niedziela, 5 Lipiec, 2020
pluken
Home / Komentarze i opinie / Ukraińskie puzzle
rosja

Ukraińskie puzzle

Share Button

Ukraińskie puzzle, sprawiające do niedawna wrażenie chaotycznej i nonsensownej rozsypanki, zaczynają przybierać konkretny kształt. Poszczególne elementy trafiają na swoje miejsce i tworzą obraz pozornie niewiarygodny, choć można zadać sobie pytanie, czy w polityce cokolwiek można określić tym mianem.

Majdan
Gdy jesienią 2013 roku Ukraińcy wyszli na ulice demonstrować swoje niezadowolenie z decyzji o wycofaniu się z podpisania umowy stowarzyszeniowej rozważaliśmy, na ile mamy do czynienia z kolejną rewolucją, a na ile z odgórnie sterowanym projektem. Projektem, którego celem będzie obalenie ukraińskiej władzy i stworzenie zupełnie nowej jakości na politycznej scenie. Nowej – nie musiało znaczyć prozachodniej.
Był to czas, gdy na pytania „co będzie dalej” można było odpowiadać tylko dwoma słowami – „nie wiem”. I dodawać do nich krótkie wyjaśnienie – „jest w tym coś, czego nie widać, o czymś nie wiemy, dlatego trudno prognozować”. Oczywiście teorie na temat tajemniczego „czegoś” można było snuć do woli, ale trudno było je zracjonalizować. Bo czymże były spostrzeżenia, że radosna atmosfera pierwszych dni protestów, pozbawione obaw przed represjami decyzje o wyprowadzenie na ulice młodzieży sprawiają wrażenie, że gdzieś ktoś tym ludziom podszeptuje, że mają na nie pełne przyzwolenie. Przecież świat się zmienił, w dobie globalnej wioski można było założyć, że Ukraińcy poznali znaczenie pojęcia „wolność słowa”. Nikt nie musiał za tym wszystkim stać. Nie dajmy się wpędzać w teorie spiskowe.
Nikt nie musiał też wykładać pieniędzy na obsługę Majdanów, zmobilizowany naród mógł przecież od początku działać z pobudek altruistycznych. Nikt nie musiał sponsorować Svobody, a jeśli już, mogli to robić lokalni biznesmeni, wcale nie strona rosyjska.
To, że Svoboda teraz doskonale służy Rosjanom, też jest na pewno czystym przypadkiem. Skutecznie psuje wizerunek Ukrainy przypominając banderowską przeszłość i nacjonalistyczne zapędy zachodniej części kraju, co cieszy kremlowskich decydentów. Nad tym, czy rzeczywiście partia ta chce z kimś walczyć i odbierać Przemyśl czy Chełm wiele osób nie zastanawia się, przyjmując bezkrytycznie medialne doniesienia, będące, a jakże, na rękę Rosji. W myśl tych informacji Svoboda, wsparta wykreowanym na kijowskim Majdanie Prawym Sektorem, będzie dążyć do zmiany granic w Europie, a sztandarowa już wypowiedź Andrija Tarasenko, domagającego się sprawiedliwości pod postacią gratyfikacji terytorialnej za akcję „Wisła”, ma być najlepszym dowodem na to, że mamy się czego na Ukrainie obawiać.
To przed banderowcami i faszystami chciał chronić Ukrainę i Wiktor Janukowycz, i na jego prośbę Władimir Putin. Potwierdzeniem takiej potrzeby są umiejętnie zmanipulowane filmy, przywodzące na myśl radziecką szkołę propagandy, przypominające o „faszystowskiej tradycji” ukraińskiego narodu. Co ciekawe, choć bez trudu możemy w rosyjskiej telewizji znaleźć programy pokazujące mordy na Białorusinach czy Żydach, to jednak nie pada w nich słowo o Polakach. Prawdopodobnie podczas II wojny światowej oba te narody żyły w najlepszej komitywie.
A może raczej propagandziści rosyjscy uznali, że nie opłaca się do Polaków tą drogą apelować? Co innego Żydzi. Przypominając im, że ich przodkowie byli mordowani przez Ukraińców, można liczyć na to, że dziś przypomną oni swoim braciom, że Ukraińcom nie ma po co pomagać, bo a nuż zechcą znów sięgnąć po broń. Co za tym idzie – nie warto na nich wydawać pieniędzy. W końcu już przygotowali niekonstytucyjny przewrót i zbrojne przejęcie władzy.

Pretekst.
Taką nomenklaturą, opisując wydarzenia nad Dnieprem, posługują się Rosjanie. Stworzyli w ten sposób pretekst, aby wkroczyć na ukraińską ziemię i nie przejmują się, że na dłuższą metę powód taki jest nie do wybronienia w świetle prawa. Przecież Rada Najwyższa Ukrainy nie wyraziła zgody na przebywanie obcych wojsk na jej terytorium, a jest jedynym organem upoważnionym do wydania takiego pozwolenia. Tym samym niemożliwe staje się uzasadnienie rosyjskiej agresję na podstawie wątpliwej prośby Janukowycza. Skoro jeden człowiek takiej decyzji nie mógł podjąć, to Rosjanie nie powinni przekroczyć ukraińskiej granicy.
Wiemy jednak, że chodziło tylko o pretekst, którego spodziewaliśmy się od kilku miesięcy. Po odwołaniu Mykoły Azarowa, kiedy nie udało się przeforsować na stanowisko ukraińskiego premiera (pro)rosyjskiego kandydata, a Janukowycz nie spełniał oczekiwań Kremla, ten przedsięwziął zdecydowane kroki.
Prezydent Janukowycz, który podejmował wówczas decyzje prowadzące do radykalizacji nastrojów, na pewno stał się już w tamtym momencie niepotrzebny Putinowi. Jak pokazały ostatnie chwile jego rządów prawdopodobnie od dłuższego czasu nie mógł już liczyć na rosyjską opiekę, a raczej budził zniechęcenie i zniecierpliwienie. Ostatnim aktem, w którym mógł jeszcze odegrać rolę, był ten, w którym stał się niesprawiedliwie potraktowanym przez lud jedynie słusznym władcą, w obronie którego może wystąpić moskiewski przyjaciel. Tyle, że przyjaciel ten był na pewno świadomy, iż maska ofiary losu niezbyt przystoi do pucołowatej twarzy Janukowycza. Owszem, można było na bazie tej legendy budować nastroje we wschodnich obwodach Ukrainy, ale i tam nawet bez większego przekonania. Dlatego do „biednego prezydenta” dołożono problemy z „faszystowską zarazą”, by precyzyjniej nakreślić sylwetkę zbiorowego wroga ludu, którym stał się kijowski Majdan.
Wykorzystano demonstrantów, którzy w ciągu kilku miesięcy spędzonych na ulicach zdawali się zapomnieć, że rozpoczęli manifestacje od haseł prounijnych. Kreując ich na wrogów demokracji starano się ugruntować rosyjską strefę wpływów, po którą niemrawo wyciągała ręce Unia Europejska. Bruksela także zapomniała, że prozachodnie nastroje na ukraińskich ulicach należało podsycać i tylko przyglądała się z boku kolejnym wydarzeniom, co najwyżej wyrażając żal i zaniepokojenie, gdy ginęli ludzie. Stroniono od konkretnych zapowiedzi pomocy finansowej czy zdecydowanej woli powrotu do negocjacji stowarzyszeniowych.
Brak klarownej reakcji Zachodu na ukraińskie problemy ekonomiczne w dużej mierze wpłynął na kształtowanie się sytuacji nad Dnieprem. Owszem, można by zgodzić się z tym, że po ucieczce Janukowycza i powołaniu nowego rządu zabrakło czasu na reakcje, ale naiwnością jest zarazem myśleć, że Zachód obserwując to, co dzieje się na Ukrainie, nie przygotowywał żadnych planów na wypadek różnorakich wariantów rozwoju sytuacji. A jeśli jednak nie robił tego – świadczy to jak najgorzej o tamtejszych politykach.

Papierowy tygrys
W tym czasie Putin był już przygotowany na to, że przyjdzie mu rozprawić się z krajem, któremu musi pokazać jego miejsce na politycznej i gospodarczej mapie świata. Wiedział, że aby Zachodowi opłacało się stanąć murem za Kijowem, musiałby być on wart więcej, niż tylko dostęp do Morza Czarnego. Bruksela tego dostępu ze strony Krymu nie potrzebuje. A Putin wywalczy go sobie sam.
Petro Poroszenko już oznajmił, że Kijów gotów jest rozmawiać o szerszej autonomii Krymu, jeśli tylko Rosja wycofa swoje wojska. Rosji na przetrzymywaniu wojsk pewnie zależeć nie będzie, bo już i tak osiągnęła wiele.
Przede wszystkim poprawiły się notowania prezydenta. Romantyczny Krym, wakacyjna oaza, opiewany w pieśniach symbol walk (nic to, że przegranych, czasem zwycięstwo moralne jest więcej warte) powróci do Rosji i znów, dzięki dobrej ręce Władimira Władimirowicza, będzie można jechać tam jak do siebie. Nic tylko giąć się we wdzięcznych ukłonach przed silnym politykiem, który nie bał się przeciwstawić zachodnioukraińskim samozwańcom i Europie.
Europa zobaczyła, że Rosja nie jest tylko papierowym tygrysem. A nawet jeśli – to wobec takiego tygrysa pokazała swoją słabość. Jak można sądzić Putin doskonale o tej słabości wiedział. Jeśli Zachód nie może nawet zbliżyć się do rosyjskiego pojmowania świata, to Rosjanie poszli krok naprzód i potrafią wejść w zachodni sposób myślenia. Siłą rzeczy stał się on dla nich czymś naturalnym w sytuacji, gdy ich majątki i rodziny lokowane są poza Rosją. Trafnie przewidzieli, że powiązania finansowe pomiędzy tymi dwoma światami okażą się silniejsze, niż jakiekolwiek poczucie odpowiedzialności za bezpieczeństwo na świecie. Wyraźnie zobaczyliśmy to, czego Rosjanie musieli być pewni – bezpieczeństwo równe jest dziś spokojowi snu finansistów. Co prawda, gdyby Zachód był nieco bardziej przewidujący, a może mniej leniwy, zdołałby zapewne zabezpieczyć się na tyle, by przez czas potrzebny na wymuszenie na Rosji ustępstw móc obyć się bez jej surowców czy rynków zbytu. Ale tego nie zrobił mimo, że wie doskonale, że jest Rosji potrzebny bardziej, niż Rosja jemu. Nie mniej Bruksela, Berlin, Paryż czy Londyn nie mają ochoty budzić się z wieloletniego letargu, a przebudzenie Waszyngtonu na nic się w tej sytuacji zda. Tym bardziej, że i same Stany Zjednoczone przecież potrzebują Rosji. Wojska, które wciąż tkwią w Afganistanie, zaangażowanie w Syrii czy Iranie może i mogłyby obyć się bez rosyjskiego wsparcia, ale pytanie po co miałyby to robić.
Może sytuacja uległaby zmianie, gdyby stanowczo tupnęły nogą Chiny, od lat realizujące swoje interesy na Ukrainie. Teoretycznie mogłyby zasugerować, że na Syberii żyje więcej Chińczyków, niż Rosjan na Krymie. Ale czy i im opłaca się zrobić coś więcej, ponad dyplomatyczne gesty? Nauczeni zachowywać spokój mieszkańcy kraju za Wielkim Murem raczej poczekają, aż Putin odkryje swoje słabe strony propagandową wojną krymską i uderzą w sposób mniej oczywisty, niż mógłby na to liczyć Kijów. Poza tym Chiny też przecież nie lubią, gdy ich prowincje się buntują.
Nawiasem mówiąc i w Kijowie chyba nikomu nie jest spieszno, by umierać za Krym. Ci, którzy mają tam swoje domy, zawsze będą mogli do nich pojechać. Zwolennicy Ukrainy, w tym Tatarzy, staną się niewygodną mniejszością w rosyjskiej enklawie, z którą to Putin będzie miał przecież problemy, nie Ukraińcy. Kijów, teoretycznie, też może wziąć na przeczekanie.

Sen schizofrenika
Co zatem należało zrobić? Mylą się ci, którzy twierdzą, że Zachód mógł jednoznacznie i szybko uznać nowy rząd w Kijowie i wprowadzić sankcje gospodarcze dla Rosji. Wyklucza to ogrom powiązań gospodarczych, na który nakłada się nieznajomość problemu, z którym przyszło się zmierzyć oraz brak potencjalnych wymiernych korzyści w krótkim czasie. Zachód chce mieć spokój, zagwarantowany dopływ gazu, ropę i rynek, który chłonąć będzie jego towary. Nie przeszkodzą mu w tym ani Ukraina, której nie znają, ani Polska czy Litwa, próbujące forować swoje opinie na międzynarodowej arenie. Rosyjskie pieniądze, nawet, jeśli pochodzące z brudnych interesów, są cenniejsze, niż potencjalny zysk z ukraińskiego gazu łupkowego.
O tym, że Rosja nie może sobie pozwolić na utratę Ukrainy wiemy doskonale. Nie mogła też pozwolić, by jej własny naród żył w złudnym przekonaniu, że bezkarnie można dokonywać przewrotów. Karząc widmem wojny, a po drodze aresztując kilku naiwnych rosyjskich demonstrantów głoszących antywojenne i antyprezydenckie hasła, pokazano, że granica Unii Europejskiej musi zatrzymać się na wschodniej granicy Polski. Nieokrzepły rząd Arsenija Jaceniuka musiał pogodzić się z możliwością secesji Krymu, a przynajmniej zagwarantowania mu daleko idącej autonomii, za którą może za chwilę pójść rozpad państwa. Tym samym wyraził zgodę na potencjalny szantaż względem wschodnich obwodów Ukrainy.
Tak, jak uczyniono to w 2008 roku w Gruzji, wydobyto na światło dzienne zamrożone konflikty, spuściznę po Związku Radzieckim. Powinniśmy mieć też świadomość, iż wyraźne wskazania w prezydenckich przemowach na niepożądaną z rosyjskiego punktu widzenia domniemaną ingerencję na Ukrainie ze strony Litwy czy Polski, lada chwila zaowocują prawdopodobnie uderzeniem na te dwa kraje. Niekoniecznie militarnym – raczej ekonomicznym. W wojnach handlowych Rosjanie mają już spore doświadczenie.
Europa porusza się jak w schizofrenicznym śnie. Prezydent Federacji Rosyjskiej nie uznaje ciągłości ukraińskiego państwa, choć gotów jest do rozmów z jego rządem (którego oczywiście też nie uznaje). Nieoznakowani żołnierze w rosyjskich mundurach, z bronią Specnazu w dłoniach, są podobno krymską samoobroną i nie mają nic wspólnego z Rosjanami. Teoretycznie zatem można by ich aresztować, choćby za kradzież rosyjskich pojazdów wojskowych, ale nikt tego nie zrobi. Ukraińcy na okupowanym Półwyspie Krymskim nie dość, że nie chcą strzelać do najeźdźców, to kpią z nich w żywe oczy traktując ich jak przysłowiowe misie na Krupówkach, z którymi można się sfotografować. Zdjęcia zdobią portale społecznościowe. Propaganda rosyjska popełnia kuriozalne błędy pokazując domniemanych uchodźców z Ukrainy na niewłaściwej granicy – nagle Szehyni i Medyka mają być bramą do Rosji (oby nigdy nie były). Funkcjonariusze Berkutu zabijali podobno ludzi we własnej obronie, a co ciekawsze, nikt nie wydał im rozkazu by strzelać. Polacy i Litwini ponoć szkolili nacjonalistyczne bojówki, zatem swoich potencjalnych wrogów. Ukraińcy nie są gotowi, by bronić Ukraińców i Tatarów na Krymie, a liczą na to, że NATO i Unia Europejską będą gotowe to zrobić. Kiedy prezydent Rosji mówi o niekonstytucyjnym przewrocie nad Dnieprem i zbrojnym przejęciu władzy dodaje, że z tymi faktami nikt nie próbuje dyskutować, choć o dziwo wszyscy polemizują. Retoryka Władimira Władimirowicza postawiła świat na głowie, a znaczna część tego świata wydaje się być tym faktem co najmniej oszołomiona.

Upadek Europy.
Zachodni politycy wiedzą, że narażając się na konflikt z Rosją narażają swoje społeczeństwa na wzrost cen gazu i ropy, a co za tym idzie i innych produktów, przez nich kurortom spadną dochody z turystyki, w której przybysze z Europy Wschodniej stanowią liczącą się grupę. Z tych podwyżek i strat rozliczą ich w następnych wyborach obywatele – i to jest barierą nie do przekroczenia. Cała ta sytuacja obnażyła słabość międzynarodowych umów, pokazała miękkie podbrzusze Zachodu, ale i upadek Rosji.
Układ budapesztański okazał się fikcją, której nawet nikt nie był łaskaw wytłumaczyć, tworząc groźny precedens – w przyszłości równie lekko będzie można traktować i inne porozumienia międzynarodowe, jeśli tylko ich realizacja zagrozi czyjejś kieszeni lub stanowisku. Co prawda Ministerstwo Obrony USA zamroziło współpracę wojskową z Moskwą, wstrzymano też prace nad dwustronną umową handlową, ale już zapowiedź usunięcia Rosji z grupy G8 wywołała sprzeciw Berlina. Zaskoczyło to na pewno wiele osób, którym wydawało się, że jedynym krajem mogącym sobie dziś pozwolić na względnie twardą postawę są Niemcy, które nauczyły się, że z Rosjanami można robić interesy, ale trzeba jednocześnie trzymać ich daleko od siebie. Na tym tle zachowanie Paryża, który nie ma zamiaru wycofać się z kontraktu na dostawę dużych okrętów desantowych do Rosji, nie jest niczym dziwnym. Polityka międzynarodowa to nic innego, jak bilans zysków i strat, a tych pierwszych nie ma na Ukrainie, drugie natomiast będą zależeć od Rosji.
Świat nie poparł głośno zmian, które zaszły nad Dnieprem, robiono to jakby cichaczem i „przy okazji”. To, że Litwa zabroniła wjazdu na swoje terytorium osiemnastu politykom i urzędnikom ukraińskim, którzy odpowiedzialni są za użycie przemocy w Kijowie, w tym byłemu prezydentowi Janukowyczowi, co jest jednoznacznym sygnałem potępienia poprzedniej ekipy rządzącej, to wciąż jednak za mało. Kreml natomiast próbuje dalej pokazywać, że traktuje świat jak zgraję półgłówków, którzy uwierzą w propagandowe hasła i w to, że Rosjanom zależy na utrzymaniu pokoju i demokracji.
Jednak na hasła te nie tylko nie nabiera się już znaczna część świata, ale przede wszystkim nie uwierzą w nie Ukraińcy, którzy niezmiernie rozczarowali Putina. Nie zaczęli strzelać, nie rozsypała się młoda władza, w kraju nie zapanował chaos. Owszem, pojawił się niepokój, ogłoszono mobilizację, lecz nie stan wojenny czy choćby wyjątkowy. Jakichkolwiek liczb nie podawałyby rosyjskie media, poparcie dla Moskwy nad Dnieprem prawdopodobnie spadnie. Agresor, którego obywatele udający Ukraińców dokonywali przejęcia ukraińskich urzędów, który postawił pod znakiem zapytania niepodległość ich kraju, nie może na dłuższą metę pozostać bratnim narodem. Nawet rosyjscy pisarze z Charkowa obwieścili, że „Nie potrzebujemy wojskowej obrony ze strony innego państwa” i rozpowszechnili oświadczenie, w którym zdementowali naruszanie praw Rosjan na Ukrainie i zaprotestowali przeciwko obcej interwencji zbrojnej. Na Kreml czeka zatem jeszcze ogrom pracy.
Nawet, jeśli po konferencji prasowej Putina 4 marca 2014 roku rynki i giełda przejawiły umiarkowane, ale jednak odprężenie, to Rosja na pewno nie powiedziała ostatniego słowa. Zostawiła sobie furtkę, przez którą nadal będzie mogła wejść na Ukrainę. Nie uregulowała ostatecznie przynależności Krymu i w tej kwestii musimy spodziewać się jej mniej lub bardziej subtelnych nacisków. W końcu, jak twierdzą Rosjanie, Krym ma już swoje legalne władze, a to, co one zrobią to będzie ich autonomiczna decyzja. Na pewno jednak w tej decyzji będą służyć „pomocną radą”.
Czekają nas jeszcze wybory parlamentarne i prezydenckie na Ukrainie. Tu rosyjski prezydent już zapowiedział, że nie jest pewien, czy je uzna. Zaznaczył też wyraźnie, że w zaistniałej sytuacji może pojawić się niespodziewana postać na ukraińskiej scenie politycznej. Czyżby oznaczało to, że nie poprze Julii Tymoszenko? Putin zapewne zdaje sobie sprawę z tego, że jej szanse na wygraną są znikome wobec niechęci społeczeństwa. Czy zatem szykuje sobie kolejnego lojalnego prezydenta? A może raczej stawiać będzie na premiera, skoro konstytucja osłabiła pozycję ukraińskiej głowy państwa?
Kogokolwiek by Putin nie namaścił trudno spodziewać się, że odpuści sobie polityczne gry. 4 marca zaprezentował mapę drogową dla Ukrainy. Wybory, nowa konstytucja, referendum – tak mają wyglądać najbliższe tygodnie na Ukrainie. A ich zwieńczeniem będzie wybór nowych przywódców zupełnie nowego państwa.
Lub nowych przywódców starego państwa, jeśli międzynarodowi obserwatorzy nie przyłożą się solidnie do pracy, a Zachód nie zagwarantuje, że przez najbliżej lata będzie inwestował znaczne sumy pieniędzy w Ukrainę. Póki co można spodziewać się, że uspokojony odetchnie z ulgą. Otóż udało mu się poskromić szaleńca, a jego własny spokój nie został naruszony. Za gaz, ropę, dolary z handlu i brudne pieniądze udało się kupić pokój. Czy na długo? Pewnie nie, bo jeśli taka strategia sprawdziła się raz nic nie będzie stało na przeszkodzie, by sięgać do niej po raz wtóry. Krym, wschód Ukrainy, kto wie, czy nie Pribałtyka lub Polska – wszędzie tam mniejszość rosyjska może poczuć się nagle zagrożona. Czym większy będzie strach, tym łatwiej będzie Putinowi negocjować bez negocjacji kolejne ustępstwa. A Zachód znów będzie spał spokojnie, dumny z zażegnania medialnej wojny.
***
W 1917 roku bolszewicy wkraczając na terytorium Ukrainy zakwestionowali legalne władze i powołali do życia lokalne struktury władzy ludowej. Te nowe władze zwróciły się do Moskwy z prośbą o udzielenie im pomocy wojskowej w opanowaniu trudnej sytuacji, a ta, kierując się dobrem obywateli, wysłała bratnią Armię Czerwoną, by zrobić na Ukrainie porządek.
Scenariusz ten powtórzono i w innych krajach, które na długie dziesięciolecia zyskały miano Republik Radzieckich.
Skoro system ten sprawdził się przed stu laty, dlaczego nie miałby się sprawdzić i w XXI wieku? Wystarczy, że Putin zna historię własnego kraju, nie musi sięgać do wydumanych strategii, by przywrócić do życia imperium, które wcale nie skonało w 1991 roku. Żyje nadal w ludzkiej pamięci, w mentalności i dążeniach człowieka, który przekonuje na naszych oczach świat, że przegrywa wojnę, w której nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Agnieszka Sawicz

Artykuł ukazał się na łamach Portalu Spraw Zagranicznych www.psz.pl

Share Button

Czytaj również

Fot. obserwatormiedzynarodowy.pl

Stanisław Żelichowski: geopolityczny wymiar regionu bałtycko-czarnomorskiego – perspektywa Kijowa

Od dawnych czasów potencjał tranzytowy regionu bałtycko-czarnomorskiego, którego Ukraina i Polska stanowią integralną część, był …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.