W ostatnim czasie nałożyło się na siebie wiele interesujących wiadomości i oświadczeń dotyczących szóstej fali mobilizacji do Sił Zbrojnych Ukrainy, a także mobilizacji jako takiej w ogóle.
Z kilku źródeł uzyskano potwierdzenie, że szósta fala mobilizacji jest zagrożona, a pobór rekrutów do służby w Siłach Zbrojnych Ukrainy przebiega znacznie gorzej niż poprzednio. W ciągu miesiąca trwania mobilizacji (pobór wznowiono w drugiej połowie czerwca) do armii przyjęto jedynie 20-25 proc. składu osobowego przewidzianego w planie. Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy odmówił ujawnienia oficjalnych danych w tym zakresie, powołując się na poufność informacji. Z kolei dane, które wyciekają z wojskowych komisariatów, stanowią niepokojący sygnał jeśli chodzi o dalsze utrzymanie zdolności obronnych Ukrainy w warunkach prowadzonej w Donbasie operacji antyterrorystycznej i bezpośredniego zagrożenia rosyjską – już nie hybrydową, a w pełni militarną – agresją.
Negatywny trend
Czwarta fala mobilizacji (a pierwsza w tym roku, tzw. „zimowa”), chociaż przebiegała ze znacznymi problemami, zwłaszcza jeśli porównać ją z poborem w 2014r., ostatecznie wypełniła swój cel i doprowadziła do demobilizacji oddziałów postawionych w gotowości bojowej na samym początku rosyjskiej inwazji zbrojnej, zapewniając terminową rotację rezerwistów. Zimowy plan poboru do wojska wykonany został w skali całego kraju średnio w 90 proc.
W kwietniu rozpoczęła się piąta fala mobilizacji, która spotkała się ze stosunkowo małym rozgłosem w społeczeństwie, mediach i na portalach społecznościowych, prawdopodobnie dlatego, że skala poboru była relatywnie mniejsza niż poprzednio, a dowództwo nie wygłaszało już szumnych zapowiedzi – praca miała przebiegać po cichu. Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy nie upublicznił co prawda ostatecznych wyników, ale według danych tygodnika „Nowoje Wriemia” podczas „wiosennej” fali mobilizacji w szeregi Sił Zbrojnych Ukrainy przyjęto tylko 70 proc. planowanej liczby żołnierzy, sierżantów i oficerów rezerwy. W niektórych obwodach plan poboru wykonany został w ponad 80 proc., czasem nawet w pełni (najlepsze wyniki zanotowano w obwodach Dniepropietrowskim, Czernihowskim, Chmielnickim i Winnickim). Z drugiej strony najgorsze wyniki, według danych gazety „Nowoje Wriemia”, odnotowano na Zakarpaciu (28 proc.), Bukowinie (40 proc.), w Obwodzie Sumskim (45 proc.), Chersońskim oraz Iwano-Frankowskim (50 proc.). Sytuacji nie uratowały setki billboardów z hasłem: „Debalcewe. Wołnowacha. Mariupol. Czekasz na Grady w regionie Przykarpackim? Nie unikaj poboru!”.
Armia zaczęła odczuwać konsekwencje nieudanej mobilizacji na początku lata, kiedy to nie dysponowała wystarczającymi zasobami kadrowymi niezbędnymi do zastąpienia wojskowych powołanych podczas drugiej fali mobilizacji w 2014r. Żołnierzy postawiono przed faktem dokonanym: demobilizacja miała nastąpić z trzymiesięcznym opóźnieniem. Można sobie jedynie wyobrazić stan psychiczny i motywację tych żołnierzy, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że w wielu częściach kraju pensje wypłacane są z miesięcznym opóźnieniem, a dodatki do wynagrodzenia, które stanowią w zasadzie równowartość pensji podstawowej, wielu uczestnikom ATO wypłacano wówczas dopiero za majową służbę.
Krach mobilizacji
Sytuacja w ramach szóstej fali mobilizacji jest już niestety zupełnie fatalna. Liczba ochotników, którzy zgłaszali się do armii w 2014r. (zwłaszcza w jego pierwszej połowie), a także po części na początku bieżącego roku, obecnie de facto spadła do zera. Pobór 50 000 nowych żołnierzy celem zastąpienia tylko jednego rocznika zrekrutowanego podczas poprzedniej mobilizacji jest w praktyce nierealny. Komisariaty wojskowe muszą jednak wykonywać plan, a przynajmniej próbować go wykonać. Nikogo już nie zaskakuje, że częstokroć dochodzi do przypadków zwykłych łapanek, kiedy to pracownicy komisariatów wojskowych wręczają wezwania do armii młodym mężczyznom podróżującym środkami transportu, pracującym w fabrykach czy po prostu spotkanym na ulicy. W Kijowie zdarzają się nawet naloty na miejsca, w których odpoczywa nad Dnieprem tzw. „złota młodzież” [synowie i córki miejscowych notabli – przyp. tłumacza].
Osoby zobowiązane do służby wojskowej po prostu nie odbierają wezwania do wojska – zmieniają miejsce zamieszkania, podejmują pracę w innym regionie i nie rejestrują swojego pobytu, czasem zwyczajnie nie otwierają drzwi. Opinia publiczna coraz częściej sympatyzuje z tymi, którzy uchylają się od służby, a ustawodawstwo nie przewiduje odpowiedzialności karnej w przypadku nieodebrania wezwania.
Jak przyznał autorowi tego artykułu jeden z wysoko postawionych oficerów miejskiego komisariatu wojskowego w Kijowie, jeśli na przełomie marca i kwietnia ubiegłego roku do rejonowych komisariatów wojskowych nie stawiało się nawet 70 proc. powołanych rezerwistów, którym wysłano powiadomienie o mobilizacji, to podczas drugiej fali rekrutacji niechętnych było już 80 proc., podczas trzeciego naboru 90 proc., a później wskaźnik ten osiągnął poziom 95 proc. i więcej. A dotyczy to tylko stawienia się celem potwierdzenia danych i dokonania badań lekarskich, po których to odpada znaczna liczba potencjalnych żołnierzy! Ile trzeba więc wysłać wezwań, aby zmobilizować w szeregi Sił Zbrojnych Ukrainy niezbędną liczbę rezerwistów?
„Ustawodawstwo nie reguluje szczegółowo procedury oraz miejsca wręczenia wezwań. Dlatego wezwania takie mogą zostać wręczone zarówno w miejscu zamieszkania jak i w miejscu pracy. Nie warto bać się wezwania bo nie jest to jeszcze bilet do ATO” – wyjaśnia rzecznik prasowy Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy, Władysław Selezniow. Niestety zdarzają się również przypadki rażących naruszeń w terenie. Dla przykładu, według informacji służby prasowej Zakarpackiej Administracji Obwodowej, po udokumentowaniu popełnionego wykroczenia do komisariatu wojskowego celem mobilizacji wysłano trzech przemytników papierosów z rejonu Beregiwskiego.
Armia do reformy?
Uliczne łapanki oraz powyższy przypadek mobilizacji przemytników zbiegły się w czasie z dość nieoczekiwanymi oświadczeniami Ministra Spraw Wewnętrznych Arsena Awakowa, Premiera Arsenija Jaceniuka oraz polittechnologa Siergieja Gajdaja, skierowanymi przeciwko rekrutacji do szeregów Sił Zbrojnych Ukrainy, a przynajmniej w jej obecnej formie. Zbieżność tych wystąpień nie powinna zaskakiwać, ponieważ Jaceniuk i Awakow są członkami tej samej partii politycznej, Frontu Ludowego, a z kolei Gajdaj jest doradcą politycznym tego ugrupowania.
Zdaniem wszystkich trzech wyżej wymienionych Ukraina potrzebuje nie przymusowej, ale zawodowej armii. Szef rządu Jaceniuk poinformował na portalu Facebook, że zlecił Ministrowi Obrony Stepanowi Połtorakowi dokonanie wyliczeń niezbędnych do przekształcenia ukraińskiej armii w zawodową oraz stworzenie nowych systemów szkolenia i rekrutacji żołnierzy. Z kolei Minister Spraw Wewnętrznych Awakow, który „wystrzelił” jako pierwszy, w ostrych słowach zabronił policji uczestniczenia w łapankach organizowanych przez komisariaty wojskowe, a ponadto reagowania na zgłoszenia o nielegalnej działalności niektórych pseudo-komisariatów. Obecne metody mobilizacji Awakow nazwał „demobilizacją” i poinformował, że zwróci się do Prezydenta Poroszenki aby „teraz i natychmiast” rozpocząć proces przekształcania ukraińskiej armii w zawodową. Gajdaj, nie mniej ostro niż Awakow, na łamach prasy skrytykował przebieg szóstej fali mobilizacji oskarżając komisariaty wojskowe o organizowanie zasadzek pod oknami rezerwistów, dodając, że „armia poborowa to pozostałość po niewolnictwie”, a „armia ludzi wolnych zawsze była bardziej skuteczna od armii niewolników”.
Czy możliwe jest płynne przekształcenie ukraińskiej armii w zawodową w obecnych warunkach gospodarczych i polityczno-wojskowych wydaje się być pytaniem na potrzeby innego artykułu. Skonstatować tymczasem należy, że szósta fala ukraińskiej mobilizacji przeżywa krach po niepowodzeniu swojej poprzedniczki – piątej fali. Pozytywne tendencje umocnienia Sił Zbrojnych Ukrainy, które zaczęły się pojawiać na wiosnę 2014r., ustąpiły procesom przeciwstawnych. Zdolność obronna Ukrainy zmniejsza się chociaż wojna wciąż trwa. Na negatywny stosunek społeczeństwa do mobilizacji (czytaj: potrzeby wykonania ustawy o powszechnym obowiązku wojskowym) wpływa już nie tylko wywrotowa kampania informacyjna, którą prowadzi Rosja, ale również deklaracje niektórych przywódców ukraińskiego rządu, wygłoszone w niewłaściwym czasie.
Dmytro Lychowij
KOMENTARZ EKSPERTA
Ołeksandr Piddubnyj – dziennikarz, pracownik Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy w latach 2008-2011
Ważne, aby oddzielać słowne utarczki, których zadaniem jest przykrycie prawdziwych intencji władzy, od rzeczywistych przyczyn dążenia do powołania armii kontraktowej. Popatrzmy na działania innych sąsiadów Rosji – Finlandii, Estonii czy też Polski. Tam organizowane są obozy wojskowe dla jak największej ilości mężczyzn. W tym kontekście wydaje się oczywiste, że inicjatywa Kijowa, aby przekształcić ukraińską armię w zawodową, w żaden sposób nie będzie sprzyjać dalszemu [liczebnemu] zwiększeniu zdolności obronnych Ukrainy. Normalny kraj nie jest w stanie reformować swojej armii w warunkach zewnętrznej agresji, ponieważ odbije się to na jej skuteczności.
Wypowiedzi Awakowa i Jaceniuka należy rozpatrywać w kontekście kilku czynników.
Po pierwsze, Premier Ukrainy zmuszony jest obecnie demonstrować wolę reform po tym, jak złożył wizytę w Stanach Zjednoczonych a ukraińska gospodarka została uratowana od bankructwa, co z kolei doprowadziłoby do jego dymisji. Dlaczego więc nie reformować armii, która w zasadzie pozostaje nadal sowieckim mechanizmem, a poza tym znacznie obciąża krajowy budżet, co nie pozwoli w dłuższej perspektywie czasu na odbudowę ekonomii? Zdaje się, że Jaceniuk już na tyle efektywnie zreformował gospodarkę, że zajął się obszarem zarezerwowanym dla Prezydenta Ukrainy jako Naczelnego Dowódcy.
Po drugie, strzelanina w Mukaczewie ujawniła nieskuteczność policji i Gwardii Narodowej, którą – wbrew zdrowemu rozsądku – celowo powołano w strukturach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, aby następnie wykorzystać do celów politycznych. Odpowiedzialny za tą operację miał być właśnie Awakow, który teraz wyszedł poza ramy swoich obowiązków i wkroczył na teren ministerstwa obrony, aby odwrócić uwagę od własnych błędów.
Motywy Jaceniuka i Awakowa zbiegają się w sposób zbyt banalny. Gdyby zależało im rzeczywiście na reformie armii, to zacząć należałoby ją od wdrożenia na całej Ukrainie elektronicznego rejestru rezerwistów i poborowych – wspólnej bazy danych z aktami osobowymi – co uwolniłoby Ministerstwo Obrony od przestarzałych papierowych zaświadczeń, które łatwo zgubić, ukraść lub celowo spalić. Elektroniczny system umożliwiłby zmniejszenie kosztów w wyniku zwolnienia niepotrzebnych wówczas urzędników. Ukraina ma przecież wystarczający potencjał aby taki system wdrożyć. To byłaby prawdziwa reforma systemu wojskowego.
Tłumaczenie: Nataliia Sokolova
Portal polsko-ukraiński Portal Polsko-Ukraiński jest portalem internetowym o charakterze analityczno-informacyjnym

