środa, 5 Sierpień, 2020
pluken
Home / Wywiady / Wolontariusze „Lwowskiego Rycerza”: Proponowano nam zakup silników czołgowych
lvivskij licar

Wolontariusze „Lwowskiego Rycerza”: Proponowano nam zakup silników czołgowych

Share Button

lvivskij licarGrupa wolonterska „Lwowski Rycerz” jest jedną z dziesiątków, jakie pracują na rzecz pomocy ukraińskiej armii. Od początku swojej pracy – od połowy lipca 2014 roku – działa w celu zabezpieczenia potrzeb wojskowych w zakresie termowizorów, noktowizorów, celowników i innego podobnego sprzętu. Dobra odzież jest potrzebna, jednak za jej pomocą nie uda się wygrać wojny. O tych i innych kwestiach rozmawiamy z dwoma koordynatorami grupy: Andrijem Saliukiem, który do Majdanu był bardziej znany z działalności na rzecz ochrony pamiątek architektury we Lwowie oraz Iwanem Radkowcem, wcześniej znawcy miasta i przewodnika.

Wolontariusz „Lwowskiego Rycerza” niedawno powrócili ze strefy ATO. Jak wygląda tam teraz sytuacja?

Andrij Saliuk: Można powiedzieć, że aktualnie ma miejsce pasywna faza działań bojowych. Cały czas działają snajperzy terrorystów. Nie ma masowych, a tylko pojedyncze ostrzały artyleryjskie. Ale nie znaczy to, że tam zapanował spokój. W ostatnim czasie zaktywizowały się grupy dywersyjne terrorystów. Z kolei strona ukraińska trzyma się ustaleń porozumienia z Mińska, jednocześnie starając się wzmocnić pozycje na wypadek ataku. Chcieliśmy się dowiedzieć, jak działa pomoc ze strony wolontariuszy. Z relacji naszych kolegów wynika, że jej stan jest nienajgorszy: wojskowi otrzymują na bieżąco żywność, odzież i podstawowe wyposażenie. Większość z tego dostarcza Ministerstwo Obrony Ukrainy, ale część to także „domowe” produkty – i to już zasługa wolontariuszy.

Iwan Radkowec:  Wolontariusze dostarczają także czasem dość dziwne – wydawać by się mogło na pierwszy rzut oka rzeczy – jak np. naczynia jednorazowego użytku. Może się to wydawać śmieszne, ale w warunkach polowych, gdy nieraz nie ma czasu, albo nawet wody do mycia, to dość ważna kwestia.

Andrij Saliuk: Inne kwestie jakimi zajmują się wolontariusze to odzież. I tutaj trudno nie widzieć rezultatów. W codziennej służbie ukraińscy wojskowi trochę przypominają partyzantów: każdy w innym mundurze, ktoś w niemieckim, ktoś we francuskim lub brytyjskim. Ale te mundury są bardzo dobre  jakościowo i lepsze, niż te, które dostają z magazynów ukraińskiej armii. Przydziałowych mundurów używa się zwykle do celów służbowych i na paradach. Inne rzeczy, jakie zapewniają wolontariusze to np. śpiwory. Są także przedmioty, które szybko się zużywają i trzeba je dostarczać na bieżąco.

Waszym zdaniem, jakie są najpoważniejsze problem i potrzeby ukraińskich wojskowych?

Iwan Radkowec: Jedna z kluczowych potrzeb – to technika inżynieryjna, jako że trzeba budować linie umocnień. Niestety, w Ukrainie praktycznie nie ma już jednostek, które są nazywane wojskami inżynieryjnymi. A cywilna i wojskowa technika różni się między sobą. I tu także potrzeba będzie pomoc wolontariuszy – aby zapewnić część sprzętu, przywrócić dawne nawyki i stworzyć nowe rozwiązania. To nie jest jednak tylko i wyłącznie sprawa wolontariuszy – tym powinno zajmować się państwo. Potrzebne jest także śledztwo w sprawie co stało się z częścią sprzętu, który być może uda się zwrócić.

Faktycznie więc budujemy nową granicę na linii frontu?

Andrij Saliuk: Nie. Budujemy umocnienia. To mają być pozycje, jakie pozwolą zatrzymać napaść i być może przejść do ofensywy. Nie może być takiej sytuacji, że umocnienia istnieją na mapie, ale realnie ich nie ma, czy są, ale niezbyt dobrej jakości. Od tego zależy bezpieczeństwo państwa. O budowaniu granicy będzie można mówić, gdy już wyrzucimy okupantów z obszarów, które zajęli. I to faktycznie powinna być nowa granica – nie drut kolczasty czy mur, ale zwykła granica, zgodnie z wszelkimi standardami światowymi.

Iwan Radkowec: W wojsku także powinny zajść zmiany jeśli idzie o korpus oficerski. Trzeba przestać ponownie wzywać do armii emerytowanych generałów, a zamiast tego awansować oficerów, którzy mają doświadczenie zdobyte na wojnie. Generałowie, którzy przez lata ZSRR i niezależności pełnili funkcje niewiele wiedzą. Ludzie, którzy walczyli na froncie mogą pracować skutecznie.

Grupa „Lwowski Rycerz” zaczęła działać w lipcu zeszłego roku. Dlaczego zajęliście się właśnie techniką wojskową? Czy macie takie doświadczenie, które wam to ułatwia?

Andrij Saliuk: Faktycznie działamy już ponad rok. Wszystko zaczęło się od Służby Granicznej. Do naszego biura, gdzie w czasie wojny był punkt zbierania pomocy dla Majdanu przyszli nieznajomi ludzie – jak się okazało ze Służby Granicznej i poprosili nas o pomoc. Wyjeżdżali właśnie na wschód, ale brakowało im wielu rzeczy: mundurów, śpiworów i innego wyposażenia. Myślę, że słyszeli o naszej działalności w trakcie Majdanu. Przekazaliśmy im wiele rzeczy: odzież, skarpetki, grzejniki i inny sprzęt. Ale wtedy właśnie zrozumieliśmy, że skarpetkami nie da się wygrać wojny, że potrzebne jest wojskowe wyposażenie. I od tego momentu zaczęliśmy kupować i przekazywać takie rzeczy.

Do Majdanu przez wiele zajmowaliśmy się ochroną dziedzictwa kulturalnego – dlatego byliśmy zaznajomieni z termowizorami, który wykorzystuje się do prac przy restauracji zabytków. Gdy zaproponowaliśmy pierwsze termowizory, żołnierze nie chcieli z początku ich zabierać, jako że nie wiedzieli jak je obsługiwać. Z chęcią przyjmowali za to sprzęt noktowizyjny, które były wcześniej na ich uzbrojeniu, przynajmniej formalnie – były one w złym stanie, bardzo słabej jakości, ale przynajmniej mniej więcej było wiadomo jak działają. Z czasem, nauczyliśmy ich także korzystać z termowizji.

Dlaczego technika? Nam z Iwanem te sprawy nie są obce. Jeszcze w czasach studenckich stałem na czele organizacji studenckiej na Politechnice Lwowskiej i z tego okresu mam wiele kontaktów z dobrymi fachowcami, którzy mogą pomóc. Ale główna przyczyna jest inna. Wtedy praktycznie nikt z wolontariuszy nie zajmował się tymi sprawami. Wszyscy pomagali dostarczając żywność, ekwipunek, odzież, bo to były najpotrzebniejsze potrzeby. Zaczęliśmy od termowizorów i noktowizorów, dalej były już celowniki, lornetki, samochody i karetki pogotowia.

Iwan Radkowec: Faktycznie my uzupełnialiśmy braki, jakie występowały w tamtym czasie. Nie  było sensu dublować pracy innych wolontariuszy i zaczynać się zajmować tym, co robi ktoś inny i na czym dobrze się zna. W ciągu wielu miesięcy pracy przekonaliśmy się, że jest sens rozwijać się w swoim kierunku – i stać się niemal fachowcem w tej dziedzinie. Podobnie ludzie, którzy zajmowali się odzieżą czy innym sprzętem – dobrze, jeśli robią to dalej i zdobywają doświadczenia. Gdy przychodzą do nas żołnierze, którzy proszą nas o mundury, kierujemy ich do innych grup wolonterskich, np. do „Dopomożi frontu”, bo oni znają się na tym lepiej niż my.

Andrij Saliuk: Można na przykładzie wyjaśnić, dlaczego specjalizacja jest tak ważna. Jeśli wolontariusze nie znają się na temacie, którym się zajmują, może im się wydawać, że im droższa dana rzecz, tym lepsza. Ale nie zawsze tak jest. Była sytuacja, kiedy wolontariusze z Kijowa zebrali 20 tysięcy dolarów na bardzo dobry dalmierz. Realnie jednak lepiej było kupić nie jeden taki, który faktycznie nie jest potrzebny nikomu w strefie ATO, ale za te same pieniądze – nawet 40 sztuk o słabszych parametrach, które można wysłać do strefy ATO i dzięki temu ratować życie żołnierzy.

Jakie z zdań w ciągu ostatniego roku było najtrudniejszym?

Andrij Saliuk: Były problemy z szynami montażowymi dla karabinów AK. Długo nie mogliśmy znaleźć tego, co było realnie potrzebne. Ale potem nasi wolontariusze dokładnie przestudiowali problem i stworzyli własny, analogiczny sprzęt. Teraz z dumą możemy powiedzieć, że oficerowie w strefie ATO twierdzą, że jest to jedna z najlepszych rzeczy jakie otrzymali.

Iwan Radkowec: Inny wypadek: o ile w wojsku na uzbrojeniu są bardzo stare celowniki, to część z nich potrzebuje do pracy w nocy elementów, które były produkowane 30 lat temu. Zrozumiałym jest, że teraz już takich się nie wyrabia. Przestudiowaliśmy wiele rozwiązań i zawsze udawało się nam znaleźć wyjście z sytuacji.

A czy były „dziwne” prośby?

Andrij Saliuk: Niedawno zwrócił się do nas człowiek, który chciał sprzedać dwa nowe silniki czołgowe. Ale to nie nasza działka – największe, czym się zajmujemy to samochody.

Wiadomo już, że wielu rzeczy brakuje ukraińskim wojskowym – jak na przykład termowizorów. Tak jest też z innym wyposażeniem – czy coś się zmieniło w ostatnim okresie czasu?

Iwan Radkowec: Wszystkie akty prawne dotyczące armii zostały napisane w czasach pokoju i zatwierdzone wiele lat temu. Dlatego nikt nie przewidywał, że wojskowi powinni mieć po kilka kompletów wyposażenia.

Andrij Saliuk: Nie chodzi o to, aby spisanie ze stanu mundurów czy wyposażenia w czasie wojny było czymś innym niż w czasie pokoju. Nie może dochodzić do takiej sytuacji, że demobilizowanemu żołnierzowi każą płacić za sprzęt utracony w czasie walk. Co więcej – braki w wyposażeniu są nadal faktem – na przykład nadal lornetki są przewidziane jedynie dla oficerów, a snajperom nadal wydaje się celowniki optyczne z lat 60. XX wieku. Kiedy pokazaliśmy je kolegom zza granicy, oni byli nimi zainteresowani jako przedmiotami do wojskowego antykwariatu.

Ilu jednostkom pomaga aktualnie „Lwowski Rycerz” i jak wybieracie komu pomagać?

Andrij Saliuk: Pracowaliśmy z wieloma jednostkami: Służby Granicznej, Armii, a także oddziałami ochotniczymi. Komu dokładnie – można zobaczyć na fladze, jaka wisi w naszym biurze – są tam naszywki części z tych oddziałów, jakim przekazaliśmy pomoc. Od pewnego czasu prosimy o naszywki i przyczepiamy je tutaj. Faktycznie z każdym, komu pomagamy długo rozmawiamy i dokładnie dowiadujemy się co jest mu potrzebne. Techniki teraz wykorzystuje się dużo, a ludzie, którzy wcześniej nie mieli z nią styczności nie zawsze wiedzą, co jest dla nich najpotrzebniejsze. To paradoks, ale czasami wolontariusze wiedzą to lepiej, niż sami wojskowi.

Iwan Radkowec: Nie my szukamy komu pomóc, ale to ludzie nas znajdują. Na przykład, nasz kolega z grupy wolonterskiej „Park, Saszko Mołodyj, który często jeździ na wschód. Po którejś kolejnej podróży przyszedł do nas z informacją, że jednemu z oddziałów potrzebne są lornetki. Następnego razu za jego pośrednictwem przekazaliśmy co trzeba. Chłopcy wzięli od niego kontakt do nas. I potem skontaktowali się już bezpośrednio z nami, pytając o inne rzeczy. W ten sam sposób współdziałamy z inicjatywą „Dopomożi frontu”: oni wysyłają do nas ludzi zainteresowanych techniką, a my do nich tych, którzy poszukują odzieży i tym podobnych rzeczy.

Przez większość czasu zajmujecie się wyposażeniem. Ale w zeszłym miesiącu wydaliście także „Śpiewnik Lwowskiego Rycerza”. Co Was do tego skłoniło?

Andrij Saliuk: Takie działania są potrzebne, aby podtrzymać na duchu naszych żołnierzy – w dobrej kondycji duchowej i fizycznej, podnieść ich ducha bojowego.

Wspominaliście także, że samodzielnie stworzyliście zamiennik szyny montażowej. Czy także inne rzeczy wolontariusze wyrabiają samodzielnie?

Andrij Saliuk: Jest taka anegdota: wiecie dlaczego na Ukrainie nie ma jeszcze bomby atomowej? Bo jeszcze nie zamawiano u wolontariuszy. O ile wiemy, wolontariusze jeszcze nie budują czołgów, ale pojazdy opancerzone i samoloty bezzałogowe – tak. Nie są w stanie produkować własnej optyki, ale składać własną z dostępnych części. Mundury szyją samodzielnie od pierwszych miesięcy wojny. Jest wiele innych przykładów, części z nich opatentowano. Takich ośrodków, gdzie ludzie tworzą własne projekty na Ukrainie jest tysiące.

Czy władze państwowe pomagają wolontariuszom?

Andrij Saliuk: Możliwe, że komuś pomagają. Wiemy, że w niektórzy miastach jest pomoc ze strony władz lokalnych. Na przykład w Odessie organizacje wolonterskiej nie muszą płacić za wynajem pomieszczeń i mają zapewnioną ochronę ze strony władz miasta. Ale państwo raczej stwarza problemy. Największym jest obecnie ustawa ws. opodatkowania pomocy. Teoretycznie można go legalnie ominąć, ale jak na razie nikt nie wie jak to zrobić.

Ile według waszej oceny może potrwać wojna?

Trudno powiedzieć. Wszystko zależy i od generałów i od polityków, którzy niewiele się zmienili. Mamy informacje, że po stronie wroga przygotowaniami zajmują się instruktorzy z Rosji i Bliskiego Wschodu. Konflikt może trwać bardzo długo. Ale warto pamiętać: wojna dotyczy każdego, a zwycięstwo również zależy od każdego.

Rozmawiała Mirosława Iwanik.

 

W lecie 2014 roku do Lwowa powrócił Lwowski Rycerz. Jego historia to ponad 100 lat. W 1916 roku Lwów stał przed niebezpieczeństwem rosyjskiej agresji i wtedy, dla celów zbiórki pomocy na potrzeby wojska we Lwowie ustawiono drewnianą figurę Lwowskiego Rycerza. Każdy, kto przekazywał coś dla wzmocnienia obrony miasta, miał prawo przybić do tarczy rycerza metalową płytkę, aby wzmocnić drewnianego rycerza metalową zbroją.

Obecnie postać rycerza to postać Św. Jurija. Każdy, kto przekazuje na rzecz wojska nie mniej niż 100 hrywien ma prawo wzmocnić tarczę symboliczną metalową tarczą z wygrawerowanym symbolem Ukrainy – trójzębem. Drugą taką samą płytkę otrzymuje jako podarunek na pamiątkę.

Biuro „Lwowskiego Rycerza” znajduje się na ulicy Kopernika 40a we Lwowie.

Share Button

Czytaj również

Fot. uk.wikipedia.org

Oksana Jurynets: rosyjska agresja nie zakończy się na Gruzji czy Ukrainie

Z Oksaną Jurynets, deputowaną do Rady Najwyższej Ukrainy VIII kadencji, członkiem ukraińskiej Delegacji Parlamentarnej przy …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.