Z Tarasem Czmutem, ekspertem ds. wojskowości i redaktorem portalu internetowego mil.in.ua rozmawia Dariusz Materniak
Jak w Pana ocenie kształtuje się obecnie sytuacja polityczna i wojskowa Ukrainy w związku z kryzysem na Krymie?
Sytuacja jest faktycznie dość napięta. Wkrótce powinno mieć miejsce wycofywanie ukraińskich jednostek wojskowych z terytorium Krymu. Nie wiadomo jak na razie czy oddziały te będą wychodzić z bronią czy też bez. Rano w czwartek pojawiła się informacja, że na trzech okrętach ukraińskiej Marynarki Wojennej podniesiono rosyjską banderę. To nie jest dobry znak, ale rozumiemy, że nie wszyscy wojskowi będą chcieli opuścić Krym i udać się na Ukrainę, aby służyć dalej w Odessie, Oczakowie czy innych miejscach. Różne są motywy takich decyzji, w tym także dotyczące rodzin i trzeba do tego podejść ze zrozumieniem. Dlatego w jednostkach będą przeprowadzone rozmowy – kto zostaje, a kto ma zamiar wyjechać. Napięcie jest spowodowane także tym, że podczas wycofania może dojść do prowokacji, użycia broni i to może stać się początkiem konfliktu. Dla nas jednak najważniejsze to uratować ludzi i ich rodziny. Wiadomo, że na pewien czas utracimy kontrolę nad Krymem, ale to ukraińskie terytorium i tak powinno pozostać.
Faktycznie na chwilę obecną nie ma możliwości, aby pozostały na Krymie jakiekolwiek ukraińskie oddziały, choćby na mocy umowy czy porozumienia z Rosją?
Myślę, że Rosja nie bierze pod uwagę takiej możliwości w ogóle z prostego powodu – przebywanie na Krymie 10 czy 15 tysięcy Ukraińców z bronią, co w połączeniu z 200 tysiącami Tatarów Krymskich i Ukraińcami oraz Rosjanami jacy są po stronie Ukrainy, to faktycznie wielki oddział partyzancki na tyłach armii rosyjskiej. Jedną ważną przyczyną dla której nasze oddziały pozostały tak długo na Krymie jest właśnie fakt, że Rosjanie nie mogliby zaatakować wschodniej Ukrainy mając nierozwiązaną sytuację na Krymie – teraz już ryzyko takiej napaści jest mniejsze. Dzięki temu zyskaliśmy na czasie i byliśmy w stanie zabezpieczyć wszystkie główne kierunki potencjalnego rosyjskiego natarcia na wschodzie kraju: teraz nasze oddziały są ukompletowane, przerzucone na pozycje, i oczekują dalszego rozwoju sytuacji: na odcinkach w rejonach Czernihowa i Kijowa, Charkowa, Ługańska i Doniecka oraz Krymu. Teraz jesteśmy przygotowani o wiele lepiej i nasze szanse na skuteczną obronę są wyższe niż 2 czy 3 tygodnie temu. Dzięki temu możemy wyprowadzić teraz wojska z Krymu i rozpocząć na nowo formowanie sił morskich, przede wszystkim w Odessie. Byłoby rzecz jasna dobrze, gdyby udało się nam uratować choćby część okrętów, bo z floty pozostał tak naprawdę okręt flagowy „Hetman Sahajdaczny” oraz około 15 jednostek pomocniczych – z ponad 100. Nawet jeśli będą środki finansowe, to potrzeba będzie czasu na zbudowanie nowych okrętów i przeszkolenie załóg, a tego czasu teraz nie ma.
Co z okrętami na jeziorze Donuzlaw, które zostało zablokowane przez zatopione jednostki rosyjskie – czy jest szansa je stamtąd wyprowadzić?
Faktycznie obecnie wyjście ukraińskich jednostek stamtąd nie jest możliwe, jako że wyjście z bazy morskiej jest całkowicie zablokowane zatopionymi okrętami, a jego odblokowanie wymagałoby zaawansowanych prac inżynieryjnych. Niestety, ale zdaje się, że najlepszym wyjściem tam będzie zatopić pozostałe okręty i ewakuować załogi. Jest to bardzo niepopularna decyzja, ale w obecnej sytuacji także takie kroki trzeba podejmować. Można nadal rozmawiać z Rosją o wyprowadzeniu ukraińskich jednostek z Sewastopola, gdyż tam jest tylko blokada okrętami rosyjskimi, a nie zablokowane wyjście z portu.
Na ile poważne jest ryzyko agresji ze strony Rosji na wschodzie Ukrainy?
Rosja wysuwa oskarżenia, że władze Ukrainy nie kontrolują sytuacji we wschodniej części kraju, dlatego będą starali się doprowadzić do pełnej destabilizacji sytuacji w Ługańsku, Doniecku, Odessie czy Dniepropietrowsku za pośrednictwem agentów FSB, miejscowych zwolenników oraz osób przyjezdnych z Rosji. Chodzi o przekonanie świata, że panuje tam chaos i trzeba wprowadzić wojska rosyjskie, aby doprowadzić do uspokojenia sytuacji w tej części kraju i obronić mniejszość rosyjską. Jednak ten plan już częściowo się nie powiódł, bo większość mieszkańców Odessy wyraźnie zamanifestowała swoje poglądy. Napięta sytuacja była w Doniecku i Ługańsku, jednak dobrym rozwiązaniem było wyznaczenie lokalnych oligarchów na szefów administracji lokalnej w tych regionach. Są to ludzie, którzy mogą wesprzeć finansowo armię i co więcej mają możliwość zaprowadzenia tam porządku. Także działania podjęły struktury SBU i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, które rozpoczęły operację „Granica” – jej celem było zmniejszenie możliwości przenikania obywateli Federacji Rosyjskiej do Ukrainy, którzy mieli destabilizować sytuację na miejscu. To pozwoliło w dużej części ustabilizować sytuację i nie ma faktycznie powodu wprowadzać tam wojsk rosyjskich. A pamiętajmy, że trudno jest wprowadzić wojska bez przyczyny, nawet jeśli jest ona tak absurdalna jak w Krymie – to jednak jest jakieś wytłumaczenie, a w przypadku wschodnich obwodów byłby to niczym nie sprowokowany akt agresji. W takim wypadku doszłoby zresztą do masowej wojny, takiej współczesnej wojny ojczyźnianej na Ukrainie. Łatwo wyjaśnić także Ukraińcom dlaczego giną na Ukrainie, a już nie tak prosto Rosjanom dlaczego są ofiary po ich stronie. Może armia ukraińska jest za słaba by zwyciężyć w takim konflikcie, ale może zadać poważne straty – trzeba pamiętać że nie byłyby to niewielkie ofiary jak w Gruzji, ale prawdopodobnie dziesiątki tysięcy zabitych.
Jak oceniłby Pan poziom gotowości bojowej ukraińskiej armii?
Z jednej strony mamy jednostki, jakie rzeczywiście są dobrze przygotowane do działań, np. batalion piechoty morskiej w Feodosiji – na szczeblu batalionu jest to najlepiej przygotowana do działań jednostka w siłach zbrojnych Ukrainy. Jej żołnierze brali udział w wielu misjach pokojowych, w Kosowie, w Iraku, a także w licznych ćwiczeniach w USA i Europie. Prawie wszyscy znają tam język angielski i dążą do najwyższych standardów. Inna sprawa to tzw. jednostki kadrowe, o niskim poziomie ukompletowania stanu osobowego. Jest tam sprzęt i wszelka niezbędna technika, ale w czasie pokoju nie ma ludzi – teraz trwa mobilizacja i dopiero trwa kompletowanie składów osobowych tych jednostek i już stan ich gotowości jest wyższy, niż jeszcze 2-3 tygodnie temu. Wiadomo, że takie przygotowania wymagają pewnego czasu i przygotowań choćby załadowania amunicji do czołgów i bojowych wozów piechoty – nie robi się tego w czasie pokoju nawet w czasie dużych ćwiczeń na taką skalę, jak w wypadku mobilizacji. Z kolei na zachodniej Ukrainie powstają bataliony obrony narodowej, które będą zabezpieczać sytuację w swoim regionie.
Jakich reform potrzebuje ukraińska armia?
Jest ona konieczna, choć trwa faktycznie od 1991 roku. Niestety, poziom potencjału armii znacząco spadł w tym czasie, zwłaszcza w okresie prezydentury Wiktora Janukowycza. W założeniu armia miała być zmniejszona do 123 tys. żołnierzy z czego ok. 70 tys. to miały być jednostki bojowe, wyposażone w nowoczesną broń. Faktycznie – zmniejszono stan liczebny, wiele jednostek rozformowano, a stan uzbrojenia się nie poprawił. Założeniem tej reformy było też to, że możliwe są niewielkie konflikty w okolicach naszych granic, np. w Naddniestrzu, a nie brano pod uwagę możliwości dużego konfliktu zbrojnego, jaki może zagrozić istnieniu państwa jako całości – a z takim zagrożeniem mamy do czynienia właśnie teraz. Teraz jesteśmy pewni, że mamy jednego i potężnego wroga i trzeba reformować armię, do walki z takim właśnie przeciwnikiem. Powinniśmy mieć armię, która może nie zniszczy Rosji, ale będzie w stanie skutecznie zatrzymać agresję. Główne zadania to zmiany w marynarce wojennej, w tym zakup okrętów podwodnych – np. w Niemczech, gdyż rosyjska flota jest zbyt potężna byśmy mogli się jej przeciwstawić w klasycznym starciu, a także szybkich okrętów rakietowych uzbrojonych w pociski przeciwokrętowe i przeciwlotnicze oraz sformowanie jednostek obrony brzegowej i morskich sił. Także w wojskach lądowych trzeba zwiększyć poziom przygotowania do ewentualnego konfliktu, co było już realizowane w ramach wspólnych ćwiczeń, m.in. Polską. Jednak większość ćwiczeń dotyczyła misji pokojowych lub walki z terroryzmem, a teraz widać że uwagi wymagają zupełnie inne elementy: obrona, kontrataki czy natarcia dużych związków taktycznych. Rozumiemy też, że o wyniku wojny decyduje dziś lotnictwo – dlatego trzeba modernizować nasze siły powietrzne – nie w Rosji, jak było to do tej pory, ale skorzystać z pomocy Izraela, który już ma doświadczenia w modernizowanie sprzętu podobnego typu w krajach takich jak Gruzja czy Rumunia. Dużo jest do zrobienia jeśli chodzi także o modernizację systemu łączności, bo armia skutecznego systemu nie posiada – tu liczymy na współprace z krajami NATO, zarówno w sferze technicznej jak i w sferze koncepcji i to na każdym poziomie – od szczebla pojedynczego żołnierza czy czołgu aż do łączności na poziomie strategicznym.
Potrzebna jest także zmiana koncepcji zbrojnych sił?
Dokładnie, potrzebne są bardzo głębokie zmiany. Ukraina stoi przed dużymi zagrożeniami, nie tylko ze względu na sąsiedztwo, ale także na trudną sytuację narodowościową. I wszyscy rozumiej konieczność tych zmian. Armia musi być silna, niezależnie nawet od tego, czy będziemy chcieli być w NATO czy nie.
Czy to pytanie jest aktualne?
Myślę, że tak, obecnie się o tym nie mówi, bo jest pewien opór w społeczeństwie, wynikający z braku zrozumienia czym jest Sojusz. Tu potrzeba odpowiedniego podejścia do informowania społeczeństwa. Wiadomo że na to potrzeba czasu, którego w tej chwili nie mamy, dlatego tą sprawę – i słusznie – kierownictwo kraju zdecydowało się odłożyć na przyszłość.
Dziękuję za rozmowę.
Portal polsko-ukraiński Portal Polsko-Ukraiński jest portalem internetowym o charakterze analityczno-informacyjnym

