dlatego właśnie prowadzimy kursy języka krymskotatarskiego, chcemy także stworzyć we Lwowie centrum kulturalne, a także miejsce dla modlitwy i potrzeb religijnych.

Czy wielu uchodźcom udało się znaleźć pracę w swoim zawodzie i jaki jest poziom bezrobocia wśród przesiedlonych?

Trudno mówić o dokładnych statystykach, bo nikt ich nie prowadzi. Ale wiadomo, że nie każdemu to się udało. Na przykład jest wśród uchodźców nauczyciel języka francuskiego, który obecnie pracuje jako kucharz w jednej z restauracji we Lwowie.

Czy Tatarzy odczuwają wsparcie ze strony państwa ukraińskiego?

Problem w tym, że Ukraina nie ma strategii, a jedynie doraźne rozwiązywania problemów uchodźców. Nie mówi się dziś w ogóle co będzie z tymi ludźmi za 3-5 lat. Ważne, aby zrozumieć, że potrzebna jest zarówno strategia wobec uchodźców a także wobec Krymu jako takiego – obie te kwestie są blisko ze sobą związane. Kwestia tego, co stanie się z Krymem jest bezpośrednio związana z losem uchodźców – na przykład w kwestii czy jest potrzeba stworzenia dla nich stałych miejsc zamieszkania czy tylko doraźnego wsparcia. Główne pytanie brzmi: co zrobić, aby Krym wrócił do Ukrainy?

W ostatnim czasie w ukraińskich mediach mówi się, że za kilka lat Krym sam powróci do Ukrainy i nie trzeba nic szczególnego robić. Czy faktycznie tak jest?

Problem w tym, że dyskurs Rosji wobec Krymu jako jej części staje się normalnym nawet wśród tych ludzi, jacy zamieszkują Półwysep. Wiele zależy też od politycznej i ekonomicznej sytuacji Ukrainy – na ile będzie mogła ona poradzić sobie z aktualnymi wyzwaniami. No i co oczywiste, wiele zależy też od samej Rosji.

Czy realnie Ukraina robi coś dla powrotu Krymu?

Obecnie mówi się o kampaniach informacyjnych na ten temat. Mają powstać kanały informacyjne pozwalające nadawać programy dla Półwyspu. Chodzi o to, aby były one konkurencyjne dla stacji rosyjskich.

Czy odczuwacie zainteresowanie i pomoc wspólnoty międzynarodowej?

Dla nas bardzo ważne jest wsparcie dla naszej sprawy na forum międzynarodowym. Kwestiami tymi zajmuje się na bieżąco Mustafa Dżemilew. Ukraina powinna jednak robić więcej, by przekazywać światu informacje o aktualnej sytuacji. Rosja zajmuje się tym bardzo aktywnie i cały czas przedstawia i udowadnia swoje racje różnymi sposobami. Na przykład niedawno odbyła się w Berlinie konferencja pt. „Ukraina-Rosja-UE. Rok po okupacji Krymu”. Podczas jej trwania pod budynkiem ambasady Ukrainy zebrała się grupa osób – rzekomych krewnych ofiar „ukraińskich oprawców”. Rosja często posługuje się takimi metodami.

Uchodźcami interesują się organizacje międzynarodowe – jest zrozumienie, że sytuacja na Krymie to nie tylko problem Ukrainy ale i całego regionu. Międzynarodowe fundacje wspierają uchodźców środkami finansowymi na prowadzenie biznesu. Inicjatywa Krym SOS współpracuje m.in. z ONZ. Szczerze mówiąc, jestem przeciwny stałej pomocy finansowej – lepiej dać przesiedlonym przysłowiową „wędkę a nie rybę” i nauczyć ich radzić sobie samemu. Aktualnie jednak pomoc jest potrzebna, w tym długoterminowe projekty, np. zakładające stworzenie ośrodka dla przekwalifikowania zawodowego – aby przesiedleńcy byli konkurencyjnymi pracownikami na lokalnych rynkach pracy. Nie chodzi o to, aby dawać im jakieś preferencje, ale pomóc dostosować się do nowej sytuacji.

W jakich warunkach Tatarzy są gotowi powrócić na Krym?

Niedawno przeprowadziliśmy sondaż i znaleźliśmy ciekawą prawidłowość. Mieszkańcy Krymu innych narodowości kierują się logiką, chociaż stracili swoją małą ojczyznę chcą się przystosować do nowej sytuacji. Tatarzy są gotowi choćby jutro powrócić na Krym, jeśli tylko znów będzie on ukraińskim.

Rozmawiała: Mirosława Iwanik

 

Share Button

Poroszenko: wojna może wybuchnąć w każdej chwili

Share Button

poroszenko_minskKijów, 28 kwietnia, UNN. Prezydent Ukrainy Petro Poroszenko podczas wystąpienia na odbywającej się w Kijowie konferencji poświęconej wsparciu finansowemu dla Ukrainy powiedział, że walki mogą wybuchnąć w dowolnym momencie.

Prezydent dodał, że Ukraina jest zdecydowana kontynuować kurs na integrację z Europą mimo cały czas obecnej groźby eskalacji konfliktu w Donbasie. Ponadto, Kijów nadal zamierza działań na rzecz realizacji postanowień porozumienia z Mińska.

Na podstawie: unn.com.ua

http://www.unn.com.ua/uk/news/1460769-p-poroshenko-viyna-mozhe-pochatisya-u-bud-yaku-mit

Share Button

Natalia Jaresko: Ukraina potrzebuje 40 mld $ pomocy do 2018 roku

Share Button

budzet2Kijów, 28 kwietnia, UNN. Według minister finansów Ukrainy Natalii Jaresko, do 2018 roku ukraińska gospodarka powinna otrzymać do 40 mld dolarów pomocy. Dziś w Kijowie odbywa się konferencja poświęcona pomocy finansowej dla Ukrainy, w której biorą udział przedstawiciele 56 państw.

Ta suma, przytoczona przez Jaresko zawiera już kwotę 17,5 mld dolarów, jakie Ukraina otrzymać ma ze środków Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Gwarancje finansowe dla Ukrainy w wysokości 2 mld dolarów zapowiedział również wiceprezydent USA Joe Bide. Jeszcze w tym roku pomoc finansowa ma napłynąć m.in. z Niemiec, Kanady i Unii Europejskiej.

Jaresko przewiduje również, że spadek PKB w 2015 roku wyniesie ok. 5,5%. To dane nieco bardziej optymistyczne niż zakładane wcześniej 7% PKB.

Na podstawie: unn.com.ua

http://www.unn.com.ua/uk/news/1460972-ukrayina-potrebuye-40-mlrd-dol-dopomogi-do-2018-roku-n-yaresko

Share Button