czwartek, 13 Sierpień, 2020
pluken
Home / Komentarze i opinie / Wschodni poker a ukraińska beczka prochu

Wschodni poker a ukraińska beczka prochu

Share Button

W dniach tak potężnych manifestacji na Ukrainie, które miały już przecież nie być możliwe za czasów jednego pokolenia po pomarańczowej rewolucji, znacząco zmieniła się ideologiczna dynamika wydarzeń. Postulatami protestującej opozycji stały się: 1. wcześniejsze wybory, 2. strajk narodowy, 3. postawienie przed sądem ministra spraw wewnętrznych, 4. podpisanie umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Właśnie ta kolejność może przesądzić o tym, że ukraiński zryw, jego zasięg, moc i potencjał, zamiast do zmian na lepsze, przyczynią się do tragicznego społecznie, ale i geopolitycznie finału. Jak napisał na Twitterze Dmitrij Trenin, „presja ze strony opozycji wewnętrznej i izolacja ze strony Zachodu pchają Janukowycza w ramiona Moskwy”.

Śledząc doniesienie prasowe i komentarze z różnych stron świata, mamy już sporą ilość dywagacji na temat rozwoju wydarzeń na Ukrainie – od optymistycznych (zwycięstwo protestujących), aż po wojnę domową i rozpad Ukrainy na dwie lub więcej części. Nie brakuje też i kąśliwych uwag odnośnie ukraińskich protestów – właśnie aby podobnych sytuacji uniknąć Rosjanie mają nie szczędzić środków na bezpieczeństwo wewnętrzne czy propagandę.

Nikogo chyba nie dziwi narracja rosyjska o tym, że scenariusz ukraińskiego „euromajdanu” napisany został i opłacany jest przez Zachód (także i fałszywymi dolarami dostarczanymi na Ukrainę!). Rosyjska telewizja porównała nawet Partnerstwo Wschodnie do „polsko-litewsko-szwedzkiego sojuszu, który zawarty został przeciwko Piotrowi I”, a którego kres przypieczętowany został w 1709 r. bitwą pod Połtawą. Na chwilę obecną nie ma jeszcze stylizacji rosyjskiego prezydenta na cara pokonującego Szwedów, dowodzonych przez Carla Bildta, ani stylizacji Kliczki na Mazepę, ale wszystko jeszcze przed nami.

Generalnie jednym z ważniejszych wysiłków ideologicznych Kremla jest obok prób umniejszania roli prozachodnich manifestacji i podkreślania swojego zainteresowania „dobrosąsiedzką stabilnością” także i inny element. Będzie nim dyskredytacja „czystych intencji” polityki zagranicznej Europy i Stanów Zjednoczonych na obszarze poradzieckim oraz kreowanie pokojowego ruchu proeuropejskiego na „wywrotową działalność” zmierzającą do obalenia legalnie wybranej władzy. Poniekąd pomaga w tym sama opozycja, której własna narracja wydarzeń tylko radykalizuje nastroje społeczne przeciwko Janukowyczowi, pomijając, jak to zwykle bywa, gdy emocje dopuszczane są do jakichkolwiek analiz czy prognozowania, szeroki kontekst regionalny i strategiczny.

Wiktor Fedorowycz oskarżany był o postawienie własnych interesów, w tym partyjnych i biznesowych, nad kwestiami geopolitycznymi i cywilizacyjnymi. Abstrahując od faktu, iż jest to tylko jeden z możliwych schematów interpretacyjnych, który na dodatek pomija jeszcze szereg innych czynników wewnętrznych i zewnętrznych, to czyż liderzy ukraińskiej opozycji nie próbują wykorzystać tej sytuacji dla własnych celów ściśle politycznych? Administracja Janukowycza, negocjująca od wielu lat z Brukselą, ma na swoim koncie wiele sukcesów. Między innymi doprowadziła do tego samego, co okrzyknięte było sukcesem UE na szczycie w Wilnie dla Gruzji i Mołdawii, tj. parafowania umowy stowarzyszeniowej. Udało się jej również po raz pierwszy urealnić i zaawansować proces uniezależniania się energetycznego od Rosji. Dzisiaj oskarżana jest ona o „bycie krwawą dyktaturą”, która nie liczy się z głosem większości Ukraińców.

Usilne próby kompromitowania władzy to nie jest recepta na sukces. Podobnie jak podnoszenie temperatury wydarzeń – w żadnym wypadku nie doprowadzi to do niczego dobrego. Co najwyżej ułatwi możliwość organizowania prowokacji i to przez różne strony, których cele, zupełnie się ze sobą nie pokrywając, mogą doprowadzić do destabilizacji kraju, a ostatecznie – wcale nie zbliżyć do ani do Unii Europejskiej, ani do Unii Celnej. Witalij Portnikow napisał na Twitterze, iż „Janukowycz kończy się tam, gdzie zaczyna się polityka”. Analogicznie – prawdziwa polityka kończy się tam, gdzie zaczyna się populizm. Pozostaje też kilka otwartych wciąż pytań:

w jakim stopniu i na jak długo ukraińska opozycja jest się w ogóle w stanie zjednoczyć?
czy same prozachodnie aspiracje mogą w ogóle stanowić trwały fundament jakościowej zmiany na ukraińskiej scenie politycznej?
czy zmiana władzy przyspieszyłaby w ogóle proces zbliżenia integracji z Zachodem czy raczej go opóźniła, biorąc pod uwagę stronę formalną, prawną czy organizacyjną?
wreszcie też, co podchodzić może już pod teorię fatalistyczno-spiskową, czy nie jest tak, że Unia Europejska, zdając sobie sprawę ze swojej pogłębiającej się słabości (mającej głównie źródło w sferze finansowej) oraz zmiany priorytetów polityki zagranicznej i poważnych problemów gospodarczych najbliższego sojusznika, tj. Stanów Zjednoczonych – pogodziła się z utrzymaniem status quo na Wschodzie, a swoją walkę ograniczy na najbliższe lata jedynie do ograniczonych działań dyplomatycznych?

Odnosząc się do ostatniej kwestii – w takiej sytuacji, nie tylko dla Moskwy, ale i dla samej Brukseli, a zwłaszcza Niemiec, obecny rozwój wydarzeń na Ukrainie byłby korzystny – opóźnienie integracji, która i tak nie mogłaby obecnie być skutecznie wsparta finansowo, pozwala zachować nienaruszony wizerunek UE (swoją drogą, w tym kontekście wyjaśniałaby się też sprawa walki o uwolnienie Julii Tymoszenko, o co obecnie nawet protestujący Ukraińcy nie wzywają). Poza tym, po wydarzeniach w Kijowie można przyjąć też założenie usprawiedliwiające Unię w jej braku skuteczności wobec Ukrainy, gdyż „ewidentnie widać”, że nieustępliwość Brukseli w sprawie Ukrainy była uzasadniona.

Niemniej jednak, pamiętając „zjednoczoną opozycję” podczas pomarańczowej rewolucji, a bardziej jej losy już w rzeczywistości „porewolucyjnej” i uwzględniając rosyjską cierpliwość w wywieraniu długoterminowej presji, można schować radykalny optymizm na bliżej nieokreśloną przyszłość. Jednym z gorszych scenariuszy w krótkim i średnim okresie może być to, że ukraińska opozycja walcząc w słusznej sprawie i tak stanie się instrumentem rosyjskiej polityki na Ukrainie, a UE dyplomatycznie zajmując się w pierwszej kolejności „świętym oburzeniem”, przegra polityczną walkę o Ukrainę z Rosją.

Ukraiński prezydent powiedział w poniedziałek (2.12), iż „jakikolwiek, nawet zły pokój, jest lepszy od najlepszej wojny”. Abstrahując od kwestii wykorzystania PR-u przez polityków, tak właśnie najlepiej można podsumować aktualne ukraińskie wydarzenia.

W niedzielę (1.12) cały świat zobaczyć mógł, jak ludzie m.in. w pelerynach z flag Unii Europejskiej zaatakowali kordon milicji na ulicy Bankowej w Kijowie. Odpowiedziała ona na atak, pobici zostali przy okazji pokojowi demonstranci i dziennikarze. Jakkolwiek niemożliwe jest na nawet średnim poziomie intelektualnym uzasadnienie tak brutalnego zachowania ukraińskich służb porządkowych, to potwierdza to w dalszej kolejności fakt, jak łatwo jest o prowokacje, manipulacje informacyjne, radykalizację nastrojów, a potencjalnie – o tragedię.

W tym samym czasie w ukraińskim Internecie, w języku ukraińskim i rosyjskim, pojawiają się na przykład takie komentarze: „Berkut z narodem przeciwko faszystom”. Dla jednych więc ukraińska jednostka specjalna jest przeciwko narodowi i na polecenie władzy katuje pokojowych demonstrantów, dla innych jest z narodem. Dla jednych prawdziwi Ukraińcy, dla innych faszyści, a jeszcze dla innych opłacani przez reżim prowokatorzy. Nie ma też co przesadzać w wierze we wszechmoc rosyjskich strategów i służb, które zaplanowały i zaaranżowały tą sytuację w każdym detalu, ale tak czy inaczej w takich warunkach najlepiej spełnia się doktryna „divide et impera”. Tak osiąga się cele.

Tu nie chodzi zresztą o poszukiwanie jakiegoś  magicznego „złotego środka”, ale o realizm, pragmatyzm, dążenie do realizacji celów strategicznych i geopolitycznych oraz skuteczność działania. Nie popadanie ze skrajności w skrajność będzie miało w takich sytuacjach nieocenione znacznie. Za Małgorzatą Machowską zwrócić można uwagę na fakt, że podczas brutalnego tłumienia manifestacji w Madrycie czy w Atenach (gdzie policja atakowała już wcześniej pobitych przez siebie demonstrantów nawet w szpitalach polowych, w tym i ich lekarzy), nikt na świecie nie określał tego jako „drugą Białoruś”. Jarosław Hrycak komentując niedzielne starcia z milicją stwierdził, że „fala rewolucyjna zaczęła wyprzedzać liderów”. To samo może spotkać demagogów, populistów czy w dalszej kolejności – twórców poszczególnych ideologicznych wersji narracyjnych.

W kontekście wydarzeń na Ukrainie, zwłaszcza z okresu przed szczytem Partnerstwa Wschodniego czy w trakcie jego trwania, ewidentnie wyraźna staje się potrzeba nowej jakości unijnej polityki zagranicznej jako takiej. Problemem Unii Europejskiej w jej polityce wschodniej są przecież nie tylko finanse, ale zwłaszcza brak spójnego i konkretnego stanowiska wobec Rosji. Brak zdecydowania i wynikająca z braku środków geostrategiczna pasywność w twardej walce o interesy, jak pokazuje rzeczywistość, nie ma szans w konfrontacji z rosyjską machiną „smart power” (soft + hard), mającą do tego znacznie większe zaplecze finansowe. Do tego można tu już mówić o cykliczności tych zderzeń, z której wciąż eurokraci nie potrafią wyciągnąć właściwych wniosków.

Dalej kontynuowana jest polityka nakazów, zakazów, ograniczeń i wymagań i biurokratyczne grożenie palcem, który widziany z Kijowa wcale nie musi być akurat wskazującym. Argumenty o wysokości wsparcia finansowego dla Polski przez UE w analogicznym okresie są co najmniej nieodpowiednie nie tylko ze względu na stawkę, o jaką toczy się gra czy czas, w którym się o nich mówi, ale i w relacji do miliardów euro wpompowanych w ratowanie Grecji czy Cypru. Jeśli europejski „kompromis”, doceniający geopolityczne znaczenie Kijowa, ma wyglądać tak, że państwa Unii sfinansują 5% kosztów ukraińskiej transformacji (która szacowana jest na co najmniej 20 mld USD rocznie), w zamian za reformy i walkę z korupcją, to trzeba poszukiwać nowego. Rosja da bezwarunkowo 10-30 mld USD, a jeszcze pomoże wygrać wybory i pozostać u władzy.

Porównując to do warunków pokerowego stołu, każdy swoje karty już dostał wcześniej (pre-flop), szczyt PW w Wilnie był flopem, a obecna, czwarta karta (river) została wyłożona atakiem milicji z 30 listopada i dynamicznym rozwojem manifestacji, które pewnie do niedzieli same by się uspokoiły. Od samego początku Bruksela miała mniej żetonów i zdradziła się już na pre-flopie, że nie ma dobrych kart. W takich momentach sytuacja jest zawsze jeszcze do uratowania, bo przecież nigdy nie ma pewności, że dane reakcje czy postawa nie są elementem strategii, a przeciwnik nie blefuje. Oczywiście pod warunkiem posiadania dyscypliny, stalowych nerwów i opanowania – wystarczy ze spokojem przebić zakład przeciwnika. UE nie zareagowała szybko (co jest w takiej sytuacji jednoznaczne), na pewno nie jak wytrawny, zdecydowany i nastawiony na zwycięstwo gracz, który umie też przegrywać poszczególne rozdania, aby wygrać całą rozgrywkę. To nie Kijów ma pokazywać, jak bardzo mu zależy, żeby unijni politycy w ogóle łaskawie siedzieli przy stole, bo jeśli tego nie zrobi, to UE zabierze swoje żetony i pretensjonalność i wróci do siebie. Ten stół i ta rozgrywka jest tak samo ważna dla Unii, jak i Ukrainy, a obecnie tylko Kreml zdaje się rozumieć o co tu w ogóle toczy się walka.

Unia walczy o zasady i wartości, a reszta świata twardo realizuje swoje interesy. Jeśli sytuacja ta się nie zmieni, to nie może się to dobrze skończyć. Błędy i niedociągnięcia polityki zagranicznej Brukseli nie są spowodowane tyle doraźnymi czy nieprzewidywalnymi problemami, które zawsze towarzyszą nawet najbardziej skutecznym mechanizmom. Są one niestety skutkiem, rezultatem biurokratycznego fundamentu. Zmorą UE jest brak szerokiej wizji, autokrytyki i kompetentnej klasy politycznej, która pociągnie za sobą zmiany świadomościowe oraz systemowe i potrafiła będzie przekształcać i udoskonalać pewne założenia, mechanizmy czy działania, nie oglądając się na słupki sondażowe lub nie przekładając wewnątrzkrajowych rozgrywek politycznych nad długofalowe cele strategiczne całej struktury.

Rozgrywka o Ukrainę trwa. To od Brukseli zależeć będzie, jaka będzie jakość jej gry i na ile zechce pozwolić przeciwnikowi. Jej rezultatem nie będzie jednak tylko to, że obrażony polityk poza notą dyplomatyczną da „unfollow” na Twitterze ukraińskiemu prezydentowi. A zasada „więcej za więcej” nie odnosi się tylko do wymagań od partnerów, ale i do siebie: do własnej determinacji, sprytu i elastyczności, które im będą większe, tym większe będą sukcesy własnych działań.

Adam Lelonek

Artykuł ukazał się na Portalu Spraw Zagranicznych www.psz.pl

Share Button

Czytaj również

Fot. obserwatormiedzynarodowy.pl

Stanisław Żelichowski: geopolityczny wymiar regionu bałtycko-czarnomorskiego – perspektywa Kijowa

Od dawnych czasów potencjał tranzytowy regionu bałtycko-czarnomorskiego, którego Ukraina i Polska stanowią integralną część, był …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.