piątek, 28 Lipiec, 2017
pluken
Home / Komentarze i opinie / Bezpieczeństwo / Propozycje i prowokacje
putintours

Propozycje i prowokacje

Share Button

Przy okazji audytu rządów poprzednich władz w Polsce, przedstawionego w Sejmie 11 maja br. po raz kolejny mowa była o propozycji rozwiązania kryzysu na Donbasie, jaką miał przedstawić w kwietniu 2014 roku władzom Polski prezydent Białorusi, Aleksander Łukaszenko.

Wątek ten po raz kolejny przewinął się w wypowiedzi urzędującego ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego. W jaki sposób sprawa ta świadczy o sytuacji w strukturach polskiego MSZ dość szczegółowo wyjaśnia tekst Witolda Jurasza, prezesa Zarządu Ośrodka Analiz Strategicznych.

Pozostawiając jednak na marginesie kwestie organizacyjne, warto przyjrzeć się samej propozycji, jak została złożona polskim władzom przez prezydenta Białorusi, a w zasadzie nie tyle jej treści (informacja na temat założeń rzekomego planu pokojowego nie została podana do wiadomości mediów), co sytuacji w jakiej została ona złożona.

Dla celów analizy tego problemu warto w pierwszej kolejności zwrócić uwagę na moment, w jakim ta propozycja padła. Kwiecień 2014 roku był momentem niezwykle istotnym dla dalszego rozwoju kryzysu na Donbasie. Aneksja Krymu stała się już faktem, ale operacja pod nazwą „Rosyjska Wiosna” (obejmująca swoim zasięgiem co najmniej osiem południowo-wschodnich obwodów Ukrainy) była w tym momencie w swoim apogeum: budynki administracyjne w Doniecku i Ługańsku były już zajęte przez prorosyjskie bojówki; w dniach 6-8 kwietnia Milicji i SBU udało się odbić budynek administracji obwodowej w Charkowie, a w połowie miesiąca doszło do zajęcia pierwszych siedzib lokalnej administracji w Słowiańsku, gdzie po raz pierwszy na taką skalę ujawniły się rosyjskie grupy dywersyjno-rozpoznawcze. Próby podobnych działań udaremniono m.in. w Zaporożu i Odessie (gdzie 2 maja doszło do krwawych starć prorosyjskich i proukraińskich demonstrantów). Innymi słowy, w kwietniu 2014 roku konflikt zbrojny dopiero nabierał rozpędu i to nie z inicjatywy strony ukraińskiej, próbującej ocenić skalę zagrożenia i opanować rebelię, ale Federacji Rosyjskiej dążącej przecież nie do zaprzestania walk i uspokojenia sytuacji, ale do maksymalnego rozniecenia niepokojów i chaosu na południu i wschodzie Ukrainy, gdzie miała powstać „Noworosja”. Odpowiedź na pytanie czy najazd na Ukrainę kolejnych grup „turystów Putina”, a następnie „zielonych ludzików” sprzyjał pokojowi w kwietniu 2014 roku wydaje się być retoryczną…

Jaki sens miała w tym momencie rzekoma „propozycja pokojowa” Mińska? Wobec stale zwiększającej w tym czasie się aktywności rosyjskich grup specjalnych i sterowanych przez nich prowokatorów wydaje się, że niewielki, żeby nie powiedzieć żaden. Jest też mało prawdopodobnym, by była to oddolna inicjatywa samego Aleksandra Łukaszenki. Można za to z dość dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, iż była to dobrze zaplanowana prowokacja strony rosyjskiej, mająca na celu skompromitowanie polskiej dyplomacji nie tylko w oczach Zachodu, ale także Kijowa – nieudana inicjatywa pokojowa raczej nie przysporzyłaby nam przyjaciół nad Dnieprem, a raczej skompromitowałaby polskie władze jako mało skuteczne realizacji działań na rzecz pokoju na Donbasie i wykluczyła Warszawę z dalszych rozmów na jakimkolwiek forum w przyszłości.

Ostatecznie jednak rozmowy pokojowe i tak odbyły się w Mińsku, w tzw. formacie normandzkim (tj. z udziałem Ukrainy, Rosji, Niemiec i Francji) – i także tutaj kalendarz nie jest bez znaczenia. Format normandzki został zainicjowany na początku czerwca 2014 roku, gdy tempa nabierała już ukraińska operacja antyterrorystyczna. Do tego momentu ukraińskiej armii udało się izolować obszary zajęte przez prorosyjskich separatystów, zakończyć próby rebelii w Charkowie, a także odbić Mariupol. Jednak początek rozmów oznaczał konieczność wstrzymania działań ofensywnych na kolejne trzy tygodnie, tj. do początku lipca 2014 roku. Negocjacje (jak nietrudno było przewiedzieć) zakończyły się fiaskiem, jednak czas ten został wykorzystany przez stronę rosyjską do wzmocnienia siły oddziałów separatystycznych kolejnymi dostawami broni (w tym także sprzętu pancernego) i „ochotników”. Mimo tego, nie udało się im obronić Słowiańska, który 5 lipca, w kilkadziesiąt godzin po wznowieniu ATO został odbity przez siły ukraińskie. Napływ sprzętu i uzbrojenia, w tym także artylerii, czołgów i broni przeciwlotniczej nie ustawał w kolejnych tygodniach przez niekontrolowane odcinki granicy (czego ubocznym efektem było m.in. zestrzelenie malezyjskiego Boeinga 777 nad Donbasem), do walki pośrednio włączyła się także rosyjska armia, prowadząc regularne ostrzały terytorium Ukrainy z własnego terytorium. Mimo tego, stan posiadania prorosyjskich separatystów regularnie się zmniejszał, tak że w połowie sierpnia 2014 roku obejmował mniej więcej 1/3 zajętych wcześniej obszarów – poza Ługańskiem i Donieckiem, jedynie wąski pas terytorium przy granicy z Rosją. Wydawało się, iż dni rebelii są policzone i dopiero interwencja regularnych jednostek rosyjskiej armii 24 sierpnia uratowała obie pseudorepubliki od klęski.

Celem Rosji nie było jednak podbicie Ukrainy – i dlatego właśnie w tym momencie powrócono do formuły tzw. formatu normandzkiego, który nie miał zakończyć wojny, ale usankcjonować istnienie swoistego nowotworu w postaci tzw. Republik Ludowych – Donieckiej i Ługańskiej. Stało się tak po podpisaniu pierwszego (wrzesień 2014), a następnie drugiego porozumienia w Mińsku (luty 2015), które doprowadziły de facto do zamrożenia konfliktu zbrojnego na Donbasie. Scenariusz ten, wobec fiaska „Rosyjskiej wiosny” i braku perspektyw skutecznego i szybkiego rozstrzygnięcia konfliktu środkami czysto militarnymi, stanowi rezultat zadowalający dla Moskwy – pozwala bowiem na utrzymywanie Ukrainy z dala od realnych możliwości integracji ze strukturami zachodnimi.

Format normandzki nie jest zatem formą rozwiązania pokojowego, a jedynie metodą czasowego zamrożenia konfliktu, który w dowolnym momencie i bez większych przeszkód można doprowadzić ponownie do fazy „gorącej” – wszystko to służy realizacji długofalowych interesów Moskwy. Tym samym, dyplomacja Berlina i Paryża została w ramach tego mechanizmu wykorzystana nie do zapewnienia pokoju, lecz jako narzędzie realizacji długofalowych interesów Federacji Rosyjskiej – co trudno uznać za sukces, mimo, że może wydawać się, że przerwanie walk we wrześniu 2014 i w lutym 2015 roku to zasługa francuskich i niemieckich negocjatorów (dogłębna analiza sytuacji militarnej w obu tych wypadkach mówi jednak co innego; zwłaszcza w lutym 2015 roku pod Debalcewem to nie podpisy porozumienia w Mińsku 12 lutego, ale dopiero stabilizacja linii frontu po wyjściu ukraińskich oddziałów z miasta 17-18 lutego doprowadziły do przerwania walk).

Czy gdyby Polska dołączyła do grona państw, które faktycznie stały się narzędziem rosyjskiej polityki, bylibyśmy zadowoleni? Mocno wątpliwe. W opisywanej sytuacji lepiej było „umyć ręce” niż przykładać je do kolejnej już porażki Europy na Wschodzie.

Dariusz Materniak

 

Share Button

Czytaj również

export

Reformy, Panie?

Tekst ten nie ma ambicji podawania analitycznych statystyk – to skecz myśli o pewnych codziennych …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.